Pokazywanie postów oznaczonych etykietą royai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą royai. Pokaż wszystkie posty

14 kwietnia 2015

Flame Alchemist cz.12: Maes Hughes (FullMetal Alchemist, royai)






            Budynek Akademii Wojskowej w East City odznaczał się białą plamę wśród okolicznych lasów i terenów ćwiczebnych. Dwa bloki – jeden, pełniący funkcję szkoły i drugi, będący internatem dla rekrutów – oddzielał szeroki dziedziniec, na szczycie którego znajdowała się stołówka. Za Akademią rozciągały się strzelnice i bieżnie; słowem: teren tak ogromny, że mógł być spokojnie porównywany do wsi czy małego miasteczka.
            Roy zjawił się tam w drugim tygodniu września, z walizką i w przepisowym mundurku rekruta. Tak bardzo chciał dobrze wypaść, że pozwolić ciotce, żeby go uczesała i sama zawiązała krawat. Stanął przed wysoką bramą i zacisnął dłoń na rączce walizki.
            Przypomniał sobie wszystko, co usłyszał od najbliższych. Madame Mustang była z niego tak dumna, że wróżyła mu przyszłość Naczelnika Sił Zbrojnych, młodsza siostra – Angelina gorąco jej przytakiwała. Starsza, Joana, śmiała się, słysząc takie bzdury i twierdziła, że wszyscy w tym kraju musieliby powariować, żeby postawić głupiego Royka na szczycie. Prawie doszło do bójki, szczęśliwe Madame Mustang zarządziła, że czas na podwieczorek. Joana była przeciwna, by szedł do wojska – przekonywała go i zniechęcała jeszcze dzisiejszego ranka, nieustannie mówiąc, że zmarnuje sobie życie.
            Stuknął obcasami i wkroczył na dziedziniec Akademii Wojskowej. Im bliżej budynku był, tym zapach prochu stawał się silniejszy. Słyszał szybkie serie wystrzałów i gniewne okrzyki komandorów; trwały właśnie ćwiczenia bojowe.
            Zameldował się u przełożonych, porozmawiał z dyrektorem. Zdawał sobie sprawę, że jako jeden z nielicznych, ma ułatwiony dostęp do Akademii. Rekomendacje Madame Mustang, która znała wszystkich oficerów ze wschodu, a także pomoc pułkownika Grummana otworzyły mu wielkie drzwi, ale niektórzy patrzyli na niego podejrzliwie, z dystansem. Dyrektor Feyer uścisnął mu dłoń, mówiąc:
            - Dużo o tobie słyszałem. I jeśli choć połowa ploteczek twojej ciotki jest prawdą, jesteś bardzo obiecującym studentem.
            Uścisk miał tak mocny, że prawie pogruchotał Roy’owi palce.
            - Pamiętaj, chłopcze, że tu nikt nie robi kariery kontaktami i rodziną. Musisz sam zapracować na miano żołnierza.
            Roy wyprostował się i zasalutował.
            - Tak jest!
            Wydawało mu się, że przez twarz dyrektora przemknął cień uśmiechu.
            Został umieszczony w podłużnym pokoju z kilkunastoma piętrowymi łóżkami. Przeraził go skrajny brak prywatności; tak przywykły do wygód, jakie oferowała mu Madame Mustang, że surowe warunki Akademii zupełnie mu nie odpowiadały. Dzielił łóżko z Charlesem Avoid – niskim, krępym chłopakiem, które do szkoły posłał zamożny wuj, żeby ktoś wreszcie zrobił z niego mężczyznę, bo póki co, to jest najwyżej ciepłą kluchą. Roy od razu go polubił; był wesoły i uśmiechnięty, może trochę nieporadny.

*

            Ryk, który wyrwał pierwszorocznych rekrutów ze snu, ani trochę nie przypominał ludzkiego krzyku. Roy przez sen pomyślał, że to niedźwiedź. Nie zdążył jeszcze otworzyć oczu, gdy Charles zeskoczył z łóżka i zerwał z niego kołdrę.
            - Wstawaj! To pobudka!
            W pokoju zapanował chaos nie do opanowania. Dwudziestu ośmiu chłopaków w pośpiechu się ubierało, przepychało do łazienek i pryszniców, szukała swoich butów. Wpadali na siebie i przepychali się, a wszystko to obserwował dyżurny oficer.
            - W rzędzie! – ryknął. Roy wpadł między dwóch chłopaków – zziajany, bez krawata, z resztką pasty do zębów na wargach. – Co jest najważniejsze w wojsku!? Pytam: CO JEST NAJWAŻNIEJSZE W WOJSKU! A kiedy pytam, macie ODPOWIADAĆ!
            Roy zesztywniał. Nie całkiem tak wyobrażał sobie pierwszy poranek.
            - Dyscyplina! DYSCYPLINA!
            - Tak jest, sir! – odpowiedział mu chór chłopięcych głosów.
            Oficer spojrzał na nich krytycznie i powoli ruszył wzdłuż rzędu, zatrzymywał się czasem i wrzeszczał, gdy któryś miał krzywo zapiętą koszulę, był nieuczesany albo miał brudne buty. Roy’owi też się oberwało, za brak zawiązanego krawata. Wszyscy mieli zrobić trzydzieści cholernych pompek, przy których większość o mało nie wypluła płuc.
            Roy odsapnął dopiero w stołówce. Stanął w kolejce, dostał swoją porcję placków z jabłkami i kubek wystygniętej herbaty. Tylko spróbował i już zatęsknił za mocno ściętą jajecznicą, którą smażyła Riza, gdy była w dobrym humorze.
            Osiem godzin zleciało mu błyskawicznie: na arytmetyce rozlał atrament, na teorii wojny prawie przysnął, a z przysposobienia obronnego wrócił okrutnie poobijany. Tylko na geografii miał trochę szczęścia, popisał się przed nauczycielem, dostał krótką pochwałę i po raz pierwszy dostrzegł sens lekcji, które opłacała Madame Mustang. Dwie godziny spędził w bibliotece i uczył się tak długo, aż rozbolały go oczy. Nawet mistrz Hawkeye, przy wszystkich swoich dziwactwach, był bardziej wyrozumiali.
            Charles, z którym dzielił łóżko, miał dość po pierwszym dniu. Roy naprawdę go rozumiał; gdyby nie miał jasnego celu do osiągnięcia, prysnąłby stąd czym prędzej. Miał wrażenie, że zaczyna się najcięższy okres w jego życiu.
            I następne miesiące upływały według tego samego schematu: budził się o świcie, uczył o typach broni, taktyce walki, sposobach kamuflażu, geografii, fizyce, chemii, o zasadach przetrwania, spędzał kilka godzin w bibliotece i wreszcie wracał do łóżka, ledwo żywy. Nie miał nawet siły napisać porządnego listu ani do Madame Mustang, ani do  Rizy. Po trzech miesiącach nadał dwa telegramy: „Wszystko dobrze-stop-Tęsknię bardzo-stop-Roy-stop”. Wymyślenie tego zdania zajęło mu pięć minut; był zbyt zmęczony, by wysilić się bardziej.
            Ciężka praca się opłaciła; coraz rzadziej musiał robić pompki na zbiórkach, oceny miał nienajgorsze i był jednym z lepszych rekrutów. Schudł od kiepskiego jedzenia i wciąż miał siniaki po treningach. Najsłabiej szło mu strzelanie i ratownictwo medyczne; czterokrotnie pomylił morfinę z paracetamolem.
            U nas wszystko dobrze – pisała Riza w środku zimy. – Tata nie chce o Tobie słyszeć, ale nie przejmuj się, niedługo mu przejdzie. Mam nadzieję, że sobie radzisz. Trochę mi smutno bez Ciebie, strasznie się nudzę. Pisz częściej do mnie i do Madame Mustang, obie bardzo się martwimy.
            - Łatwo powiedzieć! – oburzył się Roy. – Trzeba znaleźć czas na to pisanie!
            A jednak na zajęciach z łączności, siadał w ostatniej ławce i ukradkiem pisał długie wiadomości. Napisał nawet trzy listy do mistrza Hawkeye z przeprosinami, ale ten na żaden nie odpowiedział. Riza wyjawiła mu w tajemnicy, że wszystkie trzy spłonęły.
            Tata nienawidzi wojska i uważa, że zmarnowałeś swój potencjał. Ma do wielki żal, bo uważa, że lepszy byłby z Ciebie alchemik niż żołnierz. ALE NIE PRÓBUJ WSPOMINAĆ O BYCIU PAŃSTWOWYM ALCHEMIKIEM! Tata nimi gardzi i uważa za zdrajców nauki. Ale nie przejmuj się za bardzo; tata niewielu ludzi lubi.

*

            Roy miał wrażenie, że przebiegło po nim stado rozpędzonych koni. Przez całe popołudnie biegali po błotnistej, mokrej drodze, zapadając się w kałużach. Przemoczył buty, zmarzł i nabawił się kataru, ale przynajmniej się nie wywrócił, jak dwóch nieszczęśników z sąsiednich koszarów.
            Wlókł się na stołówkę, marząc o ciepłym obiedzie. Właściwie, w czasie biegu też rozmyślał, co dzisiaj wybrać. Makaron z pomidorowym sosem, tartę szpinakową a może wodnisty, niedobry rosół? Potrzebował czegokolwiek, żeby zająć myśli.
            W kantynie roiło się od chłopców równie przemarzniętych jak on. Niemrawi, milkliwy bardziej niż zwykle. Roy też nie miał ochoty rozmawiać, chyba, że miałby negocjować trzy ciepłe koce, nie, lepiej cztery.
            Na szwedzkim stole stały posortowane półmiski. Sięgnął po metalową tacę, jedną z tych, które nigdy nie były dokładnie umyte i zawsze miały smugi po poprzednim i jeszcze poprzednim posiłku i bezmyślnie przypatrywał się jedzeniu. Tu i tak wszystko smakowało tak samo.
            Tarta szpinakowa stała na samym brzegu, więc sięgnąć właśnie po nią dokładnie w momencie, gdy czyjaś ręka śmignęła mu przed nosem i zgarnęła naczynie.
            - Co jest…? – Roy cofnął się zaskoczony.
            - Wybacz, druhu – wysoki okularnik z szerokim uśmiechem mrugnął do niego zaczepnie. – Ale za nic w świecie nie oddam szpinakowej tarty.
            Skinął mu głową i wyminął, wciąż się ciesząc ze swojej zdobyczy. Roy zdębiał, zmarszczył brwi i odprowadził chłopaka wzrokiem. Kojarzył go; mieszkał w sąsiednich koszarach, ale mieli razem lekcje. Zawsze przygotowany, inteligent i… cholernie irytujący! Roy w jednej chwili poczuł, że go nie cierpi.
            - Głupi cwaniaczek. Za nic w świecie nie oddam szpinakowej tarty! Też mi coś – obruszył się. Chciał wziąć następną, ale uświadomił sobie, że tamta była ostatnia.
            Zacisnął zęby i jeszcze bardziej znielubił aroganckiego okularnika.
            Co prawda, nieszczególnie lubił takie tarty, zawsze były niedopieczone, ale nie, nie zamierzał mu odpuścić!
            Z trzaskiem postawił tacę przy swoim stoliku i szturchnął Charlesa Avoide.
            - Co to za jeden? Ten w okularach?
            Charles uniósł wzrok, siorbiąc rosół.

            - Zdaje się, że Maes Hughes. A co?

2 kwietnia 2015

Flame Alchemist cz.11: Szkoła wojskowa (FullMetal Alchemist, royai)



                Roy miał wrażenie, że tegoroczne lato umknęło mu przez palce. Bardzo chciał je zatrzymać – każdą kąpiel w jeziorze, każdy spacer i każde upalne popołudnie, ale im bliższy był wrzesień, tym szybciej czas płynął. Całe ranki spędzał nad książkami. Mistrz Hawkeye rzadko zawracał sobie nim głowę, zwykle nic go nie obchodziło.
            Rozgniewał się tylko raz i Roy miał pamiętać tą historię przez wszystkie następne lata.
            Przeczytałam w starej książce, że dla alchemika nie ma niczego niemożliwego i, przy wprawie i dobrym kręgu, potrafiłby on przemienić kamień w złoto. Przy zaradności Madame Mustang nigdy nie brakowało mu pieniędzy, ale pomyślał o nędznym domu mistrza Hawkeye, o łatanych sukienkach Rizy i zaczął się zastanawiać, czemu mistrz nie wykorzysta swojego potencjału.
            W środku lipca nauczył się rysować idealny okrąg – znał na pamięć wszystkie symbole i wszystkie sentencje. Zmusił Rizę, żeby poszła z nim do starej kopalni. Kręciła nosem, ale w końcu poszła, tylko po to, by przez godzinę, gdy on rysował okrąg, marudzić, że jest znudzona i bzdury alchemików nic ją nie obchodzą.
            W końcu narysował, naznosił kamieni i uroczyście stanął nad stertą głazów.
            - Patrz, Riza!
            Klasnął dłońmi i uderzył dłońmi w granicę kręgu.
            Błysnęło, Riza krzyknęła i w sekundę smutna kupka kamieni przemieniła się w czyste złoto. Roy nie był w stanie wykrztusić słowa, a Riza oddychała głęboko, jakby zdażył się cud.
            - TAM SĄ!
            Podskoczyli spłoszeni. Na wzgórzu, kilkanaście metrów za kopalnią, stał staruch w słomkowym kapeluszu i przetartych spodniach na szelkach. Pokazywał na nich palcem, żywo opowiadając coś wojskowemu. Roy uniósł brwi, a Riza zacisnęła usta. Intuicja podpowiadała jej, że szykują się kłopoty.
            - Mówiłem, że kradną sprzęt z kopalni! – obruszył się staruch. – Niewdzięczne bachory od tego zdurniałego czarnoksiężnika Hakweye!
            Riza zacisnęła pięści tak mocno, że kłykcie jej pobielały.
            Wojskowych było trzech – wszyscy w znoszonych, granatowych mundurach i wysokich, skórzanych butach, ponurzy i znudzeni służbą na prostej, szarej prowincji. Jeden z nich zerknął na dzieci od niechcenia i – nagle, jakby się obudził – wyprostował się oburzony.
            - HEJ, TY! – ryknął. – Co ty wyprawiasz!?
            Roy skulił się zdumiony.
            - Ja tylko… - zanim zdążył się wytłumaczyć, wojskowy zbiegł po wzgórzu, złapał go za fraki i odciągnął od złota,
            - Alchemik, co? Nie nauczyli cię, że transmutacja kamieni w złoto jest zabroniona?! Prawo tego zabrania!
            - Nie miałem pojęcia… - Roy próbował się szarpać, ale na próżno. Drugi oficer złapał go pod ramię, a trzeci przytrzymywał wściekłą Rizą. Roy kątem oka zdążył zobaczyć, że próbuje go ugryźć, a potem pociągnęli go do wsi, do zubożałego biura sołtysa.
            Nie miał szansy się wybronić; dostał po twarzy tak mocno, że aż wypchnęło mu powietrze z płuc. Przetrzepali go, jakby był najgorszym chuliganem, a w momencie, gdy Roy chciał wzywać Madame Mustang, by go przytuliła i uratowała, drzwi huknęły o ścianę i stanął w nich najstraszniejszy człowiek jakiego kiedykolwiek widziano.
            Mistrz Hawkeye wkroczył do środka w połatanym płaszczu, rozczochrany, skrzywiony, tak blady, jakby był duchem. Roy nie miał pojęcia, jakim cudem zdołał dostać się do wsi tak szybko. Poczuł jednocześnie ulgę i przerażenie – dobrze było mieć przy sobie sojusznika, a jednocześnie bał się reakcji nauczyciela.
            - To mój uczeń – wychrypiał. Mówił cicho, ale wszyscy o pokoju dobrze go słyszeli.
            - A-ach tak – przytaknął oficer, a Roy mógłby przysiąc, że głos mu zadrżał.
            - To prawda, że transmutował złoto?
            - Tak jest. Przyłapaliśmy go w kopalni z wiejską dziewuchą, panie.
            - Ta dziewucha to moja córka – Hawkeye podniósł głos tylko odrobinę, ale i tak oficer wyprostował się nerwowo. – Żałosne psy wojskowe, nie macie nic innego do roboty jak prać gówniarza?
            - Złamał prawo!
            - I otrzymał już karę – mistrz krytycznie zerknął na podbite oko Roy’a i, ku rozczarowaniu chłopca, wcale mu nie współczuł. – Możecie być pewni, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Dopilnuję tego. Idziemy.
            Żaden z oficerów nie ośmielił się go zatrzymać. Hawkeye wyszedł, a Roy nieśmiało podreptał za nim. Za drzwiami czekała zaaferowana Riza, nerwowo obgryzając paznokcie. Zanim Roy zdążył zrobić minę chojraka, któremu żaden wojskowy nie straszny, rzuciła mu się na szyje i mocno, mocno przytuliła.
            Mistrz Hakweye wgramolił się na wóz i chwycił lejce.
            - Pożyczyłam wóz od mleczarza – szepnęła Riza, pomagając Roy’owi wskoczyć na wóz. – Bardzo cię boli?
            - Tylko trochę – Roy wzruszył ramionami. – Nie wiedziałam, że nie wolno zmieniać kamieni w złoto.
            Riza puściła do niego perskie oko i pokazała, żeby się pochylił.
            Kieszenie kwiecistej sukienki miała wypchane małymi i większymi grudkami złota. Roy nie mógł się nie roześmiać.
            - Nie wierzę, że zabrałaś je z kopalni!
            - Nie wszystko, ale taka fortuna nie może się zmarnować. Założę się, że tamci wojskowi wrócą i zabiorą resztę i żadnemu nie będzie przeszkadzać, jakie to nielegalne.
            - Jesteś niemożliwa! – Roy szturchnął ją i zaraz zgiął się, bo pod żebrem tworzył mu się siny, brzydki siniak.
            Mistrz Hakweye nazwał go idiotą, wysłał do łóżka bez kolacji i powiedział, że nigdy wcześniej tak się nie wstydził. Riza za to kupiła nowe firanki, dywan do przedpokoju i nowiutkie, śliskie książki dla Roya.
*
            Pod koniec sierpnia spakował wszystkie swoje rzeczy do starej walizki, założył beżowy płaszcz i zapukał do gabinetu mistrza Hawkeye. Nie usłyszał „Proszę”, ale i tak wszedł – po cichu i z szacunkiem.
            Mistrz drzemał w fotelu z rozchylonymi ustami. W dłoniach trzymał zapomniany kubek zimnego rosołu. Roy miał wrażenie, że napotkał gęstą ścianę śmierdzącego powietrza, prawie się zachłysnął gdy wszedł. Mistrz zabraniał wietrzyć i sprzątać swojego pokoju.
            - Odchodzisz, chłopcze? – wychrypiał rozbawiony. – A tak niewiele cię nauczyłem.
            - Dziękuję ci, mistrzu, za twoją naukę. Wiele się nauczyłem przez ostatnie lata – wyrecytował. Tyle razy wyobrażał sobie tą rozmowę, że znał przemowę na pamięć. Nagle wszystkie zaplanowane słowa wydały mu się zbyt głupie, by mówić je głośno. – Ale teraz mam innego zadanie.
            - Chcesz się uwiązać na smyczy?
            - Zamierzam zapisać się do Akademii Wojskowej, a potem zdań egzamin na Państwowego Alchemika. Będę służył ludziom. Taki jest obowiązek każdego obywatela.
            - Żałosne. Idź, ja niczego ci nie zabronię. Ale myślałem, że jesteś dość mądry, by nie zostać niewolnikiem!
            Roy nie odpowiedział. Wycofał się i ukłonił z szacunkiem.
            Teraz czekała go znacznie trudniejsza i znacznie bardziej emocjonalna rozmowa. Jeśli coś powstrzymywało go przed zapisem do szkoły wojskowej, była to właśnie Riza – jego najlepsza przyjaciółka, bratnia dusza, najbliższa towarzyska.
            Siedziała w kuchni, zajęta obieraniem jabłek. Gdy wszedł, tylko się uśmiechnęła.
            - Więc będziesz żołnierzem, tak?
            Roy zdębiał.
            - Skąd wiesz? – zawołał oburzony. – Przeczytałaś moje listy?
            - Tylko ten od dziadka Grummana – wyjaśniła spokojnie. – Mogłeś powiedzieć mi, co zamierzasz, a nie załatwiać wszystko potajemnie! I tak bym się dowiedziała!
            - Nie chciałem mówić, bo twój tata…
            - Nie popiera tego pomysłu.
            - Delikatnie mówiąc.
            Riza zeskoczyła z krzesła, stanęła przed Royem i uścisnęła go mocno.
            - Pisz często. Nie pakuj się w kłopoty. Ucz się. I trzymaj się  jakoś.
            Roy przytulił ją i westchnął cicho.
            - Przyjadę znowu w wakacje. Albo w ferie zimowe. Ale będę za tobą strasznie, strasznie tęsknił, Riza – powiedział cicho. - Odprowadzisz mnie na peron?
            Złapała go za rękę i razem ruszyli w stronę wsi.

            

10 lutego 2015

Flame Alchemist cz.10: Ludzie listy piszą (FullMetal Alchemist, royai)




         Zima była w tym roku wyjątkowo lodowata. Od listopada mróz trzymał bez przerwy, a śnieg zalegał na drogach, czyniąc rezydencję starego Hawkeye jeszcze bardziej niedostępną niż zwykle. Riza, próbując dostać się do szkoły albo po sprawunki, zapadała się w zaspach i za każdym razem wracała zakatarzona i wściekła. Roy wcale jej się nie dziwił – krótkie, ciemne dni nie sprzyjały mu w nauce i pogarszały humor mistrza, który i bez tego miał paskudne usposobienie. Zresztą, Hawkeye ostatnio stał się jeszcze ostrzejszy i agresywny – nawet Riza przestała się do niego odzywać.
         Roy był wdzięczny, gdy w końcu przyszedł marzec z roztopami, słońcem i pierwszymi liśćmi na drzewach. Dokładnie taka pogoda była, gdy dawno temu przybył do domu Bertholda Hawkeye, by pobierać nauki. Miał wrażenie, że od tamtego czasu minęły wieki.
         Spojrzał w okno na pusty ogród, w którym Riza sprzątała zeszłoroczne liście. Lubił przyglądać się, jak pracuje, bez reszty pochłonięta zajęciem – obojętnie, czy gotowała obiad, rozwiązywała zadania z algebry, czy ścieliła łóżko ojca. Czasem łapał się na głupiej myśli, że jest naprawdę ładna.
         Żal mu było, że niedługo będzie musiał opuścić dom Hawkeye.
         Sięgnął jeszcze raz po list ciotki i przeleciał wzrok po prostych, zgrabnych literach. Pismo ciotki było nienaganne jak cały jej wizerunek.
         Prawdę mówiąc, Roy, spodziewałam się, że wkrótce napiszesz mi coś takiego Nie jestem więc zdziwiona, wręcz przeciwnie – jestem dumna jak nigdy wcześniej. Zawsze byłeś mądry i odważny, a przecież nasz kraj potrzebuje takich ludzi! Powiedziałam już wszystkim przyjaciółkom, że mój Royek zostanie Naczelnikiem Sił Zbrojnych! - Roy nie mógł się nie uśmiechnąć. Cóż za wielkie słowa! – Porozumiałam się już z Dyrektorem Akademii Wojskowej, jest zachwycony i z przyjemnością cię przyjmie.
         Odłożył list i starannie schował do koperty. Na wszelki wypadek schował go do szuflady, żeby Riza niczego nie zauważyła. Jeszcze nie wspomniał jej, że zamierza wyjechać. Znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że będzie przeciwna, a nie chciał więcej kłótni.
         Riza była jego najlepszą przyjaciółką. Odkąd mistrz Hawkeye zaczął chorować i coraz więcej czasu spędzał zamknięty w czterech ścianach, zbliżyli się do siebie i pomagali nawzajem. Pożyczyła mu cyrkiel, by mógł rysować równe koła transmutacyjne, a on czasem obierał ziemniaki, gdy gotowała zupę.
         Dobrze wiedział, że może jej powiedzieć wszystko, ale zachował dwa sekrety – plan złożenia podania do szkoły wojskowej i przyczynę pożaru sprzed kilku miesięcy. Spacerowali wtedy w drodze do piekarni, a on miał na sobie skradzione rękawiczki mistrza. Klasnął w dłonie i w jednej chwili stare pędy ziemniaków stanęły w płomieniach. Wielokrotnie analizował w pamięci, jak mogło do tego dojść – czy to właśnie była tajemnica alchemii płomienia, którą odkrył mistrz? Odłożył rękawiczki i przysiągł sobie, że nigdy więcej nie będzie ruszał cudzych rzeczy. Riza nie doszukiwała się przyczyn wypadku – nie widziała w tym nic nadnaturalnego, stwierdziła, ze tak się zdarza. I dobrze, pomyślał Roy. Umarłby ze wstydu, gdyby odkryła kradzież.
         Zresztą, Riza też miała swoje tajemnicę, wiec nie miał wyrzutów, że coś przed nią ukrywa. Wciąż nie powiedziała mu, co wytatuowane jest na jej plecach. Kiedyś, na początku swojego pobytu w domu Hawkeye, usłyszał jej szloch. Chociaż wyganiała go i psioczyła, został, by ją pocieszyć. Na jej plecach zobaczył czarny, świeży tatuaż. Nigdy nie poruszali tego tematu, ale był pewien, że odpowiedzialny za to jest jej ojciec. Nie mógł pojąć, jak mistrz – nieważne, jak bardzo zdziczały i pokręcony – mógł skrzywdzić własną córkę.
         W ciągu ostatniego tygodnia dostał jeszcze dwa listy.
         Zgłupiałeś kompletnie! Zawsze wiedziałam, że jesteś kretyn, ale żeby do wojska? – pismo jego siostry, Joany było nierówne, jakby ręka jej drżała. Ze zdenerwowania. – Za mundurem panny sznurem, tak? Wyślą cię gdzieś na obrzeża, a ty dasz się zastrzelić. Koniec historii Wielkiego Generała Mustanga. Albo lepiej – resztę życia spędzisz za biurkiem, zanudzając się na śmierć! Ciotka może się rozpływać, że jej ukochany bratanek będzie generałem, ale wspomnisz moje słowa – będziesz  żałował tej decyzji! Wiesz, że w akademiach wojskowych są sami tyrani? Chcesz być takim tyranem? Zresztą, rób co chcesz! Co mnie to obchodzi! Mój brat zmarnuje sobie życie, ale co tam!
            Joana była prawdziwą pacyfistką, z czego reszta rodziny skrycie się podśmiewała. Nie tyle były to jej poglądy, ile jej nowego chłopaka. Był Ishvarczykiem, jak ona. Poznali się na potańcówce u wspólnej przyjaciółki. Od tamtej pory Joana codziennie zakręcała włosy na wałkach i podkradała ciotce biały puder, za jasny dla jej ciemnej, brązowej cery.
         Ostatni list najbardziej go zaskoczył. Był zamknięty pieczęcią, ze specjalnym stemplem oznaczającym listy na koszt wojska.
         Roy, Twoja ciotka to koszmarna plotkara i całe East City już wie, jaki będzie z ciebie wspaniały żołnierz. – pisał pułkownik Grumman. – Nie zrozum mnie źle, kibicuje ci, ale jej przechwałki trochę mnie bawią. Akademia wojskowa, tak? Dobrze, że taki młody człowiek jak ty chce wesprzeć kraj i wiedz, że rozmawiałam już o tobie z dyrektorem Ferey’em.
         Nie piszę jednak, by zachęcać Cię czy odwodzić od wstąpienia do wojska. Jest coś innego. Chodzi o mojego zięcia, Bertholda. Dla własnego dobra nie mów mu, że zamierzasz zostać Państwowym Alchemikiem. Wyrzuci cię, nie zechce udzielać lekcji i wyklnie od psów wojskowych. Uwierz mi, przyjacielu, ze świecą szukać drugiego takiego przeciwnika Państwowych Alchemików. Uważa ich za niewolników i kretynów.
         Zauważyłeś już pewnie, że moja wnuczka żyje w żałosnych warunkach. Gdyby Berthold przyjął licencje – a pewnie już zorientowałeś się, że jego badania i osiągnięcia dają mu szansę, by takową zdobyć – mieli by więcej pieniędzy niż mogliby wydać. Ale patrz, on odmawia i wyklina wojsko, skazując moją wnuczkę na mieszkanie w tej ruderze.
         Ostrzegam, Roy, zachowaj Akademię Wojskową dla siebie. Oszczędzisz sobie przykrości i nerwów mojemu zięciowi.
         Trzymaj się, chłopcze. Ucałuj moją Rizę.
         - Roy, słuchaj...
         Do pokoju wpadła Riza, jak zwykle bez pukania. Podskoczył i w pośpiechu wcisnął list do tylnej kieszeni spodni. Wolał jeszcze nie wspominać o swoim wyjeździe. Odwrócił się i za wszelką cenę starał się nie wyglądał na człowieka, który coś ukrywa.
         - Co tam chowasz? – spytała prosto z mostu.
         Nie wyszło.
         - Nic takiego.
         Riza zmierzyła go tak podejrzliwym spojrzeniem, że aż zrobiło mu się gorąco. W końcu wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się przyjaźnie.
         - Masz ochotę na spacer?
         Roy odetchnął z ulgą.
         - Z przyjemnością.
         Dyskretnie wysunął list z kieszeni i rzucił pod biurko. Podał Rizie ramię i zamknął za nimi drzwi. Zeszli po schodach najciszej jak mogli, by nie zbudzić mistrza Hawkeye, którego każdy szmer doprowadzał do furii.

         Roy ze smutkiem pomyślał, że to prawdopodobnie jeden z jego ostatnich spacerów przed dołączeniem do szkoły wojskowej. Nie wyobrażał sobie poranka bez śniadania z Rizą i bez przekomarzań.

30 marca 2014

Flame Alchemist cz.9: Ogień (FullMetal Alchemist, royai)

         Ledwo Riza przestąpiła próg starego, zapuszczonego domu, natychmiast pożałowała swojego wyjazdu. Już sam korytarz wyglądał, jakby pracowitej kobiecej ręki zabrakło nie tydzień temu, ale co najmniej kilka lat wcześniej. Prawie zakręciło jej się w głowie od zapachu bimbru, wymiocin i... spalenizny? Ściągnęła z głowy wdzięczny kapelusik z brązowym kwiatkiem i rozejrzała się z niesmakiem. Roy gramolił się tuż za nią, wciągając torbę przepakowaną nowymi książkami, na które Madame Mustang wydała prawdziwą fortunę.
         Riza porzuciła walizkę zaraz przed drzwiami, zajrzała do kuchni i zamarła w progu.
         Zasłonki!
         Zasłonki w granatowe bratki!
         Zakryła usta dłonią i zacisnęła na skórze zęby, żeby nie pisnąć, żeby nie zwyzywać ojca od najgorszych, żeby nie powiedzieć słów, które zapamięta na zawsze, a które nie zmienią rzeczywistości. Nigdy nie pomyślała źle o ojcu, wychowana w szacunku do niego, ale w tej chwili była gotowa wyjść i zostawić to nędzne życie córki alchemika, porzucić go, niech gnije.
         Kiedy mama, Elizabeth Grumman-Hawkeye, jeszcze żyła, uszyła zasłonki z taniego materiału, który kupiła na targu w East City. Był chyba najbrzydszy z możliwych, ale tylko na taki mogły sobie pozwolić, bo jak zwykle brakowało pieniędzy. Zresztą, pieniędzy zawsze brakowało. Mama dokonywała cudów, żeby związać koniec z końcem, przygotować coś smacznego, zadbać o dom i jeszcze wydać ostatnie zaskórniaki na książki ojca, któremu zawsze było mało.
         Zasłony były przejawem resztek dumy, którą posiadała każda kobieta z wielkiego miasta. Elizabeth Grumman-Hawkeye chciała, by jej dom był piękny i przytulny, a nie mogła już patrzeć na wypłowiałe, zżółknięte firanki, na widok których jej ojciec tylko kręcił nosem.
         Pracowały nad zasłonami bardzo długo, Riza, nazywana wówczas pieszczotliwie „słoneczkiem” albo „Rizusią” miała całe rączki pokłute, a jednak wszystko wyszło idealnie – najpiękniejsze na świecie zasłony, bo niepowtarzalne i zawierające tyle wspólnych wspomnień matki i córki. I kiedyś miały nawet wyszyte na dole E.H i R.H, ale tego już nie ma.
         Zasłonki były do połowy spalone – wyglądało, jakby ktoś nieopatrznie musnął materiał zapaloną zapałką i próbował je pospiesznie ugasić, ale nie zdążyć, bo ogień zdążył objąć już niemal połowę. I zostały tylko skrawki zwisające na karniszu, który też był odrobinę osmolony. Nie miała wątpliwości, że to właśnie on to zrobił.
         Wtedy po raz pierwszy nazwała go „nim”, a nie „tatą”.
         - O cholera – wyrwało się Royowi, gdy wkroczył zaraz za nią do kuchni. Riza nie zwróciła uwagi, że na podłodze leżą opróżnione butelki, a szafki są leciutko osmolone. – Twój ojciec bawi się w piromana?
         Żart był kiepski, ale dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi.
         Bez słowa wyszła z kuchni i zajrzała do pracowni ojca. Oczy zaczęły jej łzawić od paskudnego zapachu. Tutaj nigdy nie można było wietrzyć, ale przez ostatni tydzień nawet drzwi rzadko otwierano. Wśród bałaganu, wysokich stosów papierów i książek starszych nawet od samego Bertholda Hawkeye, dostrzegła jego wychudzoną, przygarbioną sylwetkę. Ginął w natłoku gromadzonych przez wiele lat skarbów i bezużytecznych gratów. Ręka bezwładnie zwisała mu wzdłuż fotela, a na drugiej wsparł zaplutą, jeszcze starszą niż poprzednio, twarz.
         Przez jeden krótki moment pomyślała, że targnął się na swoje życie, że zamiast ojca widzi właśnie trupa, że jest już na świecie całkiem sama, pozbawiona obojga rodziców. Postąpiła chwiejny krok do przodu i sama nie wiedziała, czego się bardziej boi. Że go już nie ma czy że nadal jest i jest nieprzewidywalny? Nagle poderwał na chwilę rękę, westchnął, zachrapał donośnie i znów zapadł w głęboki, ponury sen.
         Riza odetchnęła z ulgą. Przynajmniej żył. Czuła, że w jej sercu wściekłość i pogarda mieszały się z rozluźnieniem i ukojeniem na wiadomość, że ojciec jest tylko spruty, a nie martwy. Wzdrygnęła się i podeszła do okna, szarpiąc za stare okiennice.
         Miała zakaz wstępu do pracowni odkąd skończyła siedem lat. Wtedy przybiegła do niego z rysunkiem, przedstawiającym ją i rodziców. Popatrzył zdumiony na skrzydła przy ramionach Elizabeth, rozdarł rysunek i powiedział: „Twoja matka gnije w ziemi”. Nie zrozumiała, o co mu chodziło, ale poczuła się głęboko urażona, bo przecież chciała tylko sprawić mu radość. Zabronił odwiedzać siebie w czasie pracy i nigdy nie złamała zakazu. Chyba nie chciała wiedzieć, co wyprawia się w tajemnej pracowni.
         Strach było czegoś dotknąć, żeby się nie przykleić albo nie przylepić. Im mocniej szarpała za okiennice, tym bardziej skrzypiały, ale w końcu, gdy zawiesiła się na uchwytach prawie całym ciężarem ciała, ustąpiły. Do pokoju wpadł podmuch świeżego powietrza, słodkiego, letniego powietrza, którego tak potrzebował ten pokój.
         Pomyślała, że razem z wiatrem do środka wpłynęła mama. Nie taka, która gnije w ziemi, ale taka, która ma przy ramionach skrzydełka i uśmiecha się ciepło z obłoku. Tata na pewno bardzo by się gniewał za takie „nieuzasadnione dyrdymały ludzi, którym czyjaś Prawda wystarcza”. Tego też Riza nie rozumiała, bo było zbyt alchemiczne i zbyt poważne na jej jedenastoletni, umysł. Roy z kolei... Roy pewnie by się śmiał, bo chociaż jest w porządku, to wciąż jest strasznie głupi.
         - Głupi – powtórzyła Riza głośno i wyjrzała za okno. Ogródek też potrzebował jej ręki. Z daleka widziała, że ojciec chyba próbował zadbać o jej grządki, ale mylił pokrzywę z marchewką, a oset z rabarbarem, więc zostało jedynie pobojowisko.
         Wyszła, zostawiając otwarte okno i trzasnęła drzwiami. Nawet huk nie zbudził głębokiego snu upitego ojca. Zajrzała z powrotem do kuchni, gdzie Roy próbował zająć się kuchnią, niezdarnie chlapał wodą na szafki i wymachiwał brudną ścierką. Nawet jeśli dodał jej pracy, to była wdzięczna, że próbował ratować sytuację. Z szacunku dla mistrza czy z sympatii do niej?
         - Tata źle się czuje – powiedziała trochę zbyt chłodno.
         Wiedziała, że gdyby nie zacisnęła dłoni w pięści, to wybuchnęła by płaczem na widok spalonych firanek. Teraz też łzy błądziły się w kącikach oczu, ale była na tyle dzielna, by nie okazać słabości. Szkoda bardzo, żeby Roy Mustang zobaczył, że jednak nie jest najsilniejszą i najbardziej morową dziewczyną na świecie.
         - Potrzeba mu czegoś? – Roy wstał z kolan, a całe jego spodnie, świeżo wyprasowane przez służącego Madame Mustang, całe były w kurzu zmieszanego z mydlinami i wodą. Podejrzewała, że jego ciotka dostałaby spazmów, gdyby dowiedziała się, że absurdalnie drogi materiał już ma paskudne plamy nie do od prania.
         - Nie, prosił, żeby mu nie  przeszkadzać – odparła. Właściwie nie wiedziała, czemu nie chciała powiedzieć Royowi prawdy. Może bała się, że jeśli mistrz straci w jego oczach, wyjedzie i zniknie na zawsze, odbierając resztki życia staremu domowi. Może nie chciała widzieć współczucia w jego oczach, litości, że ma takiego ojca.
         - W porządku – Roy wzruszył ramionami. Uśmiechnęła się niewyraźne, wdzięczna, że nie drążył tematu. – To, co, chyba trzeba tu ogarnąć?
*
         Lato zbliżało się ku końcowi. Noce robiły się coraz chłodniejsze, a słońce wstawało jakby później. Woda w rzece była zbyt zimna, żeby całymi dniami przesiadywać na brzegami, kapać się i chlapać. Nawet las odpychał cieniami nielicznych spacerowiczów.
         Riza nie cierpiała końca lata i całej jesieni. Dusiła się w domu, wszystko tłukła i przypala, czego Roy nie omieszkał skomentować. „Pewnie się zakochałaś” zarechotał, gdy miseczka z potrawką wylądowała na podłodze. Obraziła się, chociaż w głębi serca nie widziała powodu, i przez trzy dni nie weszła do kuchni, przez co jadł na zmianę jajecznicę i xingskie zupki. Zlitowała się, w obawie, że jego wątroba nie wytrzyma dłużej dziwnej diety.
         Wszystko ją denerwowało. Czasem, gdy była sama, zdawała sobie sprawę, że najbardziej złości ją własna osoba i cały zrujnowany dom. Miała wrażenie, że świat nagle zamknął się w czterech ścianach, a ona była zatrzaśnięta w pułapce.
         Chociaż wychowała się w domu zdziwaczałego samotnika, lubiła ludzi. Lubiła ich głosy, dotyk, towarzystwo, oddechy, bliskość. Deszcze, które lunęły wraz z początkiem sierpnia, rozmyły drogi i nawet jeśli chciała iść do miasteczka, musiała brnąć przez błota. Koniec końców, wracała potwornie zmęczona, a na dodatek z katarem.
         Tęskniła za latem, za słońcem, za wolnością i godzinami spędzonymi na powietrzu. Zapowiadało się, że koniec roku będą mieli paskudnie chłodny, a zima przyjdzie wcześniej niż zazwyczaj. Jeśli rzeka zamarznie, znów będą mieli okazję wyszaleć się na łyżwach.
         Tęskniła też za miastem i Madame Mustang. Wydawało jej się, że przez krótki, letni tydzień poznała lepsze życie, które teraz było tak odległe i nieprawdziwe. Ile by dała, by móc wyrwać się z tego miejsca, porzucić smutne życie.
         Roy po raz pierwszy przestał garnąć się w stronę słońca i zabawy z dzieciakami. Wolał trzymać się w cieniu mistrza, słuchać jego dziwnych metafor i starać się zobaczyć, co stworzył. Niektórzy mówili, że Hawkeye zawsze bawił się ogniem, słyszał pogłoski o niesamowitych czarach i przywoływaniu nadzwyczajnych istot, ale mistrz nigdy nic takiego nie potwierdził aż do chwili powrotu od Madame Mustang, gdy ujrzeli przypaloną kuchnię.
         Ogień był najbardziej nieposkromioną rzeczą znaną Royowi. Rozprzestrzeniał się błyskawicznie, palił, grzał, podniecał, pochłaniał całe lasy, całe domy, zabijał i dawał ciepło chroniące przed zamarznięciem. Niemal wyobrażał sobie, jak będzie cudownie, gdy Mistrz przekaże mu prawdę, czy też Prawdę, i będzie mógł nazwać się   A l c h e m i k i e m   P ł o m i e n i a.
         Całkiem nieźle brzmi, uśmiechnął się w duchu.
         Wrócił do przeglądania swoich notatek i choć wzrok błądził między niestarannymi literami, myślami był bardzo daleko od starego domu mistrza Hawkeye.
         Prawdą było, że skończył niedawno czternaście lat. Wiedział, że dla Rizy, ciotki Mustang, sióstr i mistrza Hawkeye wciąż był dzieciakiem, wypłochem i skończonym kretynem, ale on sam czuł, że nie ma już wiele czasu.        
         Został tylko rok, no, może trochę ponad rok, do chwili, kiedy będzie mógł się zapisać do wymarzonej Akademii Wojskowej w East City. Najchętniej wyjechałby do stolicy, sławetnej Centrali, o której słyszał niesamowite rzeczy, ale wiedział, że złamałby ciotce serce kolejnym, jeszcze dalszym wyjazdem. Przez ten czas zamierzał nauczyć się alchemii i poderwać Bethany, przyjaciółkę Rizy. Nieważne, jak bardzo różniły się obydwa cele, były dla niego równie ważne.
         Wojsko było dla niego odległym celem i jedyną wizją przyszłości. Właściwie, od zawsze wyobrażał sobie siebie tylko tam, w granatowym mundurze armii Amertis z generalską czapką na głowie. W pocie, w krwi - na froncie, wyprostowany i schludny – w biurze. Generał Mustang. Nie było lepszego połączenia, tego był absolutnie pewien.
         - Roy – Riza weszła do pokoju i prawie od razu rzuciła się na łóżko.
         Chłopak stłumił westchnienie. Uwielbiał Rizę, była prawie jak chłopak, ale czasem doprowadzała go do szału.
         Ostatnio była nieznośna: stała się jeszcze bardziej uparta, a na dodatek stale się nudziła, zupełnie jakby odebrano jej cały optymizm. Nie potrafiła usiedzieć w miejscu, a każde zajęcie kończyło się popsuciem czegoś albo skwaszoną miną. Wystarczył jeden głupi żart z jego strony, żeby się obraziła i przestała z nim rozmawiać.
         – Pójdziesz ze mną do sklepu? – spytała.
         - Po co? – jęknął, nieszczególnie zainteresowany. Zerknął za okno i aż się skulił, widząc szare, pochmurne niebo. Pomyślał, że mniej więcej tak wyglądają myśli zgorzkniałego mistrza Hawkeye, ale nie ośmielił się wspomnień o tym Rizie. Dziewczyna, mimo, że od wypadku z zasłonami stała się chłodniejsza w stosunku do ojca, wciąż miała do dziwaka ogromny szacunek i nie pozwalała powiedzieć o nim złego słowa. Czasem, gdy próbował, marszczyła się, grożąc „Nie przeginaj!” i odchodziła rozgniewana.
         - Potrzebuje paru rzeczy – westchnęła niemal teatralnie, dając do zrozumienia, że po prostu potrzebuje wyrwać się z domu, a samotny spacer w taką pogodę wydawał jej się najgorszym złem. – A ty potrzebujesz przewietrzyć umysł.
         - Potrzebuję? – uniósł brwi, ale właściwie nie pogardziłby spacer, pod warunkiem, że Rizie znowu nie zbierze się na marudzenie. Latem wydawała mu się najwspanialszą towarzyszką do zabaw, nie bała się wody ani pijawek, wspinała się na drzewa lepiej od niego i zawsze była skora do zakładów i wyścigów. Kiedy pogoda odeszła, zniknął też dobry humor Rizy, zastąpiony przez ponurą, wykrzywioną minę i niechęć do wszystkiego.
         - Tak. Potrzebujesz – oznajmiła głosem nieznoszącym sprzeciwu.
         Zszedł niechętnie na dół, podczas gdy Riza zmieniała sukienkę na nieco cieplejszą. Wepchnął ręce w kieszeń i przeskakiwał po dwa stopnie, w myślach powtarzając wyliczanki zapamiętane jeszcze z dzieciństwa. Już miał wciągnąć buty, gdy nabrał nagłej ochoty zajrzenia do pokoju mistrza Hawkeye.
         Zakurzony gabinet, gdzie zimą można było zamarznąć, a gdzie latem panował prawdziwy ukrop, pozostawał zamknięty zarówno dla niego ja i dla Rizy. Mistrz nie życzył sobie towarzystwa i jego córka w pełni zaakceptowała sprawę, chyba nawet nie chciała mieć nic wspólnego z całą  alchemią. Roy, za to, dałby wiele, by spędzić czas wśród tych wszystkich tajemnic, jakie kryły księgi starego człowieka.
         Stanął przed drzwiami i zastanawiał się, czy może nie wejść pod pretekstem zapytania, czy mistrz niczego nie potrzebuje. Zdawał sobie sprawę, że Riza pewnie już pytała albo sama lepiej od ojca wiedziała, czego mu potrzeba, ale liczył, że zobaczy coś niestworzonego. Uchylił drzwi i wsunął głowę w szparę, rozglądając się ciekawie.
         Wszedł pewniej, usłyszawszy, że Hawkeye pochrapuje cicho w swoim fotelu. Ostatnio coraz częściej spał i coraz częściej przechadzał się dookoła domu, zamyślony i dziwnie przygnębiony. Roy do tej pory pamiętał, jak cicho powiedział, że przestał żyć w n i e s p e ł n i e n i u. Do tej pory nie wiedział, o co chodziło, ale nie śmiał o więcej pytać. Nauczył się, że cierpliwość mistrza jest bardzo względna i każda wypowiedź wystawia ją na ciężką próbę.
         W pokoju jak zwykle panował przysłowiowy burdel. Riza, która utrzymywała cały dom, czasem sprzątała tu pod jego nieobecność, ale starte półki szybko pokrywała nowa warstwa kurzu i nawet gdyby chciała, nie dałaby rady zająć się starym gabinetem. Zresztą, za każdym razem gdy zaczynała czyszczenie, mistrz zrzędził, że na pewno coś mu pobrudzi albo poprzestawia.
         Roy przejrzał kilka książek, których mistrz pewnie nie dałby mu jeszcze przez jakieś kilka miesięcy, bo wciąż za mało rozumie. Najchętniej zwinąłby parę, ale póki co jedynie zapamiętał kilka skomplikowanych definicji i zostawił na miejscu, nie chcąc złościć mistrza.
         - A to co? – spojrzał na dziwne, zżółknięte rękawiczki leżące koło okularów na stercie papierów. Materiał był stary i wypłowiały, ale wzór, który na niego naniesiono musiał powstać zaledwie przed paroma tygodniami.
         Przyjrzał się uważnie skomplikowanej mieszaninie rombów i trójkątów umieszczonych na idealnie równym, podwójnym kole. Coś podobnego już widział, ale nie bardzo pamiętał gdzie i kiedy. Być może jego siostra, Joana, pokazała mu podobny obrazek w jakiejś encyklopedii? Albo któryś z dziwnych znajomych ciotki nosił cos takiego jako broszkę? Zamyślił się głęboko.
         Usłyszał, że Riza już wychodzi z pokoju i już miał porzucić rękawiczki, gdy zdał sobie sprawę, że podobny znak córka Hawkeye wytatuowany na plecach. Co prawda bardziej ozdobiony i skomplikowany, ale taki sam. Prawie zachłysnął się z wrażenia. Do tej pory pamiętał cichy szloch Rizy i noc, którą spędziła wtulona w jego ramię. Nie rozumiał, czemu mistrz tak skrzywdził swoją jedyną pociechę, ale być może nie powinien rozumieć.
         Spojrzał na mistrza i, upewniwszy się, że ten głęboko śpi, schował rękawiczki do kieszeni marynarki i wymknął się niepostrzeżenie z pokoju. Riza stała na korytarzu, opatulona w brązowy płaszczyk i czekała na niego ze zniecierpliwioną miną.
         Na dworze było zimno. Wiatr napływał od północy i dął ile sił, pędził między domami i między drzewami, wydmuchiwał resztki ciepła wszędzie tam, gdzie nieopatrznie zostawiono otwarte dni. Niebo było obrażone i nieszczęśliwe; zbierało się na deszcz.
         Riza ruszyła pierwsza. Trzewiki miały pozdzierana czuby, ale i tak dawały ciepło i prawie nie odczuła chłodnego, jesiennego wiatru, który wiał od wschodu, od Ishvaru. Melancholia szybko ustąpiła codziennej, bardzo „rizowatej” chęci do zabawy i psot.
         - Założę się, że przez to ciągłe ślęczenie nad książkami straciłeś formę – rzuciła przez ramię, przyspieszając kroku. Roy zmarszczył brwi, chociaż wiedział, że to jedynie prymitywna i na dodatek niezbyt wyszukana zaczepka. Riza szybko zorientowała się, że łatwo go podpuścić i pozwala się sprowokować jak dziecko; wykorzystywała to przy każdej okazji. „Mam niezły ubaw” tłumaczyła później najlepszej przyjaciółce, Bethany.
         - I tak mnie nie prześcigniesz – burknął Roy, wyłamując sobie palce.
         - Przecież biegasz jak ciota – odparła Riza, zadzierając nos. Nie bardzo wiedziała, co oznacza wyzwisko, ale starsi chłopcy ze szkoły często tak na siebie wołali, gdy zaczynali bójki. Czasem trzymałą się blisko nich i podsłuchiwała, co nowego mówią o szkole i wielkim świecie. Gdyby nie ich rozmowy, pewnie nigdy nie dowiedziałaby się o wielu spraw, bo gdy pytała o nie ojca, stale zbywał ją oklepanym „Jesteś za mała”.
         Roy zachmurzył się i zarumienił, ale Riza już osiągnęła, co chciała.
         - Ścigamy się do piekarni – warknął i, nie czekając aż dziewczyna odpowie, pobiegł z górki, na przełaj. Ściółka tryskała mu spod butów, rozlatując się na wszystkie strony, a buty ślizgały na niepewnym podłożu z igieł, ale i tak miał nad Rizą sporą przewagę czasowo.
         Nie wziął pod uwagę, że dziewczyna mieszka w okolicy dużo, dużo dłużej niż on, i zna każdy zakątek lepiej niż własną kieszeń. Nawet nie zauważył, kiedy przecięła mu drogę i już była przed nim. Chociaż pokazała mu większość skrótów i przejść, wciąż miała swoje tajne ścieżki. Pomachała mu ze śmiechem, skacząc przez kałużę.
         - I tak nie wygrasz! – krzyknął za nią, przyspieszając jeszcze bardziej. Wiatr smagał mu twarz i rozwiewał poły płaszcza, ale w tej chwili zimno mu nie przeszkadzało. Liczyła się wygrana. Gdzieś w głębi serca miał potrzebę zaimponowania Rizie.
         Wypadli na pustą drogę otoczoną kiepsko zbitym płotem. Riza nie zatrzymała się nawet, gdy chuderlawy koń zarżał gniewnie, kiedy omal nie potknęła się przed wozem. Odwróciła się w pędzie, machnęła przepraszająco do woźnicy i przy okazji pokazała język Roy’owi. Był zaledwie kilka metrów dalej, ale już się zdyszał i całą twarz pokrywał mu czerwony rumieniec.
         Przyspieszyła jeszcze bardziej, świadoma, że każda minuta zwłoki oddala ją od wygranej. Ścierpła na samą myśl, że ktoś tak nadęty jak Roy Mustang miałby potem przez tydzień naśmiewać się z jej porażki.
         Kapelusz sfrunął z głowy Rizy, gdy Roy doganiał ją na zakręcie. Poszybował ponad płotem i miedzą i wylądował na ziemi, kilka metrów dalej, na polu. Nie zwracając uwagi na błoto, Riza schyliła się i przelazła między rozchylonymi deskami. Spódnica zaczepiła o kant deski i rozdarła się jak stare prześcieradło. Riza zaklęła pod nosem tak, jak nauczył ją Roy, ale nie zwróciła uwagi na migające między materiałem jasne kolano.
         Lodowaty, jesienny wiatr zawiał od północy i poderwał kapelusz. Dziewczyna rzuciła się pędem, ale prąd poniósł go wysoko i zrzucił dużo dalej, na inną miedzę. Słyszała, jak Roy narzeka i z trudem przeskakuje przez płot, ale na niego nie czekała. Gdyby kapelusz uciekł jeszcze dalej, mogłaby go nie odzyskać.
         Roy westchnął i poczłapał się za nią. Może był silniejszy, ale brakowało mu sprytu. Wspiął się na płot zaskakująco szybko i chciał pokazać, że jest niezłym skoczkiem – już miał się wybić z kucek, gdy uderzył się kolanem w czoło. Dziękował w duchu, że Riza się nie odwróciła i nie zobaczyła jego porażki.
         Zadrżał z zimna i włożył skradzione mistrzowi rękawiczki. Po ciotce odziedziczył zainteresowanie dziwnymi rzeczami. Chociaż umierał ze wstydu, gdy ubierała go w spodnie z niskim krokiem albo idiotycznie kolorowe pantofle, to zawsze lubił jakieś specyficzne dodatki. Niech tylko koledzy w mieście zobaczą wzór na rękawiczkach – pękną z zazdrości. Nawet, jeśli były trochę za duże i wisiały z każdej możliwej strony, wciąż mógł je zszyć albo poprosić ciotkę o zwężenie. Mistrz nie musiał niczego zauważyć.
         - Mam to cholerstwo – mruknęła Riza, maszerując z ubłoconym kapeluszem na głowie. Nie przeszkadzało jej, że obok wstążki zielenieje trawa, a z tyłu zwisają jakieś chwasty. Nigdy nie zawracała sobie głowy bzdurami, a gdy z jej życia zniknęły ułożone panienki – wróciła do własnej prostoty dziecka wychowywanego bez matki.
         - Nie skończyliśmy wyścigu – westchnął Roy z żalem, wciąż trochę zdyszany. Riza wzruszała ramionami i poprowadziła go na drogę. Przeszli w miejscu, gdzie płot się urywał – Roy nie był pewny, czy dziewczyna zwyczajnie się nad nim lituje czy nie chce porwać spódnicy jeszcze bardziej.
         - Zimno – westchnął ze wstrętem.
         - Ano, zimno – przytaknęła Riza. – Będziemy mieli w tym roku paskudną zimę.
         Roy westchnął i zatarł ręce. I wtedy to się stało. Nie wiedział kiedy ani jak, ale poszła iskra. Z jego rąk buchnął płomień: prawdziwy, żywy ogień. Odskoczył z krzykiem, ale było za późno. Iskra upadła na suchą, zmarzniętą miedzę.
         - Pali się! – wrzasnęła Riza z przerażeniem. Roy był zbyt zdumiony, by się przestraszyć, ale coś – jakiś instynkt samozachowawczy – podpowiedziało mu, że nie może pozwolić, żeby ogień się rozprzestrzenił. Ściągnął z siebie kurtkę i rzucił na płonącą kępę. Trzeba odciąć powietrza!
         Riza, w panice, skoczyła na kurtkę i zdeptała płomień. Coś zasyczało i Roy był pewien, że materiał stanie w ogniu, ale nic takiego się nie stało. Pachniało dymem, a kurtkę miał prawie czarną z jednej strony. Wzdrygnął się.
         - Co to było? – Riza spojrzała na niego ze zgrozą.
         - Sam chciałbym wiedzieć – ściągnął rękawiczki i poprzysiągł sobie, że odłoży je na miejsce i nigdy w życiu nie powie o niczym mistrzowi. – Ale, na wszelki wypadek, zachowajmy to dla siebie, co?

__________________________
Najdłuższy rozdział w całej historii. Niby niewiele, bo tylko sześć stron, ale zwykle zamykam się w czterech. I pisałam go niesamowicie długo... Od listopada! Ale się zeszło...