Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Time Of The New Heroes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Time Of The New Heroes. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2013

The Time Of New Heroes cz.3 [Ben10]

(wykonane w kreatorze rinmarugames i igirlsgames)

         - Co za ofiara – rzucił znudzony Devlin bardziej do siebie niż do któregokolwiek chłopaków, siedzących obok niego na podłodze w sali do samoobrony. Kilku mu przytaknęło, inni milczeli, ale już nikt nie okazywał zainteresowania dzieciakowi, którego trener tłukł na środku.
          Nowicjusz, którego jak do tej pory nikt jeszcze nie znał, został zwerbowany ledwie cztery dni temu. Nie zwróciłoby to niczyjej uwagi, gdyby nie fakt, że zwykle zabierano dzieci naprawdę małe, do dziesięciu lat dla ludzi i w takim samym odpowiedniku dla każdej innej rasy. Mógł mieć tyle samo lat co on, mimo, że był nieco drobniejszy. Powinien zostać oddelegowany do grupy początkującej, a tymczasem wrzucono nowego właśnie do nich, tych, którzy przygotowywali się już od siedmiu lat. A poza tym, nie było w nim nic wyjątkowego. Przypominał każdego innego człowieka ze swoją brązową czupryną, przeciętną sylwetką i pocieszną, delikatną twarzą.
         Trener, zdziwiony pojawieniem się nowego, postanowił chyba sprawdzić jego umiejętności. Dręczył go już od pół godziny z tym samym wyćwiczonym sadyzmem, stale rzucając ku niemu obelgi. Chociaż z początki chłopak jakoś sobie radził, to nie przywykł do walki wręcz i szybko zaczęło brakować mu sił. Nie był w stanie unikać ciosów dość szybko, a te nie przestawały być celne i nieadekwatnie do treningu silne. Potykał się o własne nogi, a próby obrony i kontrataku spełzły na niczym. Nawet jego garda wydawała się mizerna i ślimacza. W krótkim czasie całkiem ciekawe starcie zmieniło się w jakąś nieudaną parodię walki.
         - Ciepłe kluchy i tyle – rzucił jeden z innych adeptów, na co Devlin skinął głową. Rozprostował palce i ziewnął, bardziej skupiony na suficie niż na trenerze znęcającym się nad dzieciakiem.
          Nagle nowicjusz odskoczył i wstał, patrząc rozjuszony na trenera. Tamten, muskularny Tetramand o czterech rękach i czerwonej skórze, gotował się do kolejnego ataku, ale nim cokolwiek zrobił, nowicjusz pokazał, czemu pozwolono ominąć siedem lat treningów.
         Wykonał jakiś dziwny gest, który Devlin nie do końca zrozumiał: zamachnął się i uderzył w nadgarstek, a po już go nie było. Devlin aż zachłysnął się z wrażenia na widok niebieskiego, niskiego kosmity na dwóch nogach o kanciastej, zadziornej twarzy chronionej czarnym pancerzem. Nawet nie próbował dociekać, jak nowicjusz przemienił się coś takiego. I co to takiego było?
          Inni też zwrócili uwagę na nowy zwrot akcji. Ogólne poruszenie na sali odrobinę rozproszyło trenera i dało szansę nowego. Nawet Lexie, demonstracyjnie obrażona od ostatniej misji, poszukała oczami brata i skinęła głową zaciekawiona. Devlin odpowiedział tym samym, był równie zaintrygowany.
          Nowicjusz pod nowa postacią ruszył. Nikt nie dostrzegł, kiedy znalazł się za trenerem i go uderzył. Zaraz znów zniknął, by zadać uderzenie z drugiej strony. I jeszcze raz. I jeszcze. Znikał, pojawiał się, pozostawiając po sobie jedynie niebieską smugę.
         - Szybki jest, skurczybyk! – syknął przez zęby Devlin.
          Trener upadł na jedno kolano, nie mogąc się obronić przed błyskawicznym uderzeniami. Kilka sporadycznych okrzyków i oklaski mile połechtały dumę nowicjusza. Spojrzał na nieznanych jeszcze kolegów, którzy patrzyli na niego nie tyle z aprobatą, co z podziwem. Ukłonił się demonstracyjnie, jak aktor kończący przedstawienie.
          - Do widzenia – powiedział i zniknął. Smuga mignęła koło drzwi i przemknęła po korytarzu. Devlin w mig zrozumiał, że nowicjusz próbuje uciec.
          - Powodzenia – rzucił pod nosem, ale nikt nie zwrócił uwagi. Ucieczka nieznajomego wywołała jeszcze większą ciekawość niż jego transformacja i Devlin doskonale rozumiał, czemu przez najbliższy czas wszyscy będą mówić tylko o tym. On sam zamierzał dociec, jak nowy potrafi zmieniać formę. Jakie to musi być przydatne w czasie walki, pomyślał. Urodził się taki czy go nauczono?
          Po skończonym treningu zamknął się w swoim pokoju, skazany sam na siebie. Nie miał ochoty nigdzie iść, a nawet nie miał do kogo.
         Wcześniej zawsze mógł liczyć na Lexie, jego bliźniaczą siostrę, ale tamto zdarzenie w barze sprawiło, że siostra nie odzywała się do niego ani słowem i traktowała jak powietrze. Nawet jeśli na treningu przez moment poświeciła mu trzy sekundy, to wiedział, że teraz znów sytuacja wróciła do normy. Cylin, z którą nawet lubił gadać, zawiązała z przyjaciółką ponurą zmowę i też odnosiła się do niego chłodno, choć miał wrażenie, że robi to z jakąś niechęcią i bólem.  Z kolei jego partner z pokoju, James, gdzieś zniknął. Mógł co prawda odwiedzić któregoś z licznych znajomych, a jednak nie miał ochoty rozmawiać z kimś, kto nie zna go dość, by zrozumieć. Nie przypuszczał, że własne towarzystwo kiedykolwiek będzie mu tak ciążyć.
          Był jeszcze ktoś, do kogo mógłby się zwrócić, a jednak w tej chwili się bał. Matka. On i Lexie byli jednymi z niewielu, którzy mieli wstęp do budynku samego Tiranta, gdzie mieszkała. Zawsze była gotowa ich wysłuchać i wesprzeć, a także nauczyła go wszystkiego, co potrafił, właśnie dzięki niej magia nie miała dla niego tajemnic.
          Teraz nagle zaczął się bać, że matka go odtrąci. Nie było wątpliwości, że Lexie wszystko jej powiedziała, a że w sprawie moralności Kevina Levina miały takie same zdanie, obawiał się, że może być na niego zła. Wściekła.
          Drzwi kabiny rozsunęły się gwałtownie.
          - Czego? – burknął zirytowany, unosząc zielone oczy. Ku jego zdziwieniu dwa roboty, pełniący rolę personelu budynku z mieszkaniami rekrutów, wwiozły do środka trzecie łóżko. Czyżby zanosiło się, żeby mieli nowego partnera w pokoju?
          - Polecenie Generała – odparł mechaniczne robot, ustawiwszy łóżko pod ścianą.
          Devlin uniósł brwi i obserwował, jak urządzenia wyjeżdżają, a za nimi zamykają się drzwi kabiny. Co prawda ich pokój mógłby pomieścić spokojnie pięć osób, to świadomość, że będzie musiał jakoś ułożyć swoje komiksy, książki, urządzenia, gry, ubrania i zwolnić jakąś półkę wcale mu się nie uśmiechała. Odkąd jego dawny współlokator został wyrzucony, mieszkał z Jamesem tylko we dwóch i bardzo im to odpowiadało.
          Może tym, który miał z nimi mieszkać, był tamten dzieciak? Ten nowy?
          Dopiero po obiedzie miał się o tym przekonać. Przesiedziawszy bezczynnie ponad godzinę, ruszył do stołówki, gdzie zgromadziło się już większość kosmitów. James pomachał mu ze stolika pod ścianą, jak zwykle z wielkim uśmiechem na twarzy.
          James, będący człowiekiem tak jak i oni, miał w sobie nieprzebrane pokłady optymizmu i beztroski. Za pierwsze go ceniono jako niezrównanego kompana, za drugie uznawano za największego błazna wśród całej zbieraniny Tiranta.
          Przy stoliku siedziało w sumie cztery osoby. James, Cylin, Lexie, no i oczywiście on, przy czym jedno miejsce wciąż pozostawało wolne. Skinął głową Jamesowi, ignorując milczenie siostry.
          - Wiesz, ze będziemy mieli nowego w pokoju? – rzucił do przyjaciela. James skrzywił się, niechętnie, świadomy, że jego szpargały będą musiały się usunąć i zwolnić trochę miejsca.
          - Wiem. Niestety. Ale gość nie jest najgorszy. No i patrząc na to, co dziś pokazał...
          - To ten od mutacji? – Devlin nie krył zaskoczenia. Sądził, że to ktoś, kogo już znają, a po prostu zlikwidowali kolejną kabinę i tych, którzy tam mieszkali upychają teraz po innych.
          - Dokładnie. O, idzie. Hej, ty! Nowy! Tak, do ciebie mówię! Chodź do nas! – zawołał w stronę nowicjusza, zrywając się z krzesła.
          Chłopak podszedł do stolika niepewnie, rozglądając się ciekawie po twarzach zgromadzonych. Świadomość, że otaczają go ludzie, wyraźnie poprawiła mu humor. Devlin przyjrzał mu się uważnie, stwierdzając, że był to zwykły chłopak o przyjaznej twarzy i błyszczących, zielonych oczach.
          - Jestem Ken – powiedział, zajmując miejsce koło Devlina.
          - James – odparł chłopak. – Ta kosmitka to Cylin, równa babka, a tamci bliźniacy do Lexie i Devlin, popaprani ludzie – powiedział, wskazując  po kolei wszystkich. Delin odniósł brwi, widząc, że słysząc ich imiona chłopak zaczął przypatrywać im się badawczo, ale zaraz potrząsnął głową i przestał. Miał dziwne wrażenie, że skądś go zna.
           Lexie przejęła stery i zaczęła coś pleść, wzbudzając śmiech. Devlin nawet jej nie słuchał, niezainteresowany całą rozmową. Nowy wyjaśnił, że został porwany w czasie, gdy bronił swojego miasta. Devlin pomyślał, że ma do czynienia z jakimś niespełnionym smarkaczem z marzeniem o heroicznych wyczynach. Tamten mówił dalej, wyjaśnił, że nie ma pojęcia, o co chodzi z całym tym Uniwersytetem, na co Lexie błyskawicznie objaśniła mu systemy i działania świata, do którego trafił.
          - Tirant chce przejąć kontrolę – skończyła. – Ma armię, ale potrzebuje ludzi, którzy będą nią sterować, dlatego nas szkoli.
          - Kolejny szalony dyktator – zbagatelizował nowy. Devlin zmarszczył brwi. On sam darzył Tiranta szacunkiem, mimo, że był przecież przez niego więziony i taka obraza dotknęła go osobiście. – Jeśli kiedykolwiek spróbuje ograbić Ziemię, mój tata mu pokaże.
          Roboty rozeszły się po stołówce podając jakąś podejrzanie wyglądającą zupę. Devlin spojrzał na nowego bacznie i spytał prowokująco:
          - A można wiedzieć, kim jest twój ojciec, że da radę powstrzymać inwazję?
          - Ben Tennyson, może słyszałeś.
          Lexie i Devlin zgodnie się zachłysnęli się zupą. James uderzył przyjaciela z całej siły w plecy, próbując mu jakoś pomóc i powstrzymać atak dzikiego kaszlu, a jednak na próżno. Kiedy wreszcie udało mu się opanować, spojrzał zdumiony na nowego, nie wierząc, że to możliwe. Jeśli jego ojcem był Benjamin Tennyson, to to musiał być jego przyjaciel z dzieciństwa i kuzyn – Kenneth Tennyson.  Zaczął się jakiś okres spotykania dawno niewidzianych krewnych?
          - W porządku? – zatroskała się Cylin, zerkając spod swojego białego hełmu na chłopaka. Ten odetchnął głęboko i skinął głową, zerknął Lexie, która najwyraźniej też wszystkiego się domyśliła i spojrzeniem nakazał na razie milczeć. Nie spodziewał się, że go posłucha, a jednak na razie się nie odezwała. Cylin, nie doczekawszy się reakcji, spytała: – Kto to w ogóle jest ten Tennyson?
         Kiedy Ken był zajęty snuciem opowieści na temat swojego ojca, Devlin skupił się na swojej zupie. Właściwie, nie pamiętał Kenny’ego. Często się razem bawili ze względu na zażyłość jego ojca i ich rodziców, a jednak nie potrafił powiedzieć o nim nic konkretnego. Zrozumiał, dlaczego chłopak potrafił się przemieniać w tamtego kosmitę, najpewniej dostał od ojca prototyp Omnitrixa w czasie, gdy ich nie było.
          - Jak tu się właściwie znalazłeś? – spytał James.
          - Próbowałem schwytać jednego rabusia i wtedy nadlecieli oni i mnie zabrali tutaj. Powiedzieli, że jeśli będę się szkolił zostanę jednym z przyszłych przywódców – odparł znudzonym tonem. – Jakie bzdury. Zwiewam stąd.
          - Stąd nie da się uciec – uciął Devlin.
          Obiad upłynął w ciszy. Lexie przestała się odzywać, obserwując uważnie dawno niewidzianego kuzyna. Devlin domyślał się, że siostra znów myśli o ucieczce, a skoro zapowiadało się, ze będzie miała kompana, mogły z tego wyniknąć same kłopoty.
         Kochał Lexie, ale nigdy nie pojął, skąd jej zawziętość, by działać wbrew światu. Przyszło im żyć pod okiem dyktatora, by zawsze miał szansę zaszantażować ich matkę. Kiepski los, ale nie mieli żadnego wpływu. On sam pogodził się z rzeczywistością, zaakceptował i zrozumiał, że przyjaźń z Generałem Tirantem jest dla niego szansą.
          Cylin zmyła się zaraz potem, wykręcając się referatem do napisania. Nowicjusz był bardzo zdziwiony, że odbywają się tu także zajęcia o taktyce, historii, moralności, perswazji i szeregu innych rzeczy. James też gdzieś przepadł i zostali tylko we trójkę.
          - Ken, posłuchaj – zaczęła cicho Lexie, nim Devlin zdążył podjąć decyzje czy na pewną chcą odnawiać znajomość z kuzynem. Nim zdążyła cokolwiek jeszcze powiedzieć, na stołówce rozległ się krzyk:
          - Levin! Oboje! Wezwani do głównego budynku!
          Devlin rzucił zszokowanemu chłopakowi jedno spojrzenie i wstał, pociągając za sobą siostrę. Musiałby być głupcem, żeby nie skojarzyć albo dostać amnezji. Wiedział, że nawet jeśli zmienili się nie do poznania, to imiona, to przeklęta nazwisko po tamtym człowieku, podobieństwo, a także zaskoczenie, jakie okazali na wiadomość o jego ojcu, wszystko to składało się na logiczną całość. Oni byli porwanymi kilka lat temu bliźniakami.
*
          - Jesteście jednymi z najstarszym moich rekrutów – ciągnął Tirant. – Dlatego chcę, żebyście zajęli się oswojeniem tego nowego. A także dlatego, że to wasz daleki krewny. Jest starszy niż większość rekrutów i trudniej będzie mu się oswoić. Ale posiadanie kogoś, kto nosi najpotężniejszą broń we wszechświecie...
          - Czy raczej jej marną podróbę... – wtrąciła swoje trzy słowa Lexie.
          - Lexie! – Devlin upomniał ją zirytowany. Już w pierwszych dniach swojego pobytu tutaj nauczył się szanować przyszłego władcę, a środowisko, w jakim dorastał tylko pogłębiało respekt ze względu na jego osiągnięcia.
          - Jest różnicami między kilkunastoma kosmitami, czy ilu on tam ich ma, a dziesięcioma tysiącami jak jego ojciec – wzruszyła ramionami.
          - ...we wszechświecie, może mieć dla nas ogromne znaczenie w nadchodzącej wojnie...
          - ...która nadchodzi już o siedmiu lat i nadejść nie może.
          - Kiedy wreszcie zaczniemy inwazje, zatęsknisz za dniami spokoju, panno Levin – powiedział całkiem spokojnie Tirant. – Devlinie, posłuchaj, mam dla ciebie specjalnie zadanie, misja niezwykle wyjątkowa, rozumiesz, delikatna rzecz. Mogę ją powierzyć tylko komuś, komu ufam. Możesz odejść, panno Levin.
          Kiedy Tirant pochylił się nad wyświetlaczem hologramów, by coś pokazać bratu, pokazała mu język i wykrzywiła się z pogardą. Przeklęty Devlin! Że też tak łatwo ulegał urokowi tego bydlaka, nie potrafiąc patrzeć na to wszystko racjonalnie. Gdzieś w sercu zazdrościła mu trochę umiejętności i pozycji.
          Wyszła, fukając gniewnie.
          Pech, czy możne szczęście, chciał, że Devlin odziedziczył i iskrę matki, i umiejętności ojca. Czyniło to z niego ogromnie cennego żołnierza. Ona tymczasem ledwo potrafiła coś pochłonąć, a gdy rzeczywiście jej się udało, traciła zbyt wiele energii. Brak odpowiednich genów czy też dobrego szkolenie, nie wiedziała, co zaważyło, że los pozbawił ją mocy. Nie chciała mu zazdrościć, a jednak świadomość własnej zwykłości bywała trochę przygnebiająca.
          Roztargniona i rozzłoszczona wpadła na kogoś na korytarzu. Nie zdążywszy złapać równowagi, upadła na tyłek, obijając się mocno.
          - Cholera jasna, uważaj jak chodzisz – burknęła. Ku jej zdumieniu zauważyła Kenny’ego Tennysona. – Och, to ty...
          - Szukałem was – wyjaśnił jednym tchem, pomagając wstać kuzynce. Lexie ze swego rodzaju irytacją zauważyła, że chociaż nie jest tak wysoki jak Devlin, i tak będzie musiała zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w twarz.
          - Pewnie jesteś zdziwiony – powiedziała cicho, prowadząc go korytarzem w jakieś bezcelowe miejsce. Nawet nie wiedziała, o czym mówić.
          - Wszyscy mówili, że nie żyjecie – podjął Kenneth, obserwując ciekawie kuzynkę. – Kiedy zniknęliście, natychmiast podjęto poszukiwania, ale bez skutku... Wujek, znaczy się, wasz tata, prawie oszalał.
          - Co masz na myśli? – Lexie błyskawicznie się ożywiła.
          - No... Nie potrafił się pogodzić, że was już nie ma. I chyba nadal się nie pogodził. Bardzo za wami tęsknił.
          Nikt nigdy nie widział na twarzy Lexie takiej ulgi i radości. Twarz błyskawicznie jej się rozpromieniła, a zielone ślepia zabłysły najszczęśliwszym blaskiem. Poczuła palącą satysfakcje, że to jednak ona miała rację, a nie Devlin ze swoim „realizmem”. Nim Ken zdążył się zauważyć, jak dobrą wieść przekazał, uściskała go serdecznie. Nieco oszołomiony nagłym atakiem czułości, spojrzał na nią zdziwiony.
          Nieco speszona i onieśmielona, Lexie wbiła wzrok w czubki swoich butów i milczała dłuższą chwilę, by wreszcie zadać dręczące ją pytanie:
          - A teraz? Czy on o nas pamięta? Czy ma kogoś...?
          Kenneth zmarszczył brwi zaskoczony dziwnym pytaniem.
          - Nie. Rzadko pojawia się w Bellwood, pamiętasz Bellwood?, tam mieszkaliście, często jest na misjach. Niektórzy mówią, że zapracowuje się, by nie rozpamiętywać... Powiedz, czy jest sposób, żeby stąd uciec?
          - Planuję to od siedmiu lat – Lexie puściła oko do kuzyna. - Jeśli weźmiesz nas ze sobą, pomogę ci.
          Keneth uśmiechnął się serdecznie. Chociaż kuzyn wzbudził w nim raczej niechęć, Lexie bardzo polubił. Zdawała się być szczera i bezpośrednia. Zastanawiał się, czy zawsze taka była, ale wspomnienia z lat dziecięcych pozostały w jego w głowie jedynie odbiciami prawdziwych przeżyć i nie pamiętał jej dość dobrze.

          Zaprowadziła go do niewielkiego pomieszczenia, w którym ustawiono wąskie, wysokie regały z teczkami i aktami. Meble upchnięto tak ściśle, że ledwo dawało się przejść. Siedzieli tam niemal do kolacji, omijając popołudniowe zajęcia, opowiadając historie z przeszłości.

21 sierpnia 2013

The Time Of New Heroes cz.2 [Ben 10]


(wykonane w kreatorze rinmarugames)


        Cztery istoty, odziane w jednakowe, zielone, nakrapiane kombinezony, przemieszczały się przez górzysty teren planety Sertia. Jak na ironie, ich ubiór pełniący zazwyczaj funkcje maskującą, w tej chwili wyróżniał je na tle czerwonych, skalistych wzniesień nieozdobionych najdrobniejszą nawet roślinnością. Łatwo stwierdzić, że były to humanoidy, ale ich rasa miała pozostać zagadką aż do chwili, gdy zdjęliby ochronne hełmy.
Wzbudzali podejrzenia. Nie tylko z powodu niecodziennego ubioru, bo mieszkańcy owej planety zazwyczaj noszą proste, białe szaty, które chronią ich przed ostrym słońcem, ale także ich ekwipunku. Wszyscy dźwigali na plecach wielkie, przeładowane plecaki, przy pasie mieli szereg kieszonek wyładowanych nabojami, a także ukrytą pochwę z małym, laserowym nożykiem. Przez ramie przerzucili karabiny.
Ktoś obeznany w działaniach wszechświata, stwierdziłby, że to z pewnością Hydraulicy. Z daleka można było tak pomyśleć, i z pewnością dlatego jeszcze nikt ich nie zaczepił ani nie zaatakował, ale kiedy przyjrzało się bliżej grupie dostrzegało się podstawowy brak: nie mieli odznak.
Pozwolę sobie teraz dokładniej opisać ową gromadę. Chociaż wszyscy wyglądali podobnie, bliższe oględziny pozwalały na dostrzeżenie różnicy. Dwie istoty, idące blisko siebie, z pewnością były kobietami. Mimo, że różniły się  znacznie wzrostem,  obie były szczupłe, a pod kombinezonami rysowały się piersi. Pozostali dwaj mogli być mężczyznami, szerocy w ramionach, wysocy, jeden z nich niósł karabin w dłoniach jakby w obawie, że ktoś ich zaatakuje. Wszyscy byli ulepieni gródkami brązowego błota i lekko przykurzeni czerwonym pyłem.
Kiedy radiostacje na Sertii podały, że z fabryki skradziono duże ilości minerału korodium, cała czwórka wsiadała na statek, który zaraz po zabraniu pasażerów, odleciał i zniknął gdzieś w kosmosie.
Wykończeni złodzieje padli na fotele, które tylko skrzypnęły niechętnie pod ciężarem ciał odzianych w kombinezony. Plecaki rzucili w kąt, nie przejmując się już ich losem, a karabiny złożyli na blacie wystającym ze ściany. Po kilkugodzinnym marszu, ataku na fabrykę, zakończonym poważnym starciem z wyjątkowo walecznym personelem i dźwiganiu ciężkiego ekwipunku, były głodni i wykończeni.
Jedna z kobiet ściągnęła hełm i westchnęła głęboko. Twarz miała ładną, a jednak brudną i spoconą, trochę bladą o ostrych, chłodnych rysach. Ciemne, mocno zarysowane brwi marszczyły się w jakimś ponurym zamyśleniu nad orłowatym, posypanym piegami nosem. Czarne, poczochrane włosy lepiły się do wilgotnej twarzy, zakrywając kości policzkowej. Łatwo było rozpoznać, że z pochodzenia była Ziemnianką.
- Po co komu w ogóle ten kardium? – mruknęła. – Włóczyliśmy się po tych górach bez końca.
- Korodium – poprawił chłodno jeden z mężczyzn, odsłaniając ludzką twarz. Odłożył swój hełm i potrząsnął głową, a czarne przydługie włosy niesfornie umknęły spod gumki i kucyk rozpadł się, pozwalając pasmom opaść na ramiona. Był łudząca podobny do tamtej, mieli takie same rysy, łatwo więc zgadnąć, że byli rodzeństwem, mimo, że on sprawiał wrażenie silnego, muskularnego i wysportowanego żołnierza, a ona – drobnej, niskiej chudzinki.
- Nie narzekaj, Lexie, zawsze to jakaś odmiana od nudnych treningów – dodała cicho druga kobieta. Ta człowiekiem z pewnością nie była, chociaż posturą niespecjalnie się od nich różniła. Skórę miała różową, jak rodowita Krachanka, a oczy czarne, przy tym była dość wysoka, kobieco zaokrąglona, a także pewnie bardzo silna, sądząc po wypracowanych, może w pewnym stopniu niechcianych, mięśniach. Krótkie, farbowane na niebiesko włosy stały dęba na małej w porównaniu do ciała główce, na której zwykle donosiła duży, biały hełm - jedyną pamiątkę po utraconej rodzinie.
- Wolę postrzelać do manekinów niż włamywać się do fabryk – odparła dziewczyna, nazwana wcześniej Lexie. – A swoją drogą, mam dość tego, że Tirant zawsze posyła nas po takie bzdury. Jakby miał mało ludzi.
- Ale my jesteśmy najlepsi – odparł czarnowłosy chłopak. Jako jeden z pierwszych i jednocześnie jeden z najlepszym rekrutów czuł się doceniony, gdy właśnie jemu przypadała kolejna misja. Lexie spojrzała na niego uważnie.
Devlin, bo właśnie tak na niego wołali, był jej bratem bliźniakiem, czego łatwo wszyscy się domyślali. Chociaż to on grał tego odpowiedzialniejszego, tylko dlatego, że był te kilkanaście minut starszy, czasem zastanawiała się, czy to ona przypadkiem nie jest tą rozsądną. Brat zdawał się nie zauważać, że są w tym popapranym wojsku wbrew ich woli, że są zakładnikami, że tak naprawdę powinni się stąd wyrwać. Może zapomniał?
- Tirant docenia twoje umiejętności, Devlin – powiedziała Krachanka, wpatrując się cielęcym wzrokiem w chłopaka, który tylko skinął głową w podzięce za komplement. Lexie miała ochotę palnąć się w czoło.
Jej najlepsza przyjaciółka, Cylin, zwerbowana do wojska zaraz na początku jego rozwoju, była po uszu zabujana w Devlinie. Chociaż Lexie wydawało się to obrzydliwe, bo przecież Devlin – mimo, że był jej ukochanym bratem – był tez skończonym głupkiem, chciała dla kosmitki jak najlepiej. Niejednokrotnie spróbowała naprowadzić temat rozmowy właśnie na nią, ale za każdym razem kończyło się to w  ten sam sposób: albo komentował jej sposób walki, albo dziwił się, czemu tak wypytuje. Nigdy nie powiedział słowa o charakterze czy urodzie.
Czwarty członek zespołu milczał. Zdawać by się mogło, że zastanawia się nad czymś głęboko albo milczy, bo nie widzi powodu, by brać udział w bezsensownej dyskusji. Prawdy łatwo można się domyślić, wysłuchując się w jego miarowy, chrapliwy oddech. Spał.
- Wracamy do bazy czy wstępujemy do jakiegoś baru? – spytała Cylin, znana ze swoich upodobań do kosmicznych, nowych smaków.
- Możemy gdzieś podlecieć – skrzywiła się Lexie, która może i nie cierpiała dziwnych, obcych potraw, ale była straszliwie głodna. – I jak znam życie, James też będzie chciał coś zjeść – dodała, patrząc na śpiącego przyjaciela.
- Jestem za – dodał Devlin, który zniknął gdzieś niepostrzeżenie na chwilę i wrócił przebrany w swój tradycyjny strój. Czarne, nieco przetarte spodnie poupychał w sznurowanych glanach, które idealnie spełniały jego wymagania, były dobre do biegania, kopania, a także sprawdzały się przy niemal każdej pogodzie. Założył jeszcze biały podkoszulek z kolorowymi napisami i ciemnozieloną kurtkę z masą rozmaitych kieszonek i kieszeni.
- Do tego obskurnego pubu, co zwykle?
- Może być. Jestem tak głodny, że wszystko zniosę.
*
Tirant był chyba najobrzydliwszym kosmita, jaki chodził po świecie. Wyższy od przeciętnego człowieka, chudy, łysy, miał bladoniebieską, nakrapianą ciemniejszymi i jaśniejszymi plamami cerę i dwoje bystrych, a przy tym strasznych oczu. Przypominał oślizgłą, wilgotną rybę.
Gwen zawsze siedziała sztywno, kiedy przychodził, zachowując ponury dystans, jakby chciała pokazać całą sobą jak bardzo go nienawidzi i nim gardzi. Wbiła wzrok w przeciwległą ścianę swojego pokoju, które z czasem stało się dla niej bardziej więzienną celą, i milczała zawzięcie.
Widziała kątem oka ich odbicie. Nie chcąc kalać wzroku jego obrzydliwą postacią, zaczęła myśleć bardziej o sobie. Pomyślała, że zbrzydła przez ten cały czas. Problemy ją wychudziły, stresy przyozdobiły twarz delikatnymi zmarszczkami, a strach odebrał oczom dawny blask. Zazwyczaj była chłodna, zmęczona i nieobecna, można by rzec – osowiała. Ożywiała się tylko, gdy wyprowadził ją z równowagi, co próbował uczyć przy każdej okazji.
A miała tylko jedną radość. Dzieci.
- I co, Gwendolyn, nadal liczysz na pomoc od mężusia? Tyle czasu... Znalazł sobie ładniejszą, młodszą?
Zignorowała i milczała, zastanawiając się, gdzie w tej chwili podziewają się jej dwie pociechy. Wczoraj, gdy córka przyszła do niej późnym treningiem, ubrudzona dymem i wykończona po treningu, opowiadała, że wybierają się na jakąś prostą misję. I nawet jeśli ona nazwała ją prosta, to Gwen wiedziała, że przy całej swojej nierozwadze i przesadnym optymizmie w ocenianiu zagrożenia, jak zwykle wszystko zbagatelizowała.
- A może znowu próbujesz uciec, co? Ile prób, tyle niepowodzeń. Zresztą, gdzie miałabyś uciec. Nie masz przecież nikogo poza tymi gówniarzami, bo nikt cię przecież nie szukał, prawda?
I znów odpowiedziało mu milczenie.
Gwen rozejrzała się i dostrzegła na stole pilniczek. Pomyślała, że mogłaby nim wydłubać tyranowi oko albo wbić w szyje, albo... Tylko, że każdy jej ruch przeciw niemu, nawet nieudany, skończyłby się niespodziewaną eksplozją statku, na którym przebywały jej dzieci. Powód, dla którego w ogóle znosiła jego słowa, zamiast zgnieść go w miażdżącej pętli z many.
- Widzisz Gwen, wszystko to twoja wina. Gdybyś wtedy bez oporów oddała mi swoją maszynę, żyłabyś dalej jak nudna kobieta, a twoje dzieci nie szkoliłyby się na przywódców mojej armii. Ale zawdzięczam ci wiele. Nie dość, że sprawiłaś, dzięki swoim maszynom, że mam armię, to jeszcze skonstruowałaś tyle innych rzeczy... No i jeszcze: dałaś mi najwybitniejszego z rekrutów.
Gwen wcale nie poczuła dumy, mimo, że jej syn był wychwalany przez niemal każdego, że inteligentny, bystry, a przy tym silny. Starała się mu przypomnieć, że to nie jego walka, że w tej chwili wspiera nie tą stronę, a jednak zdawał się być głuchy na wszelkie prośby, upomnienia, a zwłaszcza rozkazy, których tak nie cierpiał.
Wiedziała doskonale, że właśnie dlatego stał się najlepszym z całej zbieraniny, która kiedyś miała podbić cały wszechświat według marzeń tego tyrana. Nigdy nie postępował tak, jak mu kazano, wymyślał własne procesy. Z początku był za to besztany i Gwen mało nie udusiła Tiranta na widok obitych pleców syna, a jednak z czasem dostrzeżono, że zawsze radził sobie świetnie, po swojemu, dużo lepiej niż ci, którzy działali według zasad. I dali mu wolną rękę. Niektórzy nawet mówili, że kiedy Tirant umrze, to właśnie on przejmie władzę.
Minęło prawie siedem lat odkąd została zaatakowana i porwana. Kiedy konstruowała swoje dzieło, była przekonana, że wesprze jedynie technologie Hydraulików, nie podejrzewała, że jej własna broń stanie się jej przekleństwem. Każdego dnia żałowała, że była wtedy taka harda, zamiast ugiąć kolana. Tirant był niegroźnym tyranem, którzy miał zaledwie kilkunastu zwierzchników, dopóki nie znalazł jej. Mógł porwać kogoś z Galvana, mieszkańcy tej planety byli powiem bardzo inteligentni, a jednak wiedział, że ciężko będzie mu dostać się na tą planetę, a sami geniusze nie będą skorzy to współpracy. A tymczasem dla człowieka wystarczył szantaż.
Od czasu, gdy ostatni raz widziała Ziemię, skonstruowała i zaprojektowała wiele broni, a wśród nich najlepszą była ta pierwsza. Dzięki jej Tirant zyskał całą armię żołnierzy – wszyscy podobni, dobrze zbudowani, w czarnych mundurach, posłuszni. Potrzebował tylko jednego – przywódców. Jego zwierzchnicy i on stworzyli specjalną szkołę, zwaną górnolotnie Uniwersytetem Generałów, w której grupa kadetów szkoliła się pod ich okiem. Zazwyczaj były to sieroty, innym razem dzieciaki wyrwane rodzicom, a czasem takie, które nierozsądnie gdzieś zabłądziły.
I najlepszym spośród całej tej zbieraniny był Devlin.
Czekała w spokoju aż znudzi mu się prowokowania i upokarzanie. Wciąż próbował ją wyprowadzić z równowagi, sprawić, by zapłakała, a jednak stale zachowywała spokój. Zimny spokój. Nie uroniła ani jednej łzy od siedmiu lat, uparcie wierząc, że kiedyś to się wreszcie stanie – wydostanie się z tego piekła i znów będą razem: ona, Kevin, Lexie, Devlin.
- Czy to nie dziwne, że nasz system nadawania zawodzi? – spytał nagle.
- Systemu zawodzą – mruknęła w odpowiedzi, niedostrzegalnie sztywniejąc.
- Ale to ty stworzyłaś ten system na wzór Hydraulicznego – drążył.
- Owszem – przyznała, chociaż wstydziła się każdej pomocy dla tego tyrana.
- A Hydrauliczne nie zawodzą.
- Może są lepsze?
- A może sabotaż?
- A może zwykła usterka?
- Nie sądzę. Napraw to, dla własnego dobra – rzucił na odchodne. – Wiem, że stale coś kombinujesz. Mam na ciebie oko, więc lepiej się pohamuj.
*
Devlin wciągnął śliskiego, gumowatego kluska, siorbiąc głośno sosem. Jego siostra jęknęła zniesmaczona, ale niespecjalnie się przejął, próbując wepchnąć w siebie jak najwięcej dziwnej potrawy. Ciekawe, czy to co pływa w sosie to faktycznie kawałki warzyw czy może skrawki jakiejś tektury. Sądząc po smaku, strzelałby na to drugie. Siedząca obok niego Cylin wcinała trzecią porcję owej zupy, rumiana od chłodu panującego w barze. Chociaż reszcie drużyny, jako przedstawicieli rasy Ziemian, było ciepło, ona jako Krachanka prawie drżała. Już miał spytać, czy nie przynieść jej ze statku jakiejś kurtki czy płaszcza, gdy dostrzegł paskudne stworzenie kilka metrów od niego.
Zesztywniał.
Zerknął na Lexie, ale ta zdawała się niczego nie zauważać. I bardzo dobrze. Na pewno zaraz podbiegłaby, pytała o ojca i próbowała uciec. Obserwował uważnie stworzenie, mając prostą przewagę: nie tylko obiekt jego ciekawości nie wiedział, że ktoś mu się przypatruje, ale także jego samego siedem lat zmieniło niemal nie do poznania. Przetarł wygoloną z boku głowę i westchnął cicho.
Argit. Szumowina, drań i złodziej, obdarzony swego rodzaju szczęściem, wymigiwał się od wszystkiego, chociaż lista tych mocarzy, których okradł/podpadł/oszukał czy też doniósł do nich, a najczęściej wszystko razem, rosła z każdym dniem. Gdyby był tylko gnidą, Devlin nawet nie zwróciłby na niego uwagi. A jednak, był też najbliższym współpracownikiem jego ojca.
Chociaż Devlin miał wtedy zaledwie siedem lat, był dość bystry, by zorientował się, że jego ojciec, którego częściej zwał tym człowiekiem albo Kevinem niż tatą, robi na boku szemrane interesy. Czas wyolbrzymił w jego głowie kilka niewinnych incydentów do ogromnych oszustw zatajanych przed rodziną.
Prawda była taka, że Devlin wciąż powtarzał, że nie ma ojca, a gdy już mówił o „tym człowieku” zwykle używał chłodnego i urażonego tonu. Kiedy został porwany wraz z siostrą i matką, marzył, że tata – wtedy idealny, heroiczny tata – przybędzie wraz z gromadą Hydraulików i ich ocali. Z upływem roku stracił nadzieję, a ciągle rozmowy z Tirantem, który twierdził, że wysłał do Kevina Levina informacje, że może wykupić rodzinę, ale ten ją zignorował, sprawiły, że poczuł się oszukany. Gdzieś zniknął obraz wzorowego ojca, a pozostała tylko niechęć i zawód.
Lexie – naiwna, słodka Lexie – nie wierzyła w żadne słowo, które padało z ust Tiranta. U niej wszystko zaszło odwrotnie, stale idealizowała ojca, marząc, by kiedyś ich odnalazł. I ciągle snuła marzenia, by wreszcie się stąd wydostać. Skoro teraz spotkali kogoś, kto przez wzgląd na dawne więzi – czy może raczej należałoby powiedzieć, przez strach przed gniewem Kevina – mógłby im pomóc, z pewnością skorzystałaby z okazji.
A on pogodził się z losem. Nawet jeśli był w swego rodzaju więzieniu, czuł się potrzebny. Szybko awansował, stał się prawą ręką człowieka, który kiedyś miał się stać najpotężniejszą osobą we wszechświecie. Wierzył, że stanie się bohaterem. Broń, systemy, analizy, szybkość, siła, miał wszystko i na dodatek iskrę. Iskrę Anodyty. Władał maną nadzwyczaj dobrze. Nawet jeśli potrafił wchłaniać materię, nie chciał. Nie chciał, bo to kojarzyło mu się z ojcem.
Musiał teraz tylko dopilnować, żeby Lexie nie zauważyła drańskiego jeża. Zdawała się być tak pochłonięta rozmową z Cyliną i Jamesem, czwartym członkiem drużyny, że gdyby część baru się zawaliła – nie zwróciłaby uwagi.
I nagle koło Argita usiadł ktoś jeszcze. Choć przypominał człowieka, zdawać by się mogło, że to bardziej jakiś duch, zjawa. Najtrafniej byłoby powiedzieć, cień człowieka. Przygarbiony, ponury, burkliwy, zupełnie jakby los bardzo go skrzywdził. Długie, czarne włosy opadały mu na ramiona, zakrywaj twarz. I mimo, że zmienił się tak bardzo, Devlin rozpoznał go bez trudu. Kevin Levin.
Devlin zaczął się nerwowo kręcić na krześle. Domyślał się, że Lexie zaraz podbiegłaby do niego, uściskała. Już wyobrażał sobie tą scenę: ona, rozpromieniona, pełna niewinnej miłości córki do jej bohatera, a on sztywny, raczej zniesmaczony niż zadowolony. Przy całej swojej niechęci do ojca, nie chciał niszczyć marzenia siostry o idealnym tacie. I sam miał w sobie iskierkę nadziei, że cała prawda, jaką o nim usłyszał, była w rzeczywistości kłamstwem i ich tata nadal byłby ich tatą. Świadomy, że nie zniesie drugiego zawodu, a gdy Lexie go zobaczyła, na pewno tak by się stało, wstał z miejsca, porzucając niedokończone danie.
- Idziemy – rzucił twardo, nie odrywając wzroku od jeżozwierza i ojca.
- Co? – Cylin spojrzała na niego zdziwiona. – Już?
Przez moment wydawało mu się, że Kevin Levin uniósł głowę i spojrzał mu prosto w oczy. Widział tylko czarne, pozbawione blasku źrenice. Był pewien, że zaraz coś się stanie, a jednak Kevin albo nie widział albo nie zwrócił uwagi na młodzieńca, bo zaraz znów powędrował gdzieś wzrokiem.
- Tak. Wychodzimy – burknął. Sam nie wiedział czemu, ale znów poczuł się oszukany. Dzieciak w nich, ten dzieciak, który w ojcu widział bohatera, pragną, by ojciec ich zauważył podszedł i wszystko naprawił. Świadomość, że w ogóle miał taką nadzieję co do „tego człowieka” jeszcze bardziej go rozwścieczyła.
- Czemu? Coś się stało? – Lexie wstała i spojrzała na brata pytająco.
- Już!
Ruszył pierwszy do wyjścia, rzucając barmanowi kilka zmiętych banknotów. Widział kątem oka, jak jego towarzysze patrzą po sobie zdumieni, niewiedząc, co się właściwie stało. Nie mając wyboru, ruszyli za nim, nawet nie pytając, co się właściwie stało.
Cylin poinformowała dwóch pilotów, którzy byli jednocześnie koordynatorami ich misji, ze mogą ruszać. Sama usiadła na fotelu i dotknęła jednego z plecaków. Nim cokolwiek więcej zrobiła, przerwał jej ostry głos Devlina.
- Zostaw to.
- Dlaczego? – zmarszczyła brwi. Wyglądała na zirytowaną i jednocześnie spłoszoną.
- Chcesz się zmienić w fioletową bestię?
- Dlaczego niby miałabym się zmieniać.
- Bo to korodium, tak to działa – warknął. – Nie czytałaś materiałów o misji?
Cylin odwróciła zmieszana wzrok, speszona własną niewiedzą.
- Devlin, co się z tobą dzieje? – jęknęła Lexie. – Co się stało w tym cholernym barze? Zachowujesz się jak popapraniec, no. Mogliśmy wybrać inny.
- O, przeciwnie siostrzyczko – odparł, ruszając do swojej kabiny. – Przynajmniej wiem, że jako jedyny z tej rodziny jestem realistą.
- Słucham? – Lexie dogoniła brata, gdy zamykał drzwi do swojego pokoju. – O czym ty mówisz?
- Nie twoja rzecz, chcę odpocząć – burknął, chcąc zamknąć drzwi. Złapała za klamkę i wskoczyła do środka, nim zdołał ją wygonić. Usiadła na zawalonym ubraniami i wyrwanymi kartkami łóżko i skrzyżowała ręce na piersi.
- Martwię się o ciebie.
- Niepotrzebnie – odparł wymijająco.
- Jesteś moim bratem. O co chodziło z tym realizmem? Co się stało w barze? – wypytywała. Z początku milczał, nie chcąc jej denerwować ani martwić. I mimo, że powiedział stanowczo, że będzie zła i dla jej dobra milczy, nalegała. I w końcu – uległ.
- Chcesz wiedzieć? Dobrze. Wiesz kogo widziałem? Ojca.
Lexie wyglądała jakby zdzielił ją młotkiem w głowę. Wpatrywała się w niego zielonymi oczami, zupełnie jakby nie mogła zrozumieć, co do niej właśnie powiedział. Zamrugała kilka razy, uśmiechając się lekko, zupełnie jakby z ulgą. Devlin pomyślał, że pewnie cieszy się, że ‘ten człowiek’ ma się dobrze. Zaraz jednak jej twarz przybrała oblicze surowe i rozzłoszczone.
- I nie podszedłeś do niego!? Nie powiedziałeś mi!? To była nasza szansa! Na wydostanie się z tego piekła! I dla mamy! Jak ty mogłeś? Ty i te twoje idiotyczne uprzedzenia! Dlaczego mi nie powiedziałeś! – krzyczała, zaciskając ręce w pieści.
- Wiesz dlaczego? Bo nie chciałem, żebyś się zawiodła. Wiem, że masz w głowie idiotyczną wersję ukochanego tatusia i dobrze. Chcesz żyć w niewiedzy, proszę bardzo. Nie chciałem niszczyć twojej mydlanej bańki – zacisnął zęby.
- Jakiej bańki, do cholery?! – zerwała się z łóżka.
- Dla niego już cię nie ma. Ułożył sobie życie. Gdybyś do niego podeszła, wziąłby cię za wariatkę. Nie chcę ciebie, ani mnie, ani mamy – Devlin mówił coraz głośniej, jeszcze bardziej rozgniewany.
- Wiesz co myślę? Tirant napchał ci głowy tymi bzdurami o okupie i odmowie. A tak naprawdę, to to pieprzona ściema, a ty w to wszystko wierzysz jak dziecko! – wrzasnęła Lexie.
- Nie. To ty nie potrafisz przyjąć prawdy. Któreś z nas musi widzieć sytuacje racjonalnie. – Czy ty nie rozumiesz, co zrobiłeś!? Mogło być już dobrze, znów moglibyśmy być razem...! Jesteś cholernym głupcem! – spróbowała go uderzyć, chcąc jakoś wyładować bezsilną złość. Złapał jej nadgarstek, a drugą ręką schwycił za ramię.
Mimo, że urodzeni tego samego dnia, Lexie była dużo niższa i drobniejsza. Mógłby ją zmiażdżyć w jednym uścisku, jak kruszynę. Westchnął.
- Uspokój się, do cholery.
- Mylisz się co do niego, to nasz tata,.. Wróćmy tam, póki jeszcze jesteśmy blisko! Może jeszcze jest, proszę, Devlin, wszystko będzie jak dawniej.
- Myślisz, że po siedmiu latach jeszcze cokolwiek dla niego znaczysz? – Devlin spojrzał na nią ostro. Widząc jej wilgotne oczy, chciał przestać, nim powie za dużo, a jednak harde spojrzenie, które nie przyćmiły nawet łzy, przypomniało mu, że musi być stanowczy. – Jesteś nikim dla niego. Tylko przeszłością. Pewnie się cieszy, że czasy, w których musiał być tatusiem już minęły. Kto nie lubi być lekkoduchem.
- Chrzanisz, Devlin.
- Siostra. Zrozum. My nie mamy ojca – powiedział powoli i cicho.
Nim cokolwiek jeszcze się stało, Lexie wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi kabiny. Pożałował nagle zbyt wielu ostrych słów, a jednocześnie poczuł, że dobrze, jeśli wreszcie przejrzy na oczy. Kiedy usłyszał z sąsiedniego pokoju jeden urwany, powstrzymany nadludzkim wysiłkiem spazm szlochu, zrobiło mu się głupio.
Wszystko przez „tego człowieka”.

28 lipca 2013

The Time Of New Heroes cz. 1 [Ben10]

Hej, hej, hej!
Kolejne stare opowiadanie z szuflady. Jakoś lepiej mi idzie odnawianie niż wymyślanie nowości. 
Blog nadal pozostaje zawieszony, ale w przerwie między wyjazdami wyszperałam z szuflady, trochę poprawiłam i wrzucam:


(wykonane w kreatorze rinmarugames)
Kevin Levin był szczęśliwy, nieprzyzwoicie, szalenie szczęśliwy, jak nigdy w życiu. Nawet nie sądził, że los będzie tak łaskawy dla niego, dla kogoś, kto kiedyś był mutantem, potworem, złym gościem. A jednak, przeznaczenie – o ile w ogóle istnieje coś takiego jak przeznaczenie – sprawiło, że jego życie ułożyło się zaskakująco gładko. Czy mógł chcieć czegoś więcej?
Miał przy sobie Gwen, jego Gwen, jego żonę, jego ukochaną. Miał przy sobie dwójkę dzieci, jego dzieci, ukochane bliźniaki, oczko w głowie. Miał pracę, był czynnym Hydraulikiem, tak jak niegdyś jego ojciec, któremu zawsze chciał dorównać. Miał przyjaciół, którzy zawsze byli gotowi go wesprzeć. Miał przyszłość, która na razie zapowiadała się więcej niż dobrze. Miał wszystko, o czym kiedykolwiek mógł marzyć. Budził się w domu, na który sam zapracował, przy kobiecie, która prawdopodobnie była najlepszym, co go kiedykolwiek spotkało. Mógł śmiało powiedzieć, że jest doskonale.
Tego dnia wszystko wydawało się być tak samo w porządku, jak zawsze. Budzik rozdzwonił się kilkanaście minut po szóstej, wybudzając Kevina z głębokiego snu. Półprzytomny wymacał dłonią urządzenie i zrzucił ze stolika, roztrzaskując samobójcę, który śmiał sygnalizować, że czas wreszcie wstać z łóżka.
Gwen pewnie będzie wściekła, że zniszczył kolejny budzik, ale wyłączenie irytującego urządzenia była zbyt skomplikowane dla jego śpiące jeszcze mózgu.
Gwen uniosła powieki, wzdychając ciężko. Rude, długie włosy swobodnie opadały na poduszkę, układając się w fantazyjne wzory. Przeciągnęła się leniwie, spoglądając na męża wielkimi, zielonymi oczyma. Takie oczy mają tylko Tennysonowie. Głębokie, roziskrzone, pełne zadumy, chciałoby się rzec – kosmiczne. W tej chwili śmiały się do niego zalotnie, zupełnie jakby znów mieli po siedemnaście lat.
Sam nie wiedział czemu, przypomniały mu się ich pierwsze wspólne wakacje. Mieli kilkanaście dolarów przy sobie, żadnych ubrań na zmianę, butelkę wina i siebie. I byli najszczęśliwszymi ludźmi na całym świecie.
- Dobry – mruknął, szukając pod kołdrą jej dłoni. Złapał szczupłe palce i lekko uścisnął. Przytuliła się do niego, całując lekko w policzek.
Poczuł, że to będzie po prostu idealny dzień.
Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, na korytarzu rozległ się głośny tupot małych stóp. Już wiedział, że ze spokojnego poranka sam na sam nic nie wyjdzie. Drzwi otworzyły się lekko, a w szczelinie ukazały się dwie zdumiewając do siebie podobne buzie.
- Chodźcie – Gwen podniosła się do pozycji siedzącej, zapraszając do siebie dzieci. Wygramoliły się na łóżku, zasiadając między rodzicami.
Były do siebie bardzo podobni. Zwłaszcza teraz, gdy oboje mieli na sobie niemal identyczne granatowe piżamy w małe, kolorowe gitary. Te same twarze z ostrymi, chłodnymi rysami, ciemnymi, mocno zarysowanymi brwiami, orłowatymi nosami, lekko wystającymi kośćmi policzkowymi były niemal takie same jak u ojca. Włosy też mieli jego, czarne, poczochrane, trochę źle przystrzyżone. Tylko oczy...
- Śniło mi się dzisiaj, że byłam na Księżycu – powiedziała Lexie z mocą właściwą obwieszczeniem siedmiolatków. – Polecimy na Księżyc?
Wpatrywała się w niego roziskrzonymi, głębokimi oczami. Oczami Tennysonów. Zielonymi, tak nienaturalnie zielonymi, chciałoby się rzec – kosmicznymi. Takim oczom nie można odmówić, po prostu nie można.
- Zabierzesz nas kiedyś na statek? – dołączył Devlin, uśmiechając się łobuzersko. Miał te same oczy co siostra.
- Pewnie – odparł Kevin. – Jak już będziecie mieli odznaki i będziecie duzi.
- Jestem duża – odparła Lexie, wstając na równe nogi. Nim zdążyła udowodnić, że śmiało może lecieć choćby i od innego układu, miękki materac ugiął się pod jej ciężarem i straciła równowagę. Wpadła wprost w ramiona Gwen.
- Oczywiście, że jesteś – odparła miękko, gładząc ją po czarnych włosach. – Kiedyś sama będziesz pilotować statek, ale najpierw trzeba dorosnąć.
Kevin uśmiechnął się. Czy cokolwiek w jego życiu mogło pójść nie tak? Wyczerpał już chyba limit błędów i niefortunnych zdarzeń, teraz wszystko nabrało już sensu, wszystko było... perfekcyjne. Miał przeczucie, że ten dzień będzie idealny.
Już miał zaproponować, że zabierze dzieciaki do wesołego miasteczka, przecież tak lubią te wszystkie kolorowe karuzele i kolejki, od których aż kręci się w głowie, albo do teatru, przecież Lexie tak lubi musicale, godzinami potrafi wyśpiewywać „W operze tej wyraźnie skrył się Upiór, zły Upiór...”, albo może do salonu gier, przecież Devin tak uwielbia automaty, bez przerwy mógłby na nich grać, gdy telefon zadzwonił.
Chcąc nie chcąc, odebrał.
- Kevin? – usłyszał głos Bena Tennysona, kuzyna jego ukochanej żony i jego najlepszego przyjaciela. Był zdyszany i lekko zachrypnięty. – Potrzebuję pomocy.
- Domyślam się – westchnął. – Dzwonisz tylko, gdy czegoś potrzebujesz. O co chodzi?
- Wredny kosmita, przyjedziesz? Niedaleko tego baru z tymi paskudnymi rybami, wiesz gdzie.
Kevin westchnął cicho, a jednak mruknął potakująco. Znał to miejsce całkiem nieźle, ostatnia załatwiał tam lekko szemrane interesy. Gwen urwałaby mu głowę, gdyby wiedziała, że nadal babra się nielegalnymi transakcjami. Rozłączył się i wstał.
- Wrócę za godzinę – powiedział, całując lekko Gwen. – Drobne problemy.
- Pomóc wam? – Gwen spojrzała na męża badawczo.
- Poradzimy sobie, jak wrócę możemy pojechać do wesołego miasteczko, co? – zwrócił się do dzieci. Radosny okrzyk był dla niego wystarczającą motywacją, by jak najszybciej wracać do domu.
Przebrał się, wypił zimną kawę, która została na stole jeszcze z wczoraj i przegryzł drożdżówkę z budyniem. Słyszał, że na górze Lexie i Devin znów się o coś spierali, a Gwen bezskutecznie próbowała powstrzymać wiszącą w powietrzu bójkę. Gdyby którekolwiek miało w sobie chociaż trochę jej rozsądku i opanowania, w domu byłoby dużo spokojniej. A jednak oboje odziedziczyli po nim porywczość, może swego rodzaju agresywność, a żeby było zabawniej, dostali jeszcze moce po obojgu rodziców.
Skutek? Dzieciaki o wyglądzie ludzi z mocami Osmozjanina i Anodyty. Czasem naprawdę potrafiły mu dopiec. Choćby wtedy, gdy kupił nowiutkią prosto z fabryki, antenę, wychwytującą sygnały przysyłane z bardzo, bardzo daleka, a te zakodowane samodzielnie odkodowywała. Zanim zdążył się pochwalić Benowi Tennysonowi, jego cacko padło ofiara niekontrolowanego ataku maną jego córki. Drugiej takiej nigdzie nie dostał.
Odpalił silnik i wyjechał z garażu. Z piskiem opon ruszył drogą w stronę centrum, mijając jakiegoś zabłąkanego psiaka.
*
Gwen skończyła pisać koszmarnie długi, kilkustronowy artykuł do gazety o nacisku grupy na jej członka w pomniejszych szkołach amerykańskich. Dzieciaki bawiły się w ogrodzie, a ona miała chwilę, by dokończyć pracę. Przeciągnęła się, ziewając głośno i wysłała tekst do redaktora gazety. Powinien przestać zrzędzić, że zawsze spóźnia się z terminami.
Spóźniała się, to fakt. Ale miała na głowie dużo ważniejsze sprawy niż oficjalna praca. Oprócz tego była przecież jeszcze Hydraulikiem i, chociaż mało osób wiedziało, nie jeden raz ocaliła Ziemię. Była też matką, matką dwójki dzieciaków, które nie dawały chwili wytchnienia. Zadbanie o dom, o dzieci, o męża, o pracę, a na dokładkę o losy świata kosztowało ją odłożenie na bok mniej ważnych spraw.
Zerknęła przed okno. Devin próbował unieść za pomocą many stary rower, a jednak brakło mu koncentracji. Chciał mieć wszystko od razu, gotowe, bez niepotrzebnego skupiania się, zupełnie jak ojciec. Lexie znów próbowała absorbować różne rzeczy. Kevin cierpliwie uczył ją, jak używać mocy. Chociaż oboje mieli te same moce, Gwen widziała, że to syn lepiej używa „magii”. Wyglądało, że nie pozabijają się w przeciągu najbliższej godziny.
Wyciągnęła z szuflady maleńkie urządzenie, niewiele mniejsze od kciuka małego dziecka. Wyglądało jak pudełko z kilkoma szufladkami, jakimiś dziwnymi kontrolkami, migającymi co jakiś czas na czerwono albo zielono i dużym lejkiem u góry. Pracowała nad nim od kilkunastu tygodni, nie wiedząc, czy projekt ma większy sens. Okazało się, żema.
Wzięła stary scyzoryk Kevina i delikatnie nacięła skórę na palcu. Kilka kropel krwi spłynęło po ściance lejka, wpadając do środka. Gwen wstrzymała oddech, pierwszy raz testowała maszynę.
Przed nią zaczęła się formować postać. Niezbyt wysoka, raczej smukła, z czarnych, obcisłych spodniach i białej koszuli z zielonymi guzikami. Patrzyła na nią zielonymi, roziskrzonymi, głębokimi, chciało by się rzec – kosmicznymi, oczami spod, przyglądając jej się uważnie, jakby bez zaufania. Miała rude, długie włosy spięte w kucyka.
- Udało się – szepnęła Gwen, spoglądając na swój sobowtór. Udało się, stworzyła drugą siebie. Silniejszą, z większą mocą, kopię samej siebie. Wystarczyło teraz tylko wyłączyć maszynę, żeby sobowtór znikł, albo wypróbować.
Gwen cofnęła się dwa kroki i zaatakowała. Sobowtór zgrabnie uchylił się przed pociskiem i skoczył na kobietę. Nim ta zdążyła choćby mrugnąć, była przygwożdżona do ściany macką z many. Powiodło się. Sobowtór był dużo silniejszy niż ona sama, pokonał ja bez większego wysiłku.
Oczy Gwen zabłysły i strumień mocy uderzył w kopię. Ta jednak, osłoniwszy się grupą tarczą, nie została nawet zadraśnięta. Rzuciła się na kobietę, powalając ją na ziemię i zacisnęła dłonie na jej szyi.
- Aquari – wykrzyknęła Gwen, czując, że projekt wymknął się spod kontroli.
Sobowtór wyprostował się, patrząc w ścianę pustymi oczami i znikł. Polecenie kończące prace też działało. Gwen poczuła, że rozpiera ją duma.
Faktycznie, kopia była zbyt agresywna, a jednak przecież miała być tylko klonem, którego Hydraulicy będą używać do walki. Wystarczy dodać jedynie krwi dowolnego człowieka czy też kosmity i modelować sobowtóra, kontrolując siłę i moce. Przycisk „Replic” pozwalał stworzyć dowolną ilość.
Musiała jedynie popracować nad posłuszeństwem. Sprawdziła wytrzymałość i siłę, teraz pozostała już tylko praca nad uległością i dopracowanie komend, na które kopie miały reagować. Odpaliła urządzenie jeszcze raz, jej lustrzane odbicie znów pojawiło się przed nią. Wstrzymała oddech i nacisnęła przycisk „Replic”.
Udało się. Druga identyczna kobieta pojawiła się przed nią. A potem trzecia. Czwarta. Piąta.
- Aguari – powtórzyła jeszcze raz, kasując sobowtóry. Schowała urządzenie do szuflady, czując, że być może przyczyni się do wielkich zwycięstw Hydraulików w galaktyce.
Dzwonek do drzwi. To z pewnością Catty z Kenem i Dayą. Żona jej kuzyna razem z dziećmi wpadała tu, gdy tylko miała wolną chwilę. Gwen wstała, zamykając swój gabinet na klucz i wyszła na dwór.
Catty była młoda, młodsza od niej i młodsza od Bena, i mimo, że w gruncie rzeczy różnica była niewielka, Gwen czasami myślała, że to wciąż zwariowana nastolatka, a nie dojrzała kobieta. Miała krótkie, farbowane na bordowo włosy, z długą grzywką zakrywającą czoło i brwi. Niewielkie, orzechowe oczy w kształcie migdałów z lekkim zasinieniem pod oczami dopełniały gładką, okrągłą buzie ze ślicznymi, pełnymi ustami. Jak zwykle miała na sobie bladooliwkową sukienkę do kostek, kontrastującą ze śniadą cerą.
Obok niej stał siedmioletni chłopiec, tylko kilka miesięcy młodszy od jej dzieci. Wyglądał tak samo jak Ben, gdy był w jego wieku. Te same włosy, te same oczy, ten sam uśmiech. Czasem, kiedy Gwen na niego patrzyła, myślała, że gdyby jej kuzyn z przeszłości stanął obok syna, zdawać by się mogło, że jeden jest odbiciem lustrzanym.
- Część, ciociu – wyszczerzył się wesoło. – Są Devlin i Lexie?
- W ogródku – odparła, mierzwiąc mu już i tak poczochrane włosy. – Dzień dobry, Catty.
Catty trzymała na rękach swoje młodsze dziecko. Daya miała niespełna dwa lata, spała spokojnie w ramionach matki, ściskając w dłoni małą, pluszową arachnomałpe. Była śliczna, rumiana, pyzata, urocza – jak większość dwulatków. Miękkie, brązowe włosy swobodnie opadały na ramię matki i jej twarz, zasłaniając zamknięte oczy.
- Cześć, Gwennie – uśmiechnęła się Catty, całując ja w policzek. – Nie przeszkadzam? Przechodziłam obok i pomyślałam...
- Wejdź – odparła ruda, wpuszczając koleżankę do środka. Zrobiła kawę, zapraszając do salonu.
- Ben znowu gdzieś pojechał – westchnęła żałośnie Catty, pochylając się nad córeczką. – Czy tobie nie przeszkadzają te wszystkie nieobecności? Tak się nie da żyć! Wiem, że jesteście Hydraulikami, ale jest chyba coś ważniejszego od latania z bronią za potworami.
- Taka praca – mruknęła Gwen. Ona sama rzadziej bywała na misjach niż Kevin, a jednak nie przeszkadzało jej to specjalnie. Zamiast wyjeżdżać, namierzała, poszukiwała informacji, kontrolowała.
Upiła trochę gorzkiej kawy i pomyślała, że gdyby jej projekt rozwinął się na szeroką skalę, każdy Hydraulik mógłby odpuścić sobie walkę, pozostawiając misję kopiom.
*
Lexie wchłonęła fragment blaszanego parapetu. Materiał pokrył całe jej ramię. Uśmiechnęła się z zadowoleniem i spróbowała uderzyć w drzewo, sprawdzając, czy materiał nadawałby się na osłonę podczas walki, gdy usłyszała znajomy krzyk.
- Cześć!
Ken zjawił się jak zwykle niewiadomo skąd. Nawet nie usłyszała, kiedy podszedł, Devlin chyba też nie zwrócił na niego uwagi, dopóki się nie odezwał.
- Wiecie, że w mieście znowu jest jakiś kosmita? – spytał Ken, krzyżując ręce na piersiach. Usiadł na trawie naburmuszony. – Tata znowu nie chciał mnie zabrać.
- Bo nie masz żadnych mocy – odparł Devlin, rzucając pociskami z many w stronę tarczy. Trenował tak niemal codziennie, pod okiem mamy, albo sam. Lubił dokuczać kuzynowi, że ten nie ma żadnych nadprzyrodzonych zdolności.
- Masz z tym jakiś problem, Levin? – Ken poderwał się na równe nogi, zaciskając pieści. Lexie doskonale wiedziała, że jest lekko wrażliwy na punkcie swojej normalności. A normalność przecież nie jest wcale taka zła.
Zresztą, czy ktokolwiek jest normalny? Co oznacza bycie normalnym?
- Dajcie spokój – westchnęła. – Pobawmy się w coś – zaproponowała, a blaszana osłona znikła z jej ramion.
Mieli jedną, ulubioną zabawę, która sprawdzała się w każdej sytuacji. Zwana potocznie Hydraulikami, pozwalała im poczuć się przed moment jak super bohaterowie, jak ich rodzice. Lexie pobiegła do garażu i wyciągnęła niezbyt długie, metrowe, grube kije, które zastępowały im broń. Weszli na jedno z drzew w ogrodzie, a Devlin udał, że patroluje okolice przed lornetkę, przykładając na wpół rozchylone pięści do oczu.
- Ufozbiry na trzeciej! – krzyknął. – Musimy atakować.
Ken wziął do rąk kij i udał, że naciska spust, wydając z siebie nieludzkie dźwięki. Zeskoczył z drzewa, a zaraz za nim Lexie, kopiąc powietrze. Tam, gdzie dla obserwatora była pustka, dla nich stał okropny kosmita, którego trzeba było pokonać.
*
Catty dopiła kawę i powoli zaczęła zbierać się do wyjścia. Daya siedziała na kanapie, bawiąc się swoją maskotką. Uparcie wpatrywała się zielonymi oczami w arachnomałpe, rozciągając się, tuląc i gryząc na zmianę.
- Muszę iść, może Ben już wrócił – powiedziała, wstając. Gwen też się podniosła, odprowadzając znajomą do ogródka. Tak jak się spodziewała, dzieciaki były brudne, spocone, lekko podrapane, ale chyba zadowolone.
Pochowani za drzewami, zakrętami, krzakami, co jakiś czas wychylali się, strzelając do widocznego tylko dla nich wroga, krzycząc przy tym przeraźliwie.
- Ken, idziemy do domu – oznajmiała Catty spokojnie. Zza krzaku porzeczek wychyliła się czerwona od wysiłku twarz syna.
- Ale już? Mamo, musimy pokonać Nadistotę, inaczej Ziemia zostanie zniszczona! Nie rozumiesz powagi sytuacji.
Catty wywróciła oczami.
- Skończ. Musimy jeszcze podjechać do biblioteki, a tata niedługo wróci.
Lexie podeszła do cioci i kucnęła przy małej, dwuletniej dziewczynce, stojącej tuż pryz mamie. Spojrzała na nią z lekkim uśmiechem, odsłaniając krzywe, ostre zęby i wierzchem dłoni otarła pot z czoła.
Daya uśmiechnęła się lekko na widok przyszywanej, dalekiej siostrzyczki.
- Jak leci, mała?
Odpowiedział jej jakiś zniekształcony, niezbyt zrozumiały monolog.
- Ken, spieszy nam się, proszę cię.
Chcąc nie chcąc, młody uściskał Lexie i Devlina, porzucając swoją wyimaginowaną bazookę.
- Następnym razem ich pokonamy! – rzucił za nim Devlin, śmiejąc się lekko.
- Pewnie! – odkrzyknął Ken, łapiąc za rękę małą siostrę, stojącą przy mamie. Dwulatka zagaworzyła coś w zrozumiałym tylko dla siebie języku. – Widzimy się niedługo! Cześć, ciociu.
Catty pomachała dzieciakom, ucałowała Gwen w policzek i wyszła, tłumacząc coś synowi.
- Byłabym wdzięczna, gdybyście za każdym razem nie dziurawili spodni przy zabawie – powiedziała z uśmiechem Gwen, przyciągając swoje dwa szczęścia.
- Oj, mamo. Czy ty w czasie walki myślisz, czy podrzesz ubranie czy nie? Na to nie ma czasu.
- Oczywiście – westchnęła. – Tata niedługo przyjdzie, może chcecie budyń?
- Pewnie – odpowiedzieli jednocześnie. Nieraz zdawało im się mówić to samo, w tym samym czasie. Lexie złapała ją za rękę, a Devlin za drugą, ściskając mocno.
- Mamo, nauczysz mnie potem jak namierzać kogoś przed jego rzecz? – spytał Devlin, spoglądając na nią zielonymi oczami.
- Jasne. Będziesz kiedyś kosmicznym mistrzem many, co? – zażartowała.
- Nie. Będę Hydraulikiem. Jak tata.
*
- Tennyson! – krzyknął Kevin, patrząc jak Ben leci bezwładnie w stronę ściany, rzucony przez Orishana. Kto by pomyślał, że pospolity złodziej może być tak silny, żeby dwóch doświadczonych Hydraulików nie mogło sobie z nim poradzić.
- Żyję – jęknął Ben. – Ale czuję, że ten gość nie wie, że z ogniem się nie igra.
Uderzył dłonią w symbol hydraulików na piersi.
- Szlamfajer! – przemienił się w kosmitę, przypominającego wielkie, nieokiełznane pnącza.
Ścigali kosmitę od dłuższego czasu, a ten wciąż się wymykał. Kevin niezbyt kojarzył gatunek, domyślał się, że jego stosunkowo ludźmi wygląd to wynik maski tożsamości albo innej osłony. Był silny, zdumiewająco silny, a oprócz tego potrafił stać się niewidzialny. Kiedy tylko wydawało się, że uda im się go schwytać, rozmywał się i uciekał.
Wyglądał raczej jak człowiek, a jednak był wyższy i bardziej muskularny od przeciętnego Ziemianina. Skórę miał lekko posiniałą, bladą i może trochę niebieskawą, a z szyi wystawały mu dwie gule, które – gdy atakował – błyszczały.
Ben zaatakował, rzucając kulami ognia, ale wróg jak na złość rozpłynął się w powietrzu, a gorący pocisk uderzył w ścianę jakiegoś budynku.
Kevin wchłonął materię ze swojego samochodu, przeobrażając własną rękę w wielki młot. Gdy kosmita pojawił się kilka metrów od niego, natarł, zamachnąwszy się mocno. Kosmita umknął, a Kevin uderzył w beton, pozostawiając wyraźną dziurę.
- Kim ty jesteś i czego chcesz na ziemi? – krzyknął Kevin, obserwując bacznie wroga.
Ten łypnął na niego niemal białymi, pustymi oczami i odsłonił ostre kły.
- Mocy! Macie coś, czego pragnę – wysyczał z niepokojącym obłędem w głosie.
Ben stanął obok Kevina.
- Ty atakuj z lewej, a z prawej – mruknął cicho. Nim zdążyli cokolwiek uczynić, kosmita uciekł.
*
Kiedy bliźniaki się urodziły, była przerażona. Chociaż zdawała sobie sprawę, że będzie ciężej niż przy jednym niemowlaku, to czasami wszystkie obowiązki ją przytłaczały. Zwłaszcza, kiedy okazało się, że nie są zwykłymi dziećmi. Z czasem nauczyła się, jak być matką, ale maluchy rosły. Małe dzieci, małe problemy. Duże dzieci, duże problemy.
Zwłaszcza, kiedy okazało się, że oboje mają talent, iskrę, moc. Jej babcia, Verdona, znów zjawiła się z propozycją zabrania pociech na Anodynę. Odmówiła. Wiedziała, że da radę. Nauczy je nie tylko, jak godnie i sprawiedliwie żyć, ale jak posługiwać się energią.
Cieszyła się, że ma tą dwójkę, mimo wszystkich zmartwień, jakich jej przysparzali. Każdego dnia była dumna.
Dokończyła swój budyń i przejrzała notatki dotyczące swojego projektu. Lexie i Devlin oglądali jakąś kreskówkę, a ona miała chwilę dla siebie. Mimo, że starała się skupić na tekście, myślami była nieobecna. Zastanawiała się, czemu Kevina tak długo nie ma. Zazwyczaj wracał dość szybko, a dziś...
Możliwe, że obcy, którym mieli się zająć był kłopotliwy. Westchnęła i odłożyła notatki, zerkając na dzieciarnię.
Nagle rozległ się huk.
Gwen zerwała się na równe nogi, zerkając na dzieci. Wpatrywały się w nią wielkimi oczami, zaciekawione i trochę zdenerwowane. Są zbyt małe i zbyt głupie, żeby się bać.
- Zostańcie tu, ja pójdę sprawdzić, co się stało – powiedziała, siląc się na uśmiech. – To pewnie wujek Ben znów nie umie wylądować.
Pobiegła po schodach, przeskakując po dwa stopnie na raz. Kto i czego mógłby chcieć od jej rodziny? Wpadła na strych, otwierając okno i wyskoczyła na dach.
Nie pomyliła się. Na dachu faktycznie wylądował niewielki statek, a jednak sprawiał wrażenie niesamowicie dobrze wyposażonego. Technologia może z poziomu szóstego, albo nawet siódmego, a ziemia miała przecież drugi. Właz na dachu statku otworzył się i wysiadł z niego wysoki, niebieskawy kosmita.
- Gwendolyn Tennyson?
Dłonie Gwen zaświeciły na różowo.
- Kto pyta? – spytała głucho. Cholera, gdzie ten Kevin, nigdy go nie ma, kiedy jest potrzebny.
Kosmita przypominał nieco człowieka. Miał może niecałe trzy metry, był szeroki w ramionach i dobrze umięśniony. Jego skóra przypominał odcieniem niebo w zimowy poranek – była blada, niemal sina, jednak gdzieniegdzie zdawała się być lekko błękitna. Dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się, Gwen zauważyła, że miała rację – wszędzie były plamy, mieszające się ze sobą, przenikały się nawzajem. Przez chwilę pomyślała, że wygląda jak martwy. Wyglądu upiora dodawał mu brak włosów, brwi czy rzęs.
Miał długą szyję, a tam, gdzie u ludzi są węzły chłonne, u niego były wielkie, bladoniebieskie gule.
Łypnął na nią białymi oczami.
- Gwendolyn Tennyson? – powtórzył swoje pytanie, krzyżując ramiona na piersi. Miał wielkie dłonie, może trzy razy większe od zwykłego człowieka.
- Kim jesteś i czego chcesz? – krzyknęła Gwen, unosząc ostrzegawczo dłonie otoczone maną.
- Potrzebuję twojego sprzętu. Oddaj go, a odlecę i zostawię cię w pokoju.
Gwen zamrugała zdezorientowana. Jakim cudem dowiedzieli się o jej projekcie? Nikomu nic nie mówiła, nawet Kevin nie wiedział zbyt dużo, żeby nie zapeszyć. Nie to było jednak teraz jej największym zmartwieniem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jej genialne urządzenie, jak nazywała je w myślach, może posłużyć też wrogowi. Gdyby ktoś znów chciał zagrażać ziemi, wystarczyłby mu jeden żołnierz i odrobina jego krwi i wiele, wiele, wiele, wiele naciśnięć tego samego guzika. Gdyby wpadł w niepowołane ręce...
Nie atakowała, na razie nie było sensu, musiała tylko na chwilę go czymś zająć. Utworzyła długi strumień mocy, złapała wroga i rzuciła nim o drugi koniec dachu. Nim zdołał się podnieść, ona wskoczyła  z powrotem do okna, zbiegła po schodach i rzuciła się do swojego gabinetu.
Klucz prawie wypadł jej z trzęsących się rok, gdy usiłowała otworzyć drzwi. Nie tracąc czasu, uderzyła mocą w drzwi. Wypadły z zawiasów, runęły na ziemię z wielkim hukiem. Wyjęła z szuflady małe urządzenie i z całej siły rzuciła nim o podłogę.
Maszyna roztrzaskała się na drobne część. Zębatki, łańcuchy, kabelki poleciały po całym pokoju, wpadając pod szafki, regały i biurko. To, co widziała, uniosła za pomocą many i rozgniotła.
Jeszcze notatki na stole! Rzuciła się biegiem do kuchni, gdzie zostawiła wszystkie papiery. Słyszała, że kosmita – kimkolwiek był – próbuje dostać się do środka. Z miejsca, w którym był, nie widział małego okienka strychu. Wpadła do środka, zdyszana, czerwona i zdenerwowana i podarła wszystkie kartki.
- Mamo? – Devlin stał tuż przy niej, zdumiony, może trochę zaniepokojony. – Co się dzieję?
- Problemy – odparła Gwen, rzucając resztki papierów do kosza. Były tak postrzępione, że nawet najlepszy detektyw nic by z nich nie odczytał. – Proszę cię, zajmij się siostrą, ja załatwię sprawę i do was wrócę.
Devlin skinął z powagą głową i spojrzał na Lexie, która kuliła się na kanapie, starając się skupić na oglądaniu przygód jakiegoś zwierzaka.
- Będę o nią dbał – mruknął, przytulając się do mamy. – Uważaj na siebie, mamo.
- Zaraz będę z powrotem – obiecała Gwen.
Na górze znów rozległ się hałas. Wielki odłamek dachu spadł, udostępniając kosmicie wejście do środka. Widziała, że Devlin zbladł lekko.
- Dam radę, obiecuję – powiedziała pewnie. – Idź do siostry. Gdybym długo nie wracała, idźcie do babci.
Pobiegła na górę, zastając kosmitę na strychu wśród pudeł i siatek pełnych starych, niepotrzebnych rzeczy.
- Więc? Gdzie maszyna, Anodytko? – syknął.
- Nie ma. Zniszczyłam, nic ode mnie nie dostaniesz – odparła pewnie, atakując. Chociaż zdążył uchylić się przed kulą mocy, to celny kopniak wyćwiczony na długich godzinach zajęć karate, trafił prosto w brzuch. Zgiął się w pół, wydając zduszony okrzyk bólu.
- Wynoś się stąd! – krzyknęła, ponownie nacierając.
Tym razem kosmita był górą. Złapał ją i wykręcił ręce. Nie miał z nim szans, był znacznie wyższy i nieporównywalnie silniejszy.
- Zniszczyłaś? – powtórzył. – Szkoda. Mogłaś dać mi to twoje cacko i żyć dalej spokojnie. A tak? Zbudujesz nowe.
- Chyba śnisz – Gwen splunęła mu w twarz.
- I nie tutaj, tylko na mojej planecie, Gwendolyn Tennyson.
- Zmuś mnie – warknęła, nadal bezskutecznie się szarpiąc. Kosmita uśmiechnął się przebiegle i gestem wskazał drzwi,
Dwaj, podobni do niego, a jednak nieco drobniejsi, kosmici, z cerą równie plamiastą jak u swego przywódcy, ściskali w ramionach jej dzieci. Wstrzymała oddech. Chociaż oboje próbowali się wyrwać, walczyć, to przecież niemieli szans. Lexie rozpaczliwie poszukiwała czegoś do absorbcji, a Devlin na razie czekał, czekał na odpowiedni moment, by zaatakować. Kto by pomyślał, że ma w sobie coś ze stratega, zwykle był bardziej jak Kevin z jego myśleniem pięściami zamiast głową.
Gdzie do cholery jest Kevin?
- Spróbuj się stawiać, to... – zawiesił głos i mrugnął do drugiego z podwładnych.
Uderzył Lexie w głowę, jedną ręką wciąż ją przytrzymując. Dziewczynka krzyknęła cicho, tłumiąc łzy.
- Zostaw ją! – krzyknęła żałośnie Gwen. – Zostaw moje dzieci! Polecę z tobą, draniu, tylko zostaw moje dzieci w spokoju. Zrobię, co zechcesz.
Kosmita uśmiechnął się.
- I tego oczekiwałem, Gwendolyn Tennyson. Ale wiem, że na statku będziesz coś kombinować, więc twoje ukochane dzieci też polecą z nami.
- Nie! Zostaw je! Puszczaj! – Gwen wydobyła z siebie siłę, o której nie miała nawet pojęcia. Ręce zabłysły na różowo, parząc przeciwnika. Wyskoczyła z jego ramion, lądują z hukiem na podłogę. Dwie kule poleciały w stronę tych dwóch sług, przewracając ich.
- Na dół! Do piwnicy i nie wychodźcie! – krzyknęła. – Zamknijcie się od środka!
Nim Lexie zdążyła jakkolwiek zareagować, Devlin złapał ją za rękę, posyłając matce ostatnie, pełne strachu spojrzenie i pociągnął siostrę na dół, zbiegając po schodach.
Gwen działała, niewiele myśląc. Wysyłając płaskie, ostre krążki z many, które natrafiały w nieudolnie zasłaniającego się potwora, zbliżała się do niego coraz bardziej. Grać na zwłokę, póki Kevin się nie pojawi. Miał być za godzinę... Jeśli został jeszcze z jej kuzynem na koktajlach, zamierzała go osobiście ukatrupić. Kosmita wyjął z kieszeni niewielką kule, migająca na zielono.
Bomba dymna!
Gwen pobiegła na schody, potykając się o schodach. Poczuła tylko, że spada w dół, uderzając o stopnie. Krzyknęła, próbując złapać poręcz maną, ale zamiast się jej uchwycić, tylko ją roztrzaskała. Zatrzymała się pod ścianą, obolała, czując, jak każde uderzenie pulsuje bólem.
Ze strychu wydobywały się kłęby dymu. Domyślała się, że przeciwnicy wyskoczyli przez dach. Chciała się podnieść i wezwać Kevina, gdy nagle kawałek ściany przy niej zniknął, pozostała tylko wyrwa z widokiem na ogród.
- Myślałaś, że zwiejesz? – kosmita był już przy niej. Uderzyła go z całej siły i uciekła do kuchni, w pośpiechu szukając telefonu. Gdzie ta przeklęta komórka?
- Jeszcze krok, a odstrzelę mu głowę – usłyszała.
Kosmita jedną ręką przytrzymywał Devlina, a drugą celową w jego głowię  z lancy laserowej. Gwen przymknęła oczy i uniosła dłonie w geście poddania.
- Mądra kobieta – stwierdził kosmita.
Zanim zaprowadzili ją na statek, zdążyła wziąć tylko jedną rzecz. Zdjęcie sprzed trzech lat, ona, Kevin i dzieci. Aż do chwili, gdy wsiadła na podkład statku wierzyła, że mąż zjawi się jakimś cudem.
Kevin nadal się nie pojawiał.
Opadła bez sił na fotel pasażera, próbując wymyślić plan. Dzieci stały w pobliżu niej, przestraszone, nie rozumiały, co się dzieje. Szukała jakiegoś włazu, czegokolwiek, a jednak nie widziała nic, za pomocą czego mogłaby się wydostać z tej przeklętej pułapki. A potem było już za późno.
- Mamo – Lexie bąknęła cicho, patrząc na nią oczami pełnymi łez. – Mamo...
- Będzie dobrze, kochanie – powiedziała pewnie, starając się przekonać nie tylko dzieci, ale też siebie.
*
Kevin dojeżdżał powoli do swojej dzielnicy. Domyślał się, że Gwen będzie wściekła, miał być za godzinę, a tymczasem nie było go aż trzy. Kosmita okazał się wyjątkowo uciążliwy, szukali go wszędzie, a on i tak umknął.
Nazywał się Jade i pochodził z dalekiego, małoważnego układu. Z tego, czego się dowiedział, miał bardzo oryginalne ambicje – podbicie świata. Czy wszyscy wrogowie mają bzika na punkcie potęgi? Nie miał dużej armii, a jednak wciąż powtarzał, że jego sen się spełni. Czego poszukiwał na ziemi?
Ujrzał swój dom i zamarł, zapominając o wszystkim. Zajechał z piskiem opon na podjazd i wysiadł, rozglądając się przerażony.
Wielka wyrwa w dachy, dym unoszący się ze strychu, wyważone drzwi, fragment ściany leżący pod domem, co tu się stało?
- Gwen! – krzyknął, wbiegając do środka. Ślady walki, poręcz na podłodze, uszkodzone schody, drzwi do piwnicy roztrzaskane. – Devlin! Lexie!
Nic mu nie odpowiedziało.
Przerażony przeszukał cały dom, usiłując znaleźć cokolwiek, kogokolwiek. Nikogo już nie było. Wyczerpał limit błędów i pomyłek? Przeklną sam siebie. Rano myślał, ze w jego życiu większość spraw się ułożyło. Zdaje się, ze popieprzony świat zamierzał mu pokazać, co tak naprawdę znaczy cierpieć.
- GWEN! – krzyknął po raz ostatni. Cokolwiek się stało, musiał ich odzyskać.
Jego idealny dzień zaczął przypominać najgorszy koszmar.