Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crossover. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crossover. Pokaż wszystkie posty

3 maja 2018

Serca Lód cz.5: A czas upływa... (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)



`          Jack Mróz wpadł jak burza do kwatery głównej świętego Mikołaja. Po drodze zaliczył bliskie spotkanie z Yeti, niosącym karton czerwonych wyścigówek do zapakowania na gwiazdkowe prezenty dla dzieci. Nawet sie nie obejrzał, gdy wściekły stwór wygrażał mu włochatą pięścią. Zaraz zanim pomknął Zając Wielkanocny, rozdeptując wielkimi łapami samochodziki. Yeti aż huknął.
- Przepraszam najmocniej, pilna sprawa - zaszczebiotała Zębowa Wróżka, lecąca tuż za dwójką Strażników. - Oni naprawdę bardzo się spieszą - uśmiechnęła się słodko, ukazając rzędy ostrych, bialutkich kłów.
Yeti zaryczał z goryczą.
- Jestem pewna, że Mikołaj doceni, że pracujesz po godzinach - Wróżka energicznie pokiwała głową. - Do Gwiazdki zdążysz zrobić nowe auta, jestem przekona! - dorzuciła jeszcze, frunąc w kierunku gabinetu szefa.
Jeszcze przez drzwi usłyszałą przekrzykujących się Jacka i Zająca. Przewróciła oczami i wślizgnęła sie do środka.
Święty Mikołaj, ze swoją wielką, siwą brodą i jeszcze większym brzuchem, siedział za biurkiem zawalonym kulami śniegowymi, miniaturowymi choinkami i prototypami nowych zabawek dla dzieci. Słuchał ze zmarszczonymi brwiami, próbując wywnioskowac cokolwiek ze słów Jacka.
Piaskowy Dziadek przydreptał do Wróżka i bezradnie rozłożył ręce. Złoty pył nad jego głową uformował się w falujący znak zapytania. Zębuszka posłała mu wymowne spojrzenie.
 - Wiem tyle co ty - szepnęła.
 Tymczasem między Zającem a Jackiem wrzało coraz bardziej.
 - Ona tam jest! Jest taka jak ja!
 - Wróćmy może do punktu wyjścia, bo Śniężyca w Wielkanoc…
 - Ona tam jest! Elsa! Muszę sie dowiedzieć wiecej, muszę tam wracać…
 - Kręcisz jak zwykle, jak zwykle…
 - Przecież od tego jesteśmy, żeby chronic dzieci! Obiecałem jej!
 - Obiecałeś nie robić głupich numerów!
 - Muszę tam wrócić, a wy mnie ciągniecie na cholerny biegun!
 - Licz sie ze słowami, chce z tobą rozwiązać sprawę tego śniegu, honorowo, po męsku!
 Mikołaj wstał tak gwałtownie, że biurko aż zadrżało. W całym gabinecie zapanowała śmiertelna cisza. Siwy wbił przenikliwe, zimne spojrzenie w Jacka.
 - Księżyc - zaczął powoli. - Uczynił nas straznikami nie tylko dlatego, żebyśmy nieśli dzieciom radosć, abysmy je chronili i abyśmy dla nich działali, ale także dlatego, że mamy otwarte umysły. Potrafimy rozumieć w sposób najprostszy i najpiekniejszy, a uczymy się tego właśnie od dzieci.
 - Do rzeczy - sapnął Jack.
 - Mówicie o innym świecie. I chociaż to nadzwyczajnie, nadnaturalne, to wiem, że wystarczy uwierzyć, tak, jak dzieci wierzą w nas, choć możemy się wydawać poza pojmowaniem rozumu - ciągnął powoli.
 - Czyli rozumiesz, że muszę tam wrócić! - ryknął Jack. Zając i Zębuszka zaciągnęli go tu niemalże siłą, żeby wspólnie przedyskutować sprawę tajemniczego przejścia. Instynktownie czuł, że powinien sie spieszyć do małej Elsy. - Idę, dość masz gatki z wami!
 - Musisz zapłacić za rozpętanie śnieżycy…! - spróbował ostatni raz Zająć, ale Jacka już nie było. - Nie ujdzie ci to płazem!
 - Mikołaju, ty wiesz, co to było za przejście? - spytała z powagą Zębuszka.
 - Nie mam pojęcia - odparł. - Ale wiesz, nauczyłem sie mu ufac przez te wszystkie lata - wytłumaczył, patrząc w niebo, w poszukiwaniu Księzyca.
 - Ta, dobrą gadkę Jackowi sprzedałeś - burknął Zając. - Teraz zajmuje sie Bóg wie czym, a moje jajka zamarzają w śniegu!
 - Mówił, że spotkał dziewczynkę taką samą, jak on - przypomniała Wróżka. - Myślisz, że to kolejna strażniczka?
 Mikołaj spojrzał spod siwych, krzaczastych brwi, ale niczego nie powiedział.

23 lipca 2015

Serca Lód cz.5: Wina Elsy (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

            - Przecież mamy dbać o dziecięce marzenia! – oburzył się Jack, gdy Zając chwycił go mocno i zarządził, że pójdą z tym do Świętego Mikołaja. – Obiecał Elsie, że się spotkamy! Puszczaj mnie, zarośnięty króliku!
            - Jack, nie wiemy, co tam może być… - próbowała zaoponować Wróżka. – Nie przyszło ci do głowy, że to niebezpieczne? Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim…
            - I ty przeciwko mnie?!
            - Próbuję być rozsądna! – zatrzepotała ze złością skrzydełkami i okrążyła głowę Jacka. – Powinnam teraz zajmować się ząbkami dzieci, a nie tobą!
            - Kto wam w ogóle kazał się wtrącać?! – Jack szarpnął się mocno i odepchnął Zająca Wielkanocnego. – Pryskam. Nara – rzucił przez ramię i, zanim silna łapa Zająca go dopadła, zniknął w przejściu.
            - Zaczekaj, Jack! – krzyknęła Wróżka Zębuszka. – Sterczymy tu jak głupi, a on pojawia się i znika! – westchnęła z pretensją. – Przecież on mnie kiedyś wykończy.
            - Prędzej mnie szlag trafi – dodał Zając z zachmurzoną miną. Zapatrzył się w przejście; zielona kraina, o której mówił Jack naprawdę go kusiła, ale przecież była Wielkanoc – a on miał swoje obowiązki. Nie zamierzał zachowywać się jak Jack Mróz i olewać wszystko dla własnej zachcianki.
            - Mikołaj? – spytała cierpko Wróżka.
            - Mikołaj – przytaknął Zając Wielkanocny.
*
            Jack Mróz uderzył z hukiem o twardą ziemię polany. Potrzebował chwili, zanim obraz przed oczami przestał się trząść. Rozejrzał się z niepokojem po lesie. Ostatnim razem było tu… jaśniej i cieplej. Niebo było ciemne i burzowe, zwiastowało koszmarny czas. Było mroczne. Mroczne w ten straszny, niebezpieczny sposób, który Jack już kiedyś widział. Potrząsnął głową, odganiając głupie myśli.
            Noc była ponura. Jack zarzucił kaptur na głowę i szedł przez ciemny las, postukując laską o korzenie drzew. Powietrze było dziwnie chłodne, nawet wysłużona, za duża bluza nie chroniła go przed powiewami lodowatego wiatru. Coś było nie tak!
            Wietrzne, chłodne miejsce zdecydowanie nie przypominało zielonej krainy, którą zapamiętał z ostatniej wizyty. Paskudna noc. 
            Pałac stał na wzgórzu. Strzeliste wieże sięgały ciężkim, poszarpanym chmurom. Na placu nie było żywej duszy – ani służących, ani dziewczynek. Nawet fontanna nie działała. Jack chwycił mocniej swoją laską i wzbił się w powietrze, podlatując do najniższej wieży. Zajrzał do środka. W szerokim pomieszczeniu krzątało się kilka starszych kobiet. Gotowały; Jack prawie przylepił nos do szyby, wpatrując się w parujący, gęsty barszcz w kotle.
            Jedna z kucharek krzyknęła z przerażeniem na widok chłopca lewitującego w powietrzu. Złapała się za serce i gapiła się na niego, piszcząc ze zdumienia. Jack pomachał się na pożegnanie i podleciał wyżej.
            Pusty pokój, zbrojownia, więcej pustych pokoi, galeria porterów (Poprzedni władcy byli naprawdę paskudni, pomyślał z niesmakiem). Okrążył wieżę i podleciał do kolejnej. Wszystkie okna były zamknięte. W jednym z pomieszczeń dostrzegł zamieszanie i znajomą, rudą czuprynę. Dopadł do szyby.
            Mała Ania spała w ogromnym łóżku na stosie poduszek, a przy niej czuwało dwoje ludzi – wysoki, brodaty mężczyzna i zgarbiona, smutna kobieta. Jack zgadywał, że to rodzice jego przyjaciółek – król i królowa. Pochylali się nad córką i głaskali ją z tak wielką troską, że Jack zaczął się martwić, czy Anka aby nie jest chora.
            Elsy nigdzie nie było widać.
            Wzbił się wyżej i znalazł ją we wschodniej komnacie. Siedziała na parapecie z podkulonymi nogami, zawinięta w puchaty koc i wpatrywała się zapuchniętymi, załzawionymi oczami w tarczę księżyca.
            Jackowi ścisnęła się serce.
            - Elsa! Elsa! – uderzył pięścią w ścianę.
            Ukryła twarz w ramionach i zachlipała żałośnie.
            - To moja wina! Moja wina!
            Jack zamachał laską.
            - Co jest niby twoją winą! Elsa, wpuść mnie! To ja, Jack! Czarodziej! Co tu się wyprawia! – krzyczał, ale dziewczynka zdawała się go nie słyszeć.
            Gdy uniosła główkę i znów spojrzała w niebo, dotarło do niego coś strasznego. Patrzyła niewidzącym, zamglonym spojrzeniem. Nie widziała go. Przestała go widzieć. Nie widziała go!
            Poczuł, że serce zamienia mu się w lodowatą bryłę.
            I nagle, gdy już miał dać jej znak, wyczarować coś na szybie, dostrzegł cień na ścianie pokoju. Plama odznaczała się wyraźnie, nawet w pół mroku widział kształt człowieka. Jack poczuł, że brakuje mu tchu.
            Cień wysunął się na przód i uśmiechnął się szeroko. Jack dobrze pamiętał ten straszny, triumfujący uśmiech. Poczuł, że robi mu się słabo. Mrok.
            Mrok zbliżył się do małej Elsy i  pochylił się nad jej uchem, a po pokoju rozniósł się lodowaty szept:  Przez ciebie Ania prawie umarła…
            Elsa zaniosła się szlochem, a Jack walił pięścią w ścianę, najsilniej jak tylko potrafił.
            - Zostaw ją! Zostaw ją!
            Mrok tylko się roześmiał i machnął ręką. Jack poczuł, że spada. Wypuścił laskę z dłoni i bezwładnie poleciał w dół.
__________________________________________________
Hej, hej :) Kiedy to czytacie, ja pewnie jestem już na wakacjach i wypoczywam :)
Dwa słowa. Ostatnio pisałam gościnny post na bloga ja-i-frozen o tym, jak każdy fan stopniowo wpada w uzależnienie od Krainy Lodu - wspominam o tym teraz, bo rozdział zgadza się tematyką Frozen. Dla mnie była to super sprawa i olbrzymie wyróżnienie, dzięki wielkie, Dziewczyny! Zapraszam Was tam i w ogóle na bloga Dziewczyn, bo jest fantastyczny i warto spojrzeć, zwłaszcza, jeśli uwielbia się Frozen :) Pozdrawiam serdecznie Aley i Veinę!
No, a jak Wam mijają wakacje? 

29 czerwca 2015

Serca Lód cz.4: W kątach czai się Mrok (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

            - Jakie pół minuty? - Jack zerwał się na równe nogi, strzepnął jej dłoń i niespokojnie zakręcił się wokół własnej osi. – Latałem tak prawie cały dzień, nie żadne pół minuty!
            - Gdzieś ty w ogóle był?! – tupnął Zając Wielkanocny. – Jeśli to kolejna kretyńska sztuczka, to…
            - To nie jest żadna sztuczka! – oburzył się Jack. – Przysięgam! Byłem tam!
            - Ale gdzie? – dopytywała się zatroskana Wróżka Zębuszka z niepokojem fruwając dookoła Jacka. Próbowała wyciągnąć cienkie ramionka, by go uspokoić, ale odsunął się rozgniewany.
            - Tam jest zupełnie inaczej!! To rzeczywiście przejście, nie macie pojęcia! Księżyc nam to pokazał, jestem pewien – Jack gorączkowo szukał słów. – Księżyc mi to pokazał – powiedział wreszcie z mocą.
            - Niby dlaczego tobie? – Zając podejrzliwie poruszył długimi wąsami.
            - Tam wszyscy mnie widzą! – wyszeptał.
            - Może po prostu wierzą w Dziadka Mroza? – Zając wzruszył ramionami.
            Wróżka Zębuszka potrząsnęła tęczowym łebkiem i wylądowała na szczycie laski Jacka z bardzo poważną miną.
            - Jack, rozumiemy, jakie to dla ciebie ważne, żeby czuć wiarę dzieci. I bardzo się cieszymy, że  tam wszyscy, nawet dorośli, tak?, cię widzieli.
            - Nie o to chodzi! Ja tam po prostu byłem! Nie jako bajka dla dzieci, ale jako normalny człowiek. I spotkałem kogoś takiego jak ja.
            - Co to niby znaczy? – fuknął Zając.
            Jack uśmiechnął się na wspomnienie dziewczynki z niesamowitą mocą. Była wyjątkowa; tego był absolutnie pewien. Tak mądrego i bystrego dziecka nie spotkał nigdy wcześniej.
            - Elsa potrafi czarować. Tak jak ja.
            Z zadowoleniem obserwował zaskoczenie na twarzach przyjaciół. Wróżka przymknęła oczy i spojrzała z zamyśleniem w tarczę księżyca.
            - Może Księżyc wysłał cię tam specjalnie dla niej?
*
            Księżniczka Elsa czekała na swojego Czarodzieja następnego dnia i jeszcze następnego. Codziennie siadała na dziedzińcu, tuż przy fontannie i wypatrywała. Początkowo towarzyszyła jej Anna, ale mniejsza szybko się znudziła; Czarodziej pojawił się i przepadł, jak przypadkowy gość.
            Ale Elsa zbyt go pokochała, by tak po prostu zapomnieć. Czasem w snach wyobrażała sobie, że coś ją przerasta i że cała zamarza; zawsze wtedy budziła się spocona i przestraszona. Była pewna, że Czarodziej mógłby ją uspokoić, pocieszyć, zrozumieć bardziej niż ktokolwiek inny! Byli tacy sami. Przysięgał, że będą się razem bawić i że nauczy jej wszystkiego, co sam umiał. Po kilku smutnych dniach Elsa się poddała.
            Czarodziej ją porzucił. Odleciał daleko ze swoją sękatą laską.
            Niechętnie czarowała, chociaż Ania wielokrotnie ją prosiła i namawiała. Była zbyt zraniona. Po raz pierwszy w życiu ktoś ją tak po prostu odrzucił.
            Tamtej tragicznej nocy do późna siedziała na okiennym parapecie w cienkiej koszuli nocnej i wpatrywała się w księżyc. Niebo było wyjątkowo jasne; tuż nad horyzontem skrzyła się przepiękna zorza. Gdy przymykała oczy, zdawało się, że widzi nadlatującego Czarodzieja, który pędzi ku niej, wymachuje swoją laską i krzyczy, że już nigdy więcej się nie spóźni. Ale gdy tylko je otwierała, nikogo już nie było.
            Nagle na sąsiednim łóżku coś podskoczyło; Anka się przebudziła i natychmiast poderwała. Z pościeli wynurzyła się ruda główka.
            - Elsa! Zorza!
            - Wracaj do łóżka – odmruknęła z zamyśleniu siostra.
            - Daj spokój, jak wstaje zorza, to ja też muszę! – Ania zeskoczyła z łóżka i przypadła do okna, wpatrując się w niebo jak zaczarowana. – Bo skoro niebo nie śpi, to trzeeeba się bawić! Koniecznie trzeba!
            - To baw się sama! – Elsa ziewnęła.
            - Sama nie ulepię bałwana! – szepnęła i chwyciła siostrę za falbankę koszuli nocnej. Elsa już chciała ją skrzyczeć, lecz napotkała proszący, rozanielony wzrok Ani. Nie miała serca jej odmówić.
            - No… Niech ci będzie!
            Anka roześmiała się z zachwytem, złapała siostrę za rękę i pociągnęła schodami na dół, do największej sali w pałacu, do sali tronowej, gdzie rodzice udzielali audiencji i wysłuchiwali skarg poddanych. Stał tam tylko tron, więc było mnóstwo miejsca do zabawy! Można było zaczarować całą posadzkę w lodowisko!
            - Czary-mary! – zawołała Ania, wbiegając do sali tronowej.
            Elsa stanęła na środku i zakręciła młynka dłońmi. Blask, którym rozbłysły jej dłonie, był tak jasny, że niemal nieprawdziwy. Wyrzuciła ręce w górę, a sufit wybuchnął światłem od lodowych fajerwerków. Śnieg zaczął lekko prószyć; opadał na ziemię powoli i cicho, skrzący i śliczny. Anka skakała w górę, piszcząc z radości. Próbowała złapać na język jak najwięcej płatków. Elsa nawet nie próbowała jej uciszać – jeśli pobudzi całą służbę, trudno! Może i oni przyjdą się pobawić!
            Tupnęła mocno i nagle całą posadzkę pokrył lód. Ania ledwo mogła złapać równowagę; ślizgała się w swoich wełnianych ciapach, raz po raz zanosząc śmiechem. Koniec końców wylądowała w śnieżnej zaspie. Elsa wyobrażała sobie, jak wściekli będą rodzice, gdy jutro zastaną powódź z roztopionego śniegu.
            Nabrała puchu i zaczęła formować ogromną kulę, a później drugą, trochę mniejsza. Trzecia wyszła zupełnie niekształtna, ale stwierdziła, że bałwan powinien mieć ciekawy wyraz twarzy, a nie taki okrągły, tępawy.
            - Cześć, jestem Olaf – powiedziała grubym, gardłowym głosem. Oczy zrobiła mu palcem, tak samo uśmiech – zostały ciemne dziurki. – Trochę brakuje mi ciepła!
            Ania zeskoczyła z zaspy i z piskiem rzuciła się na Elsę i na Olafa.
            - Kocham cię, Olaf!
            To była najlepsza zabawa, jaką kiedykolwiek zrobiły – urządziły wielką bitwę na śnieżki, ślizgały się jak na prawdziwych łyżwach, turlały się z większych zasp. Elsa ledwo dyszała po takim wariactwie.
            Ania wspinała się na coraz to wyższe zaspy. Elsa patrzyła, jak zsuwa się z nich ze śmiechem i pomyślała, że skakanie jest dużo zabawniejsze od jazdy. Cisnęła śniegiem i tuż pod nogami Anki pojawiła się wielka góra. Gdy mała skoczyła, stworzyła następną. Ania popatrzyła na nią z zachwytem – to było najlepsze co do tej pory robiły!
            - Hopla! – krzyczała uradowana. Czuła się tak, jakby naprawdę latała. – Wyżej, wyżej!
            Elsa z przerażeniem zorientowała się, że Anka skacze szybciej i szybciej; już nawet nie patrzyła, czy ma grunt pod nogami. Pędziła w ciemno…
            - Anka, czekaj! – dłonie Elsy drżały niespokojnie. – Wolniej!
            - Dawaj! – wrzasnęła Ania i skoczyła z góry tak wysokiej, że prawie sięgała sufitu. Elsa wpadła w panikę, krzyknęła i rzuciła się, by ratować siostrę. Wełniany bucik poślizgnął się na lodzie i Elsa poleciała, prawie wybijając sobie zęby. Zdążyła podnieść głowę, by zobaczyć, ze Anka leci na łeb, na szyję! Ledwo zdołała wyciągnąć rękę, by zaczarować śnieg i złagodzić upadek małej… I wtedy chybiła; zamiast trafić w posadzkę, uderzyła Anię.
            Anka runęła na podłogę, nieruchoma i ledwo żywa. Elsa wrzasnęła i pobiegła ku niej, przewracając się i potykając na śliskim, ośnieżonym podłożu. Dysząc ciężko, dopadła siostry. Była blada i cicha, taka… taka zimna! Elsa zamarła, z przerażeniem potrząsając drobnym ciałkiem.
            - Anka, Anka! – zawodziła. Nawet nie zwróciła uwagi, że wśród rudej plątaniny włosów siostry pojawił się biały kosmyk. – Mamo! Tato! – ryknęła ze szlochem. – Jack! Czarodzieju! Jack!
            Płakała nad siostrą i krzyczała z przerażenia. Nie umiała powstrzymać strachu; a im bardziej się bała, tym zimniej robiło się w sali. Pociemniało. W kątach czaił się Mrok.
___________________
W piątek skończyłam gimnazjum. Nie macie pojęcia, jaki to był pracowity rok. Pracowite trzy lata. Średnią mam niezłą, wynik egzaminu jako-taki, dokończyłam wszystkie sprawy, wydałam ostatni numer gazety, której byłam redaktorem naczelnym przez ostatnie dwa lata… Zamknęłam jakiś etap. Bardzo dobry etap.
Rozdział miał być wczoraj, ale miałam problemy z internetem :c 

No i wreszcie wakacje! Wyjeżdżam w drugim tygodniu lipca. A jak Wasze plany? Jak odczucia po zakończeniu roku?

21 kwietnia 2015

Serca Lód cz.3: Jack Mróz i księżniczka Elsa (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)


            Elsa cofnęła się dwa kroki, zasłaniając zamarzniętymi palcami usta. Wpatrywała się w srebrnowłosego czarodzieja, gorączkowo próbując wymyślić, co robić: uciekać, krzyczeć czy się tłumaczyć. Wszyscy najbliżsi wiedzieli, że potrafi bawić się lodem, ale ktoś obcy mógł uznać ją za wariatkę albo wiedźmę. Zagryzła mocno wargi.

            - To pobawimy się? – bąknęła Ania. Patrzyła to na czarodzieja, to na siostrę, czując jak atmosfera gęstnieje. Powoli ogarniała ją panika. Było coś onieśmielającego w przestraszonej twarzy Elsy i zdumieniu chłopca. – Bawimy się? Tak czy nie?
            - Anka, nie teraz – Elsa wyprostowała się dumnie. – Przepraszam za ten incydent – powiedziała z największym spokojem, na jaki było ją stać.
            - Incydent? – szepnął czarodziej.
            - Ona ma na myśli czary – wyjaśniła uprzejmie Anna.
            - Myślę, że powinien pan już iść.
            Czarodziej nagle odzyskał rezon. Poderwał się na równe nogi, jakby pchał go wiatr i zakręcił swoją oszronioną laską.
            - Bo co?
            - Bo zawołam straże.
            - Sama sobie nie poradzisz?
            Elsa zacisnęła pięści. Obcy śmiał wyzywać ją na pojedynek!
            - Znikaj stąd, Anka! – syknęła przez zęby. Siostra poznała ten ton: Elsa używała go rzadko, tylko wtedy, gdy coś naprawdę ją rozwścieczyło: kiedy zabrała jej ulubioną lalkę albo rozlała sok marchewkowy na nowe koronki do sukienki. Schowała się na fontanną.
            Elsa machnęła ręką. Nauczy już tego wandala manier! Nic ją nie obchodziła opinia wiedźmy, przeklętej albo wariatki – niech mówią, co chcą. Z ziemi wyrosły olbrzymie sople, które każdego by unieruchomiły, ale tamten był szybszy – poderwał się do lotu, machnął laską i… Elsa poczuła, że z nieba sypią płatki zimnego śniegu.
            Prawie opadła na kolana.
            - Czary! – szepnęła Anka, wybiegając zza fontanny. – Takie jak twoje! Czary!
            Zakręciła się dookoła, klaskając w ręce i śmiejąc się głośno. Wystawiła język i czekała, aż jakiś płatek spadnie prosto na nią.
            - Jak…? – Elsa zbliżyła się do niego i przyjrzała się badawczo.
            - A jak ty? – spytał, kucając przed dziewczynką.
            - Tak po prostu – bąknęła nieśmiało. – Nie wiedziałam, że ktoś jeszcze potrafi…
            - Czarować? – podsunął czarodziej. – To niezła frajda, co?
            Elsa rozpromieniła się i wyrzuciła ramiona w górę. Zanim chłopak zdołał się zorientować, na jego głowę runęła zaspa śniegu. Ryknął śmiechem, wygrzebując się z białej góry.
            - Ty łobuziaro! To ja jestem tutaj od robienia żartów!
            - Teraz masz konkurencję! – prychnęła i wzniosła wysoko królewską główkę.
            - Zróbmy bitwę! – Anka podskoczyła, podbiegła do nich i złapała za rękę najpierw siostrę, a potem czarodzieja. – Na śnieżki!
            Elsa uśmiechnęła się ślicznie.
            - Jestem księżniczka Elsa z Arendelle, a to moja młodsza siostra – dygnęła tak, jak uczyła ją mama.
            Czarodziej zgiął kolano, jak przystało przed członkiem rodziny królewskiej.
            - Jestem Jack Mróz – uśmiechnął się szeroko.



            Jack padł bez sił na dziedziniec i wyciągnął się w słońcu. Obok niego runęła Elsa, zwijając się ze śmiechu. Oboje byli zgrzani, czerwoni i cali w białym puchu. Nagle, z wielkim piskiem, skoczyła na niego Anka, turlając się i chichocząc.
            Jack nigdy wcześniej nie miał takiej frajdy z czarowania. Po raz pierwszy spotkał kogoś podobnego, kogoś, kto dzielił jego dar. Nie miał pojęcia, skąd małolata miała swoje zdolności, czy została obdarzona przez Księżyc czy może taka się urodziła, ale wiedział na pewno: znalazł bratnią duszę.
            - Ania! Elsa! – po dziedzińcu poniósł się krzyk młodej kobiety. Jack rozejrzał się niespokojnie.
            - To mama! – Anka zsunęła się z jego brzucha. – Przyjdziesz jutro się pobawić? – spytała, wbijając w niego proszące spojrzenie wielkich, słodkich oczu. – Z tobą jest dużo weselej!
            - Mi też jest z wami weselej! – zaśmiał się Jack, złapał dziewczynkę i podrzucił do góry, jakby nic nie ważyła.
            - To ja idę! Powiem mamie, że zaraz przyjdziesz – krzyknęła rezolutnie i pognała wprost na szeroką werandę boczną.
            Elsa podniosła się, otrzepała sukienkę i spojrzała nieśmiało na Jacka.
            - Kim jesteś, Jacku Mrozie?
            - Mówiłem już, że czarodziejem – wzruszył ramionami, ale oczy mu się śmiały.
            Dziewczynka utkwiła oczy w czubkach niebieskich pantofelków.
            - Myślałam, że tylko ja… że jestem jedyną taką. Że tylko ja jedna jestem inna.
            - Człowiek czuje się trochę samotny, co? – Jack westchnął cicho. Przez całe stulecia zdążył się przyzwyczaić do smutnego uczucia, że jest inny od wszystkich, niepasujący element, w który nikt nie wierzy i którego nikt nie dostrzega. – Ale teraz nie będziesz sama! Nauczę cię wszystkiego, co umiem! Będziemy się razem bawić!
            - Jak przyjaciele? – szepnęła z nadzieją Elsa.
            - Jak najlepsi!
            Elsa przytuliła się mocno do jego nóg, sięgała mu ledwie do bioder. Pochylił się i wziął ją na ręce.
            - Dzisiaj w nocy pójdę do moich przyjaciół, ale jutro wrócę.
            - Pokażę ci, jakiego bałwana potrafię zrobić.
            - Nie mogę się doczekać – Jack wybuchnął śmiechem.
            Elsa zeskoczyła z jego ramion i ukłoniła się, jakby nagle przypomniała sobie, że jest księżniczką, pomachała i odbiegła w podskokach.
            Jack patrzył za nią przez chwilę, a potem odwrócił się i pozwolił, by wiatr go porwał i wyrzucił wprost w niebo. Beztrosko pofrunął ponad miastem, wymachując laską.
            Bez trudu odnalazł polanę na środku zielonego, wiosennego lata. Opadł spokojnie na ziemię, płosząc dwie jaskółki i bez wahania wbiegł w tajemnicy portal, który zaledwie dwanaście godzin wcześniej przeniósł go do cudownej krainy.
            Zakręciło mu się w głowie, przekoziołkował bezwładnie i runął ciężko na lodowaty, przemarznięty chodnik miasta. Jack jęknął głucho; poprzednim razem lądowania była przyjemniejsze.
            - Jack?! – usłyszał zdumiony głos Zębowej Wróżki.
            Podniósł ciężką głowę i ujrzał starych przyjaciół: Zająca Wielkanocnego i Zębuszka.
            - Jeszcze tu jesteście? – uśmiechnął się szeroko. – Ooo, to takie słodkie, że się martwicie i na mnie czekacie! Ale ty, Zając, nie masz roboty w Wielkanoc? Masz czas sterczeć tu cały dzień aż wrócę?
            Zębuszka podfrunęła do niego i przyłożyła mu tęczową dłoń do czoła.
            - Jack, nie było cię jakieś pół minuty – szepnęła cicho. – Jesteś pewien, że wszystko z tobą dobrze?
  
         
*
Trzymajcie za mnie kciuki, błagam. Jeden dzień za mną, zostały przyrodnicze, matma i angielski....

31 stycznia 2015

Serca Lód cz.2: Nie rozmawiam z nieznajomymi! (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

Słodkie, prawda? :)



            Jack Mróz poczuł, jakby ktoś huknął go w głowę cegłą. Przed oczami zawirowała mu mieszanka wszystkich kolorów, błysków i świateł, od których aż go zemdliło. Chciał krzyknął, ale głos uwiązł mu w gardle. Zachwiał się i upadł na kolana, dysząc ciężko. Musiał pooddychać głęboko, by się uspokoić. Laska wypadła mu z rąk i leżała kilka metrów przed nim na krzaku malin.
            Nagle Jack zdał sobie sprawę, że nie otocza go już zaśnieżone, zmarznięte miasto. Klęczał na miękkiej, zieloniutkiej trawie – tak zielonej, że prawie nierzeczywistej. Wytrzeszczył oczy i rozejrzał się dookoła, wodząc wzrokiem po wysokich, rozłożystych drzewach, przez gałęzie których przebijało się ciepłe, wiosenne słońce. Jack wystawił twarz ku jego promieniom i uśmiechnął się szeroko.
            Zapowiadała się przednia zabawa.
            Ruszył niespiesznie, ciesząc się miękkością trawy pod stopami i świergotem skowronków. Powietrze był rześkie i świeże, przyjemnie łaskotało gardło. Wymachiwał swoją laską i pogwizdywał starą przyśpiewkę.
            - Niech Zając żałuję, że ze mną nie poszedł – zachichotał. – Taka Wielkanoc by mu się na pewno spodobała.
            Już wkrótce znalazł się na ulicach jakiegoś miasta. Domy były niskie i skromne, ulice popękane, ale utwardzone i zakurzone, a wszędzie słychać było wesoły gwar rozmów. Jack jak przez mgłę przypomniał sobie, że tak mogłoby wyglądać jego rodzinne miasto.
            Grupka dzieciaków przebiegła koło niego ze śmiechem. Jakiś szczerbaty dzieciak wpadł na niego i runął na plecy. Jack wytrzeszczył oczy, ale nie był jeszcze na sto procent pewien.
            - Przepraszam, psze pana – wybełkotał chłopak i pobiegł dalej.
            Jack uśmiechnął się zwycięsko, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę jest widzialny, jest prawdziwy, nie jest tylko cieniem, bajką. Coraz bardziej mu się tutaj podobało. Nie mógł pozostać dłużny cwaniakowi.
            Dyskretnie pstryknął palcami, a pod stopami dzieciaka – ni stąd ni zowąd – pojawił się lód. Chłopak poślizgnął się i o mało nie wybił przedniego zęba. Jack nie powstrzymał triumfującego uśmiechu.


            Znudzony zwyczajnym spacerem, zawędrował w mniej uczęszczana uliczkę i skoczył na dach, wzbijając się na lodowatym wietrze ponad miastem. Śnieg zawirował mu w białych, sczochranych włosach, a podmuch rozdął kurtkę, wdzierając się pod spód. Zaśmiał się, uszczęśliwiony, przelatując ponad chmurami. O tak, to bez dwóch zdań była wolność.
            - On lata!
            - Anka, chodź stąd!
            Zesztywniał, słysząc zaniepokojone głosy z dołu. Zmarszczył brwi i zanurkował na ziemię, opadając z gracją na rozgrzany słońcem, brukowany dziedziniec z fontanną na środku. Gładkie, marmurowe kolumny zapierały dech w piersiach, podobnie jak spadziste dachy i bogato zdobione rzygacze w kształcie głowy smoka.
            - Po królewsku – zauważył z uznaniem Jack.
            Stary, chuligański głosik w jego głowie podpowiedział mu, że takie miejsca kryją więcej bogactw niż Święty Mikołaj zgromadził w swoich przepastnych magazynach. Chętnie by obejrzał coś nie coś. Podrzucił laskę, zastanawiając się, ile udźwigną kieszenie starej, wysłużonej bluzy.
            - Czarodziej! – pisnął ktoś cieniutkim, wesołym głosikiem.
            Jack okręcił się na pięcie i dostrzegł dwie dziecięce postacie w sukienkach, stojące tu przy fontannie. Mniejsza, z rudymi warkoczykami i okrąglutką, zarumieniona buzią, stała tuż przed nimi, wpatrując się w niego z figlarną ciekawością. Uśmiechała się, zauroczona jego lądowaniem, miętoląc w palcach koronkę żółtej sukienki.
            - Cześć, dzieciaku…
            - Anka, odsuń się od niego! – zakomenderował poważniejszy głos.
            Dziewczynka zmarszczyła spiczasty nosem i cofnęła się dwa kroki, zrównując się z wyrośniętym chudzielcem w granatowej sukience ze srebrnymi zawijasami – Jack dałby sobie rękę uciąć, że to siostry.
            Druga była wyższa i szczuplejsza, chuda jak szkapa, blada i poważna; miała niebieskie, rozświetlone oczy i jasne, niemal białe włosy, zaplecione w jeden, gruby warkocz spływający po karku. Zaciskała usta z niepokojem i mierzyła Jacka oceniającym spojrzeniem, które wcale mu się nie spodobało.
            - Ale Elsa! – powtórzyła Anka z wyrzutem. – To czarodziej! - powtórzyła wyraźnie, w obawie, że siostra nie do końca ją zrozumiała. – Tak jak ty.
            Starsza oblała się rumieńcem, ale ani na moment nie straciła hardej miny.
            - Bzdura. Niech pan stąd idzie, tu nie wolno wchodzić.
            - Hej, hej! – zachichotał Jack. Bojowość małej po prostu go rozbrajała. – Spokojnie, mała. Twoja siostra ma rację, nie ma się czego bać.
            - Nie co dzień widuje się ludzi spadających z nieba – odparła chłodno dziewczynka, a Jack wybuchnął serdecznym śmiechem. Przemawiała jak jakaś wysokość albo księżniczka -  tak poważne słowa w ustach małolaty brzmiały niedorzecznie. Widuje się! Spadających!, powtórzył z myślach z rozbawieniem.
            - Robi pan czary? – wtrąciła ruda Anka zza pleców siostry.
            - Prawdziwe czary – zapewnił z błyskiem w oku.
            Anka wciągnęła powietrze ze świstem i wyrwała rączkę z silnego uścisku siostry, podbiegając do Jacka.
            - Pokaż! – zawołała, ukazując ogromną przerwę po brakujących jedynkach.
            - Anno! – krzyknęła rozgniewana Elsa. – Zostaw tego oszusta, idziemy stąd! – oznajmiła, zbliżając się do Jacka. Podeszła w jego stronę, gniewnie stukając obcasami w bruk dziedzińca. Jack dziwił się w duchu, że płyty wytrzymały siłę grzmotów. Taki chudzielec, a jak tupie, zakpił w myśli.
            - Przecież to tylko zabawa – Jack uniósł ręce w obronnym geście.
            - Nie rozmawiam z nieznajomymi – odparła twardo, prychając wściekle.
            - No bez przesady! – przewrócił oczami. Upartość tej małej Elsy, kimkolwiek była, zaczynała go powoli drażnić. – To tylko zabawa – powtórzył. – Straszna z ciebie nudziara.
            Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i zmierzyła go ostrym spojrzeniem. Jack miał wrażenie, że z jej niebieskich oczu zaraz buchnął błyskawice, gotowe go spalić. Wciągnęła ze świstem powietrze i…
            Zrobiła coś dziwnego, ale Jack nie dostrzegł co, bo w tej samej chwili lodowata, śniegowa kulka poleciała wprost na niego i rozbiła mu się na nosie. Zachwiał się i runął na podłogę.
            - Śnieg…?
            Śnieżki w środku wiosny były jego specjalnością!
            Zmarszczył brwi i zdmuchnął resztki zimnej brei z nosa. Gdy on płatał takie figle innym, wydawały się zabawne, ale powoli zaczynał zmieniać zdanie. Stąd na małolata wzięła śnieg?
            Spojrzał na nią ze zdumieniem. Miała niepewną, speszoną minę, jakby przed chwilą zrobiła coś bardzo niedobrego. Po rzucanie we mnie było niedobre, skwitował Jack. Nagle zobaczył coś, co kompletnie zbyło go z pantałyku.
            Czubki palców dziewczynki były zamarznięte i pokryte szronem.
            Z wrażenia nie mógł wykrztusić słowa: siedział z szeroko otwartymi ustami, wgapiając się w małą istotkę, która – tak jak on – potrafiła robić czary.




Rok. Minął rok od pierwszej części >.< Aż mi wstyd, że tak zaniedbałam to opowiadanie. Na angielskim siedziałam z N., która strasznie shippuje Jackselę i wywiązała się taka rozmowa, po której mnie tknęło, żeby odkurzyć to opowiadanie :)
Wpisując tytuł za pierwszym razem machnęłam Strażnicy Lodu/Kraina Marzeń i dłuższy czas nie mogłam się zorientować, co właściwie jest nie tak :)

A teraz lecę do fryzjera <3 Dziś wieczorem mam wielki bal :) 

1 grudnia 2014

Burza cz.6: Pamiątka z wojska ((Huntik/Revolution, Zhante)



            Następnego dnia budzę się ze spuchniętą, napęczniałą parówką zamiast nogi. Skórę pokrywają cienkie żyłki, a przy każdym dotyku mam ochotę wrzeszczeć z bólu. Rana jest brzydka, rozjarzona i nie zapowiada się, żeby zamierzała szybko się zasklepić. Dante patrzy na nią ponuro i znów przemywa piekącym płynem – spirytus albo jakiś alkohol?
            - Zajmiemy się tobą – uspokoją mnie, gdy zaciskam mocno zęby, a boli bardziej niż chcę to przyznać.
            Ruszamy dalej, mimo, że Dante podejrzliwe na mnie patrzy. Cherit truchta tuż przy nim, czasem biega za drzewo, łapie trop jakiejś zwierzyny i trąca swoich wielkim, czarnym nosem Dantego. Trzyma się ode mnie z daleka, czasem tylko zerknie na mnie jak na kogoś, kto chciałby oderwać mu ogon.
            Zwierzęta nieźle wyczuwają ludzi.
            Jest południe, gdy dochodzimy na skraj lasu. Dante uśmiecha się z zadowoleniem i pokazuje na nędzną, zabitą dechami ruderę.
            - Nasz tymczasowy lokal. Lok i Sophie tam zostali.
            Kiwam głową bez przekonania, ale nie komentuję marnej budki. Zawsze wiedziała, że bazy Rebeliantów to prawdziwe, cuchnące nory, ale nie sądziłam, że skrywają się w tak smutnych, opuszczonych domach, gdzie pewnie nie ma nic poza gołą podłogą.
            - Mieszkała tu kiedyś stara Beth, oddała nam mieszkanko – tłumaczy Dante, rzucając Cheritowi wielki, ciężki badyl. Pies lata po łące, szczekając i podskakując. Od domu dzieli nas jakieś trzydzieści metrów. – Żadne wygody, ale nikt nie zwraca uwagi na takie chatki.
            Zagotowuję w pamięci, by w pierwszym raporcie dla majora Nevilla dodać adnotację, żeby milicja zaczęła zwracać uwagę na takie chatki.
            - Jest woda, no i strych z dobrym widokiem. Łatwo patrolować okolicę.
            Przynajmniej na tyle rozwagi, by się rozejrzeć od czasu do czasu. Mruczę coś w stylu „a-aha” i znowu idziemy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Zastanawiam się, jak załatwić sprawę z raną – póki co jestem niedysponowana, gdy przyjdzie czas uciekać, ja co najwyżej mogę pokuśtykać do najbliższego krzaka. Wzdycham ciężko. Że też cholerni milicjanci zawsze muszą trafiać.
            - W oddziale mamy nowych i poszli ze mną – wyjaśnia jeszcze Dante. Nie lubi milczeć; zauważyłam to od chwili, gdy się poznaliśmy. Woli rozmawiać, próbuje zrozumieć ludzi, co na dłuższą metę jest trochę męczące. – Oni nawet nigdy nie widzieli flagi Stanów Zjednoczonych.
            - Ile mają lat?
            - Jakieś siedemnaście? Mogli mieć po dwa lata, gdy… no wiesz. Gdy zgasło światło.
            Zawsze mnie fascynowała, że taka gówniażeria chce wspierać i pomagać Rebeliantom. Te bandy zrzeszały stukniętych wariatów, niepogodzonych z losem, głupich marzycieli, ludzi raczej starszych, którzy pamiętali dawny porządek i śnili o nim, wyobrażając sobie jak cudownie byłoby żyć jak kiedyś.
            - Klaus, a może oni mają rację? – spytałam kiedyś naiwnie, gdy mój mentor i przyjaciel uczył mnie jak zawiązywać i rozwiązywać mocne supły i węzły nie do zdarcia. Uśmiechnął się, ukazując wielkie, żółte zęby i pokiwał głową, jakby tłumaczył dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie.
            - Nasze Stany nie dałyby sobie rady bez prądu, bez samolotów i wszystkich tych dobrodziejstw starej ery – odparł rezolutnie Klaus, bawiąc się swoim okularem w złotej oprawce. – Nowe czasy potrzebują nowych ludzi. Takich jak Sebastian Monroe, jak ja i… jak ty.
            Po latach zrozumiałam, że Sebastian Monroe nie nadaje się na nowego człowieka dla nowych czasów, ale nie zaczęłam popierać tych samozwańców, bo aż za  dobrze pamiętałam brutalne przebudzenie, gdy stary system padał i trwała anarchia, a  za słabo – samo normalne życie przed Zgaśnięciem.
            Wybrałam najlepszą opcję – odcięłam się od wszystkich i zrezygnowałam, skupiając się na prostych sprawach. Żadnego strzelania, żadnych idei, żadnych wielkich celów, zamiast tego ukrojenie równej kromki chleba i zacerowanie koszuli. Nie chcę się angażować – póki co wychodziło mi to całkiem nieźle.
            - Dante! Jesteś już!
            Ze środka wysunęła się pyzata, blada dziewczyna z ciemnymi blond włosami, w różowej bluzie i zwężanych jeansach. Była naprawdę ładna, a niewiele kobiet i dziewcząt miało czas być  ł a d n y m i  w dobie, gdzie trzeba było przede wszystkim być  d o  s t  s o w a n y m.
            - Cześć, Sophie. Zobacz, kogo spotkałem
            - Kto to jest? – dziewczyna przeniosła na mnie spojrzenie zielonych oczu i zmarszczyła brwi. Skinęłam krótko głową.
            - Zhalia Moon – Dante uśmiecha się i wpuszcza mnie do środka. - Rebeliantka. Uciekła milicjantom. Dzielna kobieta, słowo daje. Przyda nam się w oddziale.
            Sophie unosi sceptycznie brwi, ale Dante jest zajęty snuciem opowieści o naszym spotkaniu. Niewiadomo skąd pojawia się wysoki, chudy blondyn w za dużej skórzanej kurtce i mowa o powrocie do reszty oddziału. Serce zaczyna mi bić mocniej. Jestem tak blisko wsiąknięcia w samo centrum Rebeliantów. Dwójka próbuje mnie wypytywać, ale Dante kończy wszystkie rozmowy i proponuje mi kąpiel.
            Kąpiel! Mam ochotę oddać mu królestwo za tak słodką, ciepłą obietnicę.
            - Fajnie, że jesteś z nami – mówi Lok na odchodne.
            - Każda pomoc się przyda – dodaje Sophie i chyba nawet się uśmiecha.
            Zanim zdążyłam się obejrzeć, w małym, bocznym pomieszczeniu stoi ogromna balia z gorącą, świeżo zagotowaną wodą zmieszaną z najzwyklejszą w świecie deszczówką. Jest jak zbawienie po stresach ostatnich dni.
            Mam ochotę roześmiać się ze szczęścia, gdy zauważam, że obok balii leżą nowe rzeczy – czyste, złożone w kostkę, suche. Wszystko, co noszę teraz, jest brudne, poszarpane, śmierdzące i wilgotne. Ściągam bluzkę i spodnie razem z butami i rzucam je w kąt, świadoma, że pewnie niewiele da się z nich uratować. Ale może pójdą na łaty. Grzechem byłoby wyrzucać dobry materiał, gdy wszystkiego jest tak mało.
            Wchodzę do letniej wody i szoruję się długi czas. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że skóra mnie tak swędziała i piekła. Gdy znów jestem czysta, czuję się jak inny człowiek. Związuję mokre włosy z luźny kucyk i wciągać miękkie, materiałowe spodnie. Należą najpewniej do tej Sophie; są trochę za szerokie i za krótkie, ale ściągam mocno gumę i biorę do rąk koszulkę.
            Koszulkę z krótkim rękawem. 
            Sztywnieje i natychmiast czuję pieczenie na wewnętrznej stronie nadgarstka jakby ktoś przyłożył mi tam rozżarzone węgle. Do tej pory nie zastanawiałam się, co będzie, gdy ktoś zauważy moją pamiątkę po służbie w Milicji. Przełykam głośno ślinę. Mój dotychczasowy strój zasłaniał ślad i nie musiałam się o nic martwić.
            Zakładać koszulkę i opieram się o brzeg balii. Długo wpatruje się w brzydką, poszarpaną bliznę. Nawet, jeśli  nie przypomina już znaku noszonego przez Milicjantów, łatwo się domyślić, czym kiedyś była.
            Znów bolesne ukłucie na nadgarstku.
            Nagle słyszę pukanie i drzwi się otwierają, a do środka wchodzi Sophie.
            - Mam nadzieję, że ciuchy są na ciebie dobre… Straszna z ciebie chudzina i ciężko coś sensownego znaleźć. Gotowa? Mamy spotkanie w szpitalu polowym… - urywa nagle i wpatruje się w jeden punkt z rozdziawionymi ustami.
            Zobaczyła.
            - Parszywa oszustka! – krzyczy. Nie ruszam się z miejsca, nawet nie zasłaniam blizny. Dziewczyna staje w pozycji bojowej, ale kolana jej się trzęsą – jest jeszcze niedoświadczona i trochę się obawia. - Milicjantka, co? Przechytrzyłaś Dantego!
            - Co tu się dzieje?! – do środka wpada Dante, zaalarmowany hałasem. Patrzy najpierw na oburzoną Sophie i jej palec, wyciągnięty oskarżycielsko w moją stronę, a potem widzi bliznę. Nie jest głupcem; dobrze wie, że wszyscy Milicjanci mają na nadgarstku wypalony znak. Rana w takim miejscu n i e  m o ż e  być przypadkiem.
            - Zhalia.
            Mam ochotę dać sobie samej po pysku za to, że stoję bez ruchu, gdy powinnam powiedzieć cokolwiek, zrobić cokolwiek – grać głupią, udawać, że kiedyś dziabnął mnie tu pies, uciekać, atakować. Przełykam ślinę.
            - Co to jest?
            - Jak to co?! – obrusza się Sophie. – Była w Milicji! Okłamała cię!
            Zaciskam oczy na chwilę i zaraz je otwieram. Weź się w garść, powtarzam sobie w głowie. W tej chwili ważą się moje losy. Jeśli niczego nie zrobię, będę tak biernie stała, to kaput. Muszę zareagować zanim padnie strzał. Nawet jeśli ci żałośni Milicjanci mnie puszczą, to ze strony Milicji czeka mnie najstraszniejsza z kar. Za dezercję, za niszczenie mienia, za kilka pomniejszych zabójstw, przez które do dziś budzę się zlana potem.
            - Owszem, byłam – mówię lodowato. – I zapewniam cię, że właśnie dla tego, na świecie nie ma nikogo, kto nienawidziłby ich bardziej ode mnie.
            - Komu chcesz wepchnąć ten kit? – krzyczy Sophie.
            - Usiądźmy. - Dante cicho wskazuje na stojące przy ścianie plastikowe krzesła i pomazany, brudny stolik, po którym chodzi znudzona, senna mucha. – Naprawdę musisz nam wiele wyjaśnić, Zhalia – mówi twardo i czuję, że jest tak samo wzburzony jak Sophie, może tylko mniej to okazuje. - Jesteś Milicjantką, prawda?
            - Byłam – poprawiam mechanicznie i póki co, wciąż mówię prawdę. – Dawno to rzuciłam.
            - Na rzecz Rebeliantów? To dość duża zmiana! – prycha Sophie.
            - Dlaczego? – Dante daje jej znak dłonią, żeby była cicho chociaż przez trzy minuty. Przez moment patrzy mi prosto w oczy tak intensywnie, że coś we mnie pęka. Blokada, która długi czas sprawiała, że byłam obojętna, gdy z naszej wioski ściągano dzieciaków do Milicji, gdy wymuszona więcej plonów niż byliśmy w stanie zebrać, gdy strzelono do Bena Mathesona.
            - W Milicji nikt nie jest niezastąpiony – mówię głosem wypranym z emocji.
            Sama nie wiem, czemu, ale muszę zacisnąć ręce w pięści, bo na mojej ręce otwiera się rana. Piekielnie pali. A w środku, gdzieś na wysokości lewej piersi, czuję paskudny ucisk. Odradza się poczucie porzucenia i wściekłość.
            - Co to znaczy?
            Nie chcę sobie przypominać, a jednak – widzę upadającego chłopaka. Zdaje się, że miał na imię Rick, albo jakoś inaczej, równie pospolicie i nudno. Był w porządku, nigdy nie powiedział niczego za plecami, uczciwy. Nie zasłużył, by go zostawić za łasce, niełasce Teksasu. Więcej go nie widziałam, podobnie jak wszystkich innych żołnierzy, żołnierzy Monroe’a, których się wyrzekł, gdy pojawiło się zagrożenie.
            - Zostawili nas… - szepczę cichutko. Nigdy nikomu nie mówiłam o tamtym dniu na granicy z Teksasem. – Po prostu nas zostawili, bo nigdy nie brakuje rekrutów…
            Stosunki na granicy Republiki Monroe’a i Teksasu zawsze były napięte. Nieustanne patrole, wzajemne grabieże i wisząca groźba wojny. Niech Bóg ma w opiece Milicjanta, który dostanie się w ich ręce. Musiałam zagryźć zęby.
            - To miał być zamach. Na Henry’ego Gretta. Znasz tego starucha? To głupi, spleśniały polityk z Teksasu. Ale miał kiedyś jakieś starcie z generałem Monroe’em – nieświadomie wciąż używam pełnego nazwiska z szacunku i ze strachu, jaki pozostaje w głowie na zawsze.
            - Ale się nie udało – zgaduje Dante.
            - Nie. Wszystko poszło nie tak… Wszystko, co mogło, poszło nie tak! Strzelali do nas jak do kaczek, a gdy… generał Monroe nie przyjmuje do wiadomości, że jego żołnierze ponieśli porażkę.
            - Co zrobił? – z głosu Dantego ucieka zawziętość. Współczuje mi, chociaż nigdy nie chciałam i nie potrzebowałam czyjejkolwiek litości.
            - Powiedział… Powiedział, że to był wybryk niedoświadczonych żołnierzy, o którym nic nie wiedział. I zgodził się oddać nas… Do Teksasu.
            W pokoju zapada cisza.
            Nagle orientuje się, że właśnie wyspowiadałam się ze wszystkiego, co siedziało we mnie od tak długiego czasu. Nigdy nikomu nie powiedziałam, co stało się, że zdezerterowałam, nigdy nikomu nie powiedziałam o Teksasie. Myślałam, że tak dobrego człowieka – tak wyszkolonego, tak bezwzględnego, tak niesamowicie sprytnego – oszczędzą, że mój przyjaciel, mentor, stary Klaus się za mną wstawi, ale nie. Znaleźliby dziesięciu innych, może lepszych, na przykład krzepkich facetów z mięśniami zamiast mózgu. A rzekomych winowajców oddano do Teksasu pod tamtejszy wymiar sprawiedliwości.
            Byłam wtedy taka wściekła, taka rozżalona, zdradzona, że chciałam gołymi rękami wyszarpać serce generałowi Sebastianowi Monroe’owi. Zagryzam mocno wargi.
            - Gdy wstępujesz do Milicji, mógłbyś oddać życie za Republikę Monroe’a. Szkoda, że Republika Monroe’a nie chce nigdy nadstawić karku za ciebie. I właśnie dlatego jestem tu, teraz. Żeby nikogo więcej nie poświęcono dla spokoju Monroe’a.
            Znowu jest cicho. Czuję, że ucieka ze mnie powietrze. Popełniałam błąd, ale zorientowałam się za późno. Otworzyłam wszystkie dawno zasklepione rany; odrodził się żal, za to, że nas zostawiono, porzucono, gdy zaczęły się problemy, odrodziła się wściekłość za te kilka osób, które nie zdołała uciec i za pewno zdychało w męczarniach, odrodziła się chęć pozbycia się generała Monroe’a raz na zawsze.
            Zaangażowałam się, myślę przerażona. Nie tyle zaczęłam popierać Rebeliantów, ale pozwoliłam sobie znów nienawidzić Milicji. Do tej pory nie przejmowałam się niczym, nic mnie nie obchodziło. Najprostsze rozwiązanie, dzięki niemu byłam bezpieczna, zajmowałam się tylko sobą samą. A teraz zaangażowałam się w nienawidzenie, pozwoliłam sobie ulec emocjom.
            Zaangażowanie prowadzi do działania.
            - Przepraszam, że cię oskarżyłam – mówi cicho Sophie i wychodzi z pokoju.
            Gdy zamyka za sobą drzwi, Dante pokrzepiająco ściska moją dłoń.
            - Przykro mi z powodu tego, co się stało.
            Wybuchnęłam. Gdy nazwałam po imieniu, że Monroe zdradził swoich ludzi, zostawił ich, porzucił, wydał, sprzedał za swój spokój, poczułam, że znowu jestem aktywna, pełna emocji, jak burza, gotowa iść, wbrew wszystkiemu.
            To jak przebudzenie z wielomiesięcznej apatii.
            Ogarnia mnie przerażenie, że nagle mam w sercu bunt. Jeszcze słaby, nieśmiały, którego sama nie chce, bo sprowadziłby na mnie klęskę, ale jest. Jest bunt.
            Już nie tchórzostwo, uciekinierstwo, które chowało się na widok każdego Milicjanta, które siedziało w domu przy każdym patrolu i które gotowe było na wszystko, byle tylko być bezpiecznym.

            W mojej głowie pojawia się nagle jeszcze jedna myśl. Pomagam człowiekowi, którego znienawidziłam, który mnie skrzywdził, który odwrócił się ode mnie i innych właśnie wtedy, gdy potrzebowaliśmy przywódcy, który powie To moi ludzie. Nie oddam ich. Ogarnia mnie wstręt do samej siebie.