Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak wytresować smoka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak wytresować smoka. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2016

Nic do stracenia 6: Oferma (Jak wytresować smoka/Jak wytresować smoka 2)

            Czkawka czuł, jak huczy mu w uszach, gdy przekroczył granice wioski Berk. Szedł sztywno, rozglądając się głupkowato. Świtało. Spróbował rozciągnąć ramiona i zachowywać się tak, jak zachowują się tutejsi chłopcy. Jeszcze bardziej zesztywniał. Gdy w jednym z domów otworzyło się okno i wyłoniła się gigantyczna broda, a zaraz za nią wiking, aż podskoczył. Spróbował pomachać, przecież chodzi o to, żeby być miłym, ale broda zupełnie go zignorowała.
            Szedł pod kuźnię, do Pyskacza. Obiecał, że będzie pomagać, ale w głębi serca czuł, że zupełnie się do tego nie nadaje. Nic nie wiedział o wykuwaniu broni. A do tego to miała być broń na smoki. Aż się wzdrygnął. Jak miał spojrzeć w oczu jednemu z podopiecznych matki po całym dniu tłuczenia włóczni do ubijania?
            Bez trudu odnalazł kuźnię. Z komina unosił się brzydki, czarny dym. Czkawka zadarł wysoko głowę, ale chmury gęsto spowijały niebo. Przyszło mu na myśl, czy nad wyspą kręcą się jakieś smoki.
            Zajrzał przez otwór w drzwiach. W środku było ciemno i parno, na rozgrzanym piecu błyskały kawałki wypolerowanego metalu. Niektóre były już gotowe, przypominały groty do włóczni albo do strzał. Ze ścian zwisały wielkie młoty, na widok których Czkawce zrobiło się słabo.
            Prawie palnął się w głowę. Zapragnął zawrócić. On z wikingami? On z brodatymi mięśniakami? Byle szczyl był tutaj dwa razy większy od niego. Przecież złamie kręgosłup, jeśli spróbuje podnieść taki młot!
            - No, jesteś!
            Pyskacz wystawił głowę z okna i machnął do niego serdecznie. Czkawka rozejrzał się panicznie, jakby zastanawiając się, czy już zacząć wiać, ale w końcu przekroczył próg i odetchnął głęboko.
            Stało się. Został (prawie) kowalem w wiosce Berk.
            - Chyba nie jesteś stąd, co? – Pyskacz obrzucił go krótkim spojrzeniem.
            - Aż tak to widać? – Czkawka nerwowo potarł dłonie o uda.
            - Do naszych brakuje ci jakieś siedemdziesiąt kilo! – zarechotał Pyskacz i klepnął młodego w plecy tak, że tamtym prawie zakręciło. – Nie będziesz miał tu łatwo, dzieciaku.
            Czkawka rozmasował obolałe ramię.
            - Chodzi o tamtego… Słoika?
            - Stoika! – huknął Pyskacz. – Wodza to ty szanuj! To nie tylko dobry wiking, ale i mój stary przyjaciel. A jaki wojownik! Na piątą wiosnę swojego życia ukręcił smokowi łeb.
            - I to się chwali? – zapytał z przerażeniem Czkawka, a Pyskacz spojrzał na niego jak na głupiego.
            Wszystko robię źle, jęknął w myśli Czkawka.
            - Chyba mnie nie lubi…
            - Nie to, żeby cię zaraz nie lubił… Pocieszną masz mordę, to i czemu miałby cię nie lubić. Rzecz  w tym, że ociupinę źle mu się kojarzysz.
            - Źle mu się kojarzę? – powtórzył kwaśno Czkawka.
            - Nie miej mu za złe – Pyskacz pochylił się nad piecem i dołożył tyle drewna, że aż buchnęło, gdy żywica się zajęła. Kuźnię wypełniał przyjemny zapach palonego drzewa. – To przez twoje imię?
            - Imię mam nie takie? – obruszył się Czkawka. – No chyba z denka przesada… Nie moja wina przecież.
            - Stoik miał syna o tym imieniu – wyjaśnił cicho Pyskacz. – Nie mówi się tutaj o tym, ale to był dla niego straszny cios. To sprawka smoków.
            Czkawka rozdziawił usta. Syn wodza zabity przez smoki? Wzdrygnął się i spróbował sobie wyobrazić jak to wyglądało. Pewnie tamten był podobny do ojca – wielkie, rudy i krzepki. Też ukręcał smokom łby albo bawił się ich kośćmi już w kołysce. Wikingowie są pamiętliwi, to wiedział na pewno. Jak miał ich przekonać, że smoki wcale nie są takie złe, skoro nad wioską wisiało widmo Martwego Czkawki?
            - To było dawno… ale nam wszystkim wciąż żal dzieciaka – dodał Pyskacz. – Zrób nam wszystkim przysługę i nie pytaj nigdy o Czkawkę.
            - Jaa-a-asne – westchnął właściwy Czkawka. Lepiej być nie mogło. Wkurzał wodza samym swoim nazwiskiem. – Czy to dlatego on jest… taki?
            Pyskacz zmarszczył wielkie, krzaczaste brwi.
            - A myślisz, że taka rana kiedykolwiek się goi? Idź mi przynieś drewna!
            Czkawka, chcąc nie chcąc, powlókł się na tyły kuźni, do drewutni. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mu myśl o Tamtym Czkawce. Syn wodza, zapewne bohater, ile mógł mieć lat? Skoro ojciec tak rozpamiętywał jego śmierć, musiał być dzielny na miarę wikinga… Westchnął ciężko. Te waśnie – smoki, wikingowie – zdawały się być tak głębokie, że aż niemożliwe to załagodzenia. A on bardzo chciał tutaj zostać…
            Położył palik na wielkim pniu i sięgnął po siekierę. Była tak wielka, że aż go przeciążyła i niebezpiecznie przechylił się na lewo. Pięknie, po prostu pięknie. Spróbował się zamachnąć, ale nie wycelował i ostrze tylko drasnęło palik, wbijając się głęboko w pieniek. Czkawka zaklął po cichu i spróbował odzyskać siekierę; nic z tego. Weszła na amen. Zaparł się nogami i spróbował ją wyszarpać. Też nic. Tylko się przewrócił i poleciał na plecy.
            Runął tyłem, aż zobaczył dziwnie dużo gwiazd na jasnym niebie. Znienacka usłyszał wolne, kpiące klaskanie. W pierwszej chwili nie wiedział, czy ktoś bije mu brawo, czy może w uszach coś mu się poobijało.
            Odchylił głowę i zobaczył Astrid. Patrzyła na niego jak na niegroźnego idiotę.
            - Ale z ciebie oferma – rzuciła i przeszła mu nad głową.
            Czkawka gapił się z zachwytem na gruby warkocz i ładne nogi. Pomyślał, że nikt nigdy nie powiedział mu czegoś tak kochanego.
            Astrid chwyciła drąg od siekiery i jednym ruchem wyrwała siekierę z pnia.
            - O to chodziło? – sarknęła i podała ją Czkawce. A raczej zawiesiła niebezpiecznie blisko jego gardła. Chłopak przełknął ślinę i uśmiechnął się nieszczerze.
            - Ano o to… A bo ty silna jesteś widzę, nie, no to się chwali, jak kobieta, bo, w lesie nie, tutaj takie odludzie trochę, no to silna kobieta się chwali, co nie, przydaje się – wyrecytował, podnosząc się niezdarnie.
            Astrid zmrużyła oczy.
            - Z ciebie to jednak jest oferma. Ciekawa jestem, jak sobie poradzisz ze smokami – prychnęła i odwróciła się, zarzucając pięknym, złotym warkoczem.
            - Zobaczysz, jestem świetny… ze smokami!
            Astrid odwróciła się i spojrzała na niego spod rzęs. Czkawka aż westchnął. Ależ ona była cudowna!
            - Wiesz, że tutaj, jak nie zabiłeś smoka, to nic nie znaczysz?
            Czkawka aż zamarł.
            - GDZIE DO DREWNO, DO STU DIABŁÓW?
            Astrid uśmiechnęła się pod nosem.
            - Pyskacz jest trochę grubiański, ale idzie się przyzwyczaić.
            - Taaak… Trochę…

            

14 lipca 2015

Nic do stracenia 5: Polowanie na smoki (Jak wytresować smoka/Jak wytresować smoka 2)




            Czkawka próbował rzucić się na wodza i go powstrzymać, ale zanim zdołał cokolwiek zrobić, rośli Wikingowie zastąpili mu drogę i nie pozwolili przejść. Astrid szarpnęła go za rękę i odciągnęła.
            - Nie do wiary, że zaraz na początku podpadłeś Stoikowi!
            Czkawka wzruszył ramionami, oburzony i skołowany. Jak to polować na smoki?
            Ledwo pamiętał resztę dnia; Astrid chyba pokazała mu wioskę i kilka razy przezwała, gdy jej nie słuchał. Myślami był już gdzie indziej – przytulna wioska Berk wydała mu się nagle rzeźnią. Nie umiał sobie wyobrazić ubijania smoka – na myśl, że ci ludzie mordowali tylko ze strachu, robiło mu się słabo. Astrid pokazała mu kuźnię Pyskacza, a on nawet nie zwrócił na nią uwago. Musiał jak najszybciej porozmawiać z matką.
            - Muszę iść! – zawołał, wybiegając z kuchni.
            - Niby gdzie? – spytała Astrid cierpkim tonem. Czkawka zauważył, że na wszystkich była cięta – a na obcych szczególnie.
            - Ja… - zająknął się, rozpaczliwie próbując wymyślić byle jakie kłamstwo. – Rozbiłem obóz! W lesie!
            - W lesie?
            - Jakąś mile od tamtej polany, gdzie się spotkaliśmy – skłamał. – Ognisko zostawiłem i w ogóle, wiesz, może jakieś dzikie zwierzę czy coś pożre mój prowiant, no, niby już nie podróżuje, nie będę potrzebował prowiantu, bo przecież będę tu, u was, ale wiesz, prowiant to jednak prowiant, może się przydać od czasu do czasu!
            - Prowiant? – powtórzyła chłodno Astrid.
            - No, muszę koniecznie lecieć. Żaden, absolutnie żaden!, doświadczony podróżnik nie zostawia obozu bez opieki!
            - A ty oczywiście jesteś doświadczonym podróżnikiem? – zakpiła Astrid.
            - Będę jutro o świecie! – krzyknął jeszcze Czkawka, pędząc przez świerkowy las.
            Biegł tak szybko, że brakowało mu tchu. Przeskoczył nad leśnym strumieniem i o mało nie wpadł w kłujące osty. Pamiętał drogę; minął znajomą polanę, przemknął między drzewami i… odetchnął z ulgą, widząc, że jego stary przyjaciel wciąż drzemie w cieniu drzew.
            Przez cały szaleńczy bieg wyobrażał sobie włócznie powbijane w łuskowate cielsko, pysk spętany sznurem, połamane skrzydła… Wzdrygnął się na samą myśl
            - Cześć, staruszku – jęknął słabo, a smok dmuchnął mu ciepłym dymem w twarz.
            Czkawka opadł ciężko na ziemię, wyciągnął się i przetarł dłońmi twarz! Polowanie na smoki! W głowie się nie mieści!
            Matka przestrzegała go, że wikingowie nie zawsze rozumieją surowe piękno smoków i że często boją się nieznanego, ale nie spodziewał się, że ktokolwiek śmiałby tknąć smoka..
            Podrapał towarzysza po chropowatej skórze.
            Nie mógł pozwolić, by taka sytuacja dalej trwało – poczuł się odpowiedzialny za wszystkie smoki i za ludzką głupotę. Jutro będzie musiał porozmawiać z wodzem Berk – nieważne, jak wielkim był gburem. Musiał go przekonać, że to agresja budzi agresje. Był rozpalony do działania – jego mama nazywała to marzeniem o zbawieniu świata.
            Tak zależało mu na jak najszybszym powrocie do domu, że przez cały lot niecierpliwie się kręcił i wypatrywał znajomej, oblodzonej wyspy. Zeskoczył z grzbietu smoka i popędził w stronę groty, która służyła im za dom. Jego matka uporała się z wilgocią i grzybem, wydzieliła nawet kilka pomieszczeń, sama wyciosała meble; z nędznej jaskini wyczarowała całkiem udane mieszkanie.
            - Mamo…? – zawołał Czkawka.
            Valka wychyliła się zza skórzanej zasłony, cała ukurzona i zdyszana. Czkawka mógł się założyć, że pracowała w ogrodzie.
            - Gdzieś ty się podziewał? Małe gronkiele spaliły mi siedem grządek!
            Czkawka czasem miał wrażenie, że żyje w wielkim smoczym gospodarstwie.
            - Latałem – odparł wymijająco Czkawka.
            - Gdzie? Tak długo? – matka mechanicznie zadawała pytała, jedną ręką trzymając metalowy kubek z miętą, a drugą przerzucając ścierki w starym kufrze.
            - Straciłem poczucie czasu, przecież wiesz, jak to jest… wiatr we włosach, ta bezgraniczna wolność, takie to wciągające i nie sposób…
            - Coś gadasz od rzeczy, Czkawka.
            - Mamuś, bo.. przelatywałem nad taką wyspą…
            Czkawka mógłby przysiądź, że mama momentalnie zbladła.
            - Jaką wyspą?
            - Wiesz, wyspa, jak wyspa. No, drzewa, ptaszki, mieli mnóstwo owiec. Setki, nie tysiące! Owcza wyspa, prawie, co nie? I całkiem miła wioseczka, parę chat, no, bardzo przyjemnie, mówię ci!
            - Doprawdy?
            - Może byśmy ich odwiedzili? – zaryzykował. Nie zamierzał mówić jej, że sam już odwiedził wioskę. Chciał najpierw wydać, jak zareaguje.- Pokazali im smoki?
            - Co? – Valka spojrzała na niego zdumiona. – Czkawka…!
            - Wciąż się tu chowamy!
            - Ja się przed nikim nie chowam! Nie masz pojęcia, o czym mówisz! Próbuję chronić ciebie… ciebie i smoki!
            - O, nie wiedziałem, że ziejące ogniem olbrzymy potrzebują ochrony! – wypalił ze złością Czkawka. Nawet go nie wysłuchała!
            - Nie zdajesz sobie sprawy, do czego zdolny jest człowiek!
            - Bo ludzie się boją! – Czkawka wyrzucił ramiona w górę i klasnął w ręce. – Mamo, ale gdyby zobaczyli, gdybyś im pokazała… zrozumieliby!
            - Nie zrozumieliby – upierała się Valka. – Uwierz, wiem to.
            Czkawka spojrzał na nią z wyrzutem; zobaczył tylko twarde, nieustępliwe spojrzenie. Zacisnął mocno zęby, odwrócił się i wyszedł bez słowa. Dobrze, że nie przyznał się do swojej wycieczki. Skoro mama robiła awanturę o byle co, to urwałaby mu głowę za spotkanie z wikingami.
            Ale trudno! Z jej pomocą, czy bez, Czkawka i tak zamierzał jutro wrócić do Berk. Z samego rana zostawi mamie skruszony list z przeprosinami i informacją, że musi polatać, by ochłonąć i poleci na spotkanie z Astrid. Zapowiadało się, że naprawdę zostanie kowalem. 
___________________________________
Wyszło krótko, z czego jestem średnio zadowolona, a w następnym rozdziale, jak Czkawka poradzi sobie w Berk :) A już niedługo pojawi się najfajniejsza postać z filmów - Szczerbatek <3
Pozdrawiam! 

14 czerwca 2015

Nic do stracenia 4: Wioska Berk (Jak wytresować smoka/Jak wytresować smoka 2)



            Stoik miał zły dzień.
            Właściwie, od trzynastu lat miał same złe dni. Nieważne, co się działo – on i tak był wściekły i zniechęcony. Nie znosił świata odkąd odebrano mu największy, najcenniejszy skarb  - ukochaną żonę i pierworodnego syna.
            Dokładnie pamiętał  koszmarny moment, gdy wpadł do na wpół spalonej chaty i ujrzał odlatującego smoka, który zabił i pożarł dwie osoby najbliższe jego serca. Krzyczał za nim, nawet rzucił się do biegu i pędził tak długo, aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, zanim pobratymcy z Berk go odnaleźli – klęczał w lesie i wył, przeklinając siebie i przeklęte smoki.
            Przez pierwsze miesiące cierpiał tak bardzo, że nawet nie umiał się normalnie funkcjonować. Jego ukochana siostra, Kaszka, dzień w dzień przynosiła mu obiad – czasem bigos, rzadziej rybę albo cienką zupę kartoflaną – i wmuszała przynajmniej kilka łyżek.
            - Jakbym nie miała dość kłopotów z własnymi dzieciakami, to mam jeszcze ciebie na głowie! – gderała, ale gdy podnosił na nią zamglony, nieszczęśliwy wzrok, natychmiast miękła: - No już, Stoik, Valka nie chciałaby, żebyś się tak zamęczał.
            - Jesteś wodzem, do diabła! – przypominał Pyskacz, wtaczając się do chaty wodza jak do swojej. Zatrzasnął metalową nogą drzwi i zasiadł przy stole. – Co to za wódz, co tylko siedzi i siedzi?! Powiedz, Stoik, co to za wódz?
            - Żaden – odparł Stoik grobowym tonem.
            - Nie możesz być żadnym wodzem! Weź się w garść, chłopie, weź się w garść.
            Któregoś dnia zrozumiał, że bez przywódcy osada jest skazana na ruinę. Ludzie zaczynali skakać sobie do gardeł, bo nie mieli nikogo, kto by ich zjednywał. Brakowało twardej ręki, która uczyniłaby ich posłusznymi.
            Berk potrzebowało Stoika, a Stoik potrzebował zajęcia, by nie zwariować z tęsknoty. Pracował jak wół – zaczął odbudowywać wioskę po ostatnim tragicznym pożarze, a potem rozpoczął krucjatę zemsty. Nie zamierzał odpuścić żadnemu smokowi; zorganizował wojowników i zamierzał wytępić każde bydle, co do jednego.
            Tego dnia doszły go wieści, że daleko, na zachodzie wyspy gnieżdżą się smoki.  Jeden z pasterzy pracujących przy wypasie owiec przybiegł przerażony z wiadomością, że widzieli cztery młode smoki. Stoik już szykował topór.
            Zwerbował siedmiu najbardziej zaufanych ludzi z Pyskaczem na czele. Przyjaciel, choć kaleki i z rubasznym poczuciem humoru, był niezastąpiony i Stoik nie wyobrażał sobie bitwy bez jego wsparcia.
            - Wodzu! – usłyszał, gdy szykowali się do wymarszu.
            Z daleka poznał jaśniutką główkę małej Astrid – które nie cierpiała, gdy nazywało się ją małą. Stoik naprawdę ją lubił; była bystra, utalentowana i bardziej zadziorna niż niejeden chłop. Astrid zawsze była poważnym i kłótliwym dzieckiem, ale przy tym była wcale nie głupia. Zawsze domagała się, by pozwolono jej dołączyć do polowania na smoki. Póki co, pomagała w gaszeniu pożarów.
            - Nie, Astrid – zaczął, jak zwykle. – Nie możesz z nami iść, jesteś jeszcze za młoda…
            - Ja nie o tym – ucięła i wskazała ruchem głowy na chudzinę, która wlokła się za nią z oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia i zachwytu. – Znalazłam go w lesie, szuka zajęcia.
            Chłopaczyna był mizerny, chuderlawy i rozczochrany. Stoik od razu zauważył, że jest nieprzytomny i rozkojarzony. Gdzie takiego marzyciela do jakiejś roboty?, pomyślał kwaśno. Owce mu uciekną, bo nie przypilnuje, w kuźni jeszcze rękę sobie zmiażdży, bo będzie myślał o niebieskich migdałach.
`           - Ktoś ty? – spytał sucho. Spieszno mu było do wymarszu.
            - Ja? – Chłopiec sprawiał wrażenie, jakby dopiero się przebudził. – Czkawka.
            W tamtym momencie Stoik znienawidził przybysza. Zacisnął żeby i ściągnął brwi; nie chciał już nawet na niego patrzeć. Czkawka? Czkawka? Czkawka? Na bogów, dlaczego ze wszystkich imion świata, nazwali tego chłopca, tak, jak jego syna? Jego zmarłemu synowi.
            - Wodzu, on szuka…
            - To niech szuka! – odkrzyknął Stoik, odwracając się bez wyjaśnień.
            Fuknął i odszedł. Czkawka. Też coś! Na wyspie powiadano, że fantazyjne – to znaczy głupie – imiona odstraszają gnomy, trolle i wszelkie paskudztwa, które mogły się przyplątać do dzieciaka. To Valka zdecydowała, że ich syn będzie miał na imię Czkawka. On chciał Brodzika.
            - Stoik – Pyskacz położył mu ciężką łapę na ramieniu. – Weź tak nie zostawiaj młodego, przecież nie jego wina, że przypomniał ci…
            - Nic mi nie przypomniał! – Stoik strącił dłoń przyjaciela. – Jak chcesz, to bierz go na czeladnika, ale na pierwszy rzut oka widać, że to ciamajda, jakich mało!
            - Hej! – oburzył się obcy, cały czerwony ze wstydu i upokorzenia.
            Pyskacz wydął usta i zlustrował wzrokiem chłopca. Wydał mu się sympatyczny, ot wyrostek z piegami i chudymi ramionami, dobrze mu z oczu patrzyło. Patrzył na Stoika z niechęcią; Pyskacz łatwo się domyślił, że nie przywykł do takiego traktowania.
            - Znasz się na broni? Na jakiejś robocie się w ogóle znasz? – spytał krótko.
            - Coś tam – mruknął Czkawka, drapiąc się po karku.
            - Byłeś kiedyś w kuźni?
            - Nie całkiem.
            - A na kowala się nadajesz?
            - No w sumie.
            Pyskacz uniósł brwi; chłopak zachowywał się, jakby nigdy nie był wśród ludzi.
            - Pyskacz, ruszaj się! – Stoik czekał na czele gromady kilku rosłych wikingów z maczetami i świeżo naostrzonymi włóczniami. – Wyruszamy na polowanie!
            Pyskacz westchnął cicho.
            - Bądź u mnie jutro przed świtem i zobaczymy, z jakiej gliny jesteś zrobiony – rzucił do Czkawki i odszedł.
            Usłyszał jeszcze, jak chłopiec pyta, na co będą polować.
            - Na smoki – odpowiedziała Astrid lodowatym tonem.
            - Na smoki?! – wrzasnął Czkawka tak głośno, że cała osada go usłyszała. 
__________________
Mój Boże, jak gorąco! Po prostu patelnia. 
Niby lubię lato, ale przy takiej temperaturze momentalnie dostaję migreny, a jeszcze wybieram się na festyn rodzinny, gdzie pewnie nie będzie nawet skrawka cienia. Życzcie mi powodzenia w loteriach, może coś wygram? W zeszłym roku wróciłam z temperówką i ołówkiem :)

15 lutego 2015

Nic do stracenia 3: Najładniejsza dziewczyna na świecie (Jak wytresować smoka/Jak wytresować smoka 2)


            Astrid miała serdecznie dość; była tak wściekła, że najchętniej urżnęła by łeb smokowi. Albo dwóm. Trzem. Jak najwięcej! Byle tylko wyplewić tą przeklętą zarazę! Ostatnie dwa tygodnie pracowała razem z rodzicami, by odbudować piętro domu. Przybyła tyle gwoździ, że nawet nie potrafiła zliczyć. Kilka dni temu cały ich trud poszedł na marne, gdy rozpalony Koszmar Ponocnik zwalił się na ich dach. Nie zdołali ugasić pożaru przed długie godziny.
            Z samego rana pobiegła do lasu ze starym toporem. Ojciec od dawna go nie używał, sprawił sobie nowy, a broń rdzewiała w zapomnianym kącie stodoły. Zwinęła go i odnowiła, dodała nawet miękką skórę na rękojeści. Potrafiła godzinami nic wymachiwać, wyobrażając sobie, że naprawdę jest w akcji. Nawet gdy ręce mdlały jej z wyczerpania, zagryzała zęby i po raz kolejny podnosiła topór.
            Nigdy się nie poddawała.
            Odpuściła dopiero, gdy omal nie wypuściła topora na stopę. Usiadła na starym korzeniu, skrzyżowała ręce, założyła nogę na nogę i odpoczywała, wdychając wilgotne leśne powietrze. Pot powoli wysychał, a ona odzyskała siły - już miała wrócić do ćwiczeń, gdy usłyszała trzask łamanej gałęzi.
            Gwałtownie otworzyła oczy i chwyciła topór.
            Ktoś z wioski? Dzikie zwierzę? Smok? Obcy?
            - Kto tam?! – wrzasnęła. Nawet jeśli to jakiś zwierzak, może uda jej się go przepłoszyć. Wycelowała topór w drzewo i czekała.
            Zza pnia wychylił się chudy, niski chłopak z brązowym futrze i skórzanych spodniach. Astrid zmarszczyła brwi, ale nie opuściła topora – nigdy wcześniej go tu nie widziała. Uśmiechnął się głupkowato i uniósł rękę na przywitanie.
            - C-cześć – bąknął rozbrajająco.
            - Ktoś ty?! – warknęła, podtykając mu pod nos ostrze. Zbladł i cofnął się kilka kroków.
            - Czkawka! Tylko przechodziłem! Spokojnie! Usłyszałem, że ćwiczysz… Bez nerwów – wyciągnął rękę, jakby próbował uspokoić dzikie zwierzę.
            Astrid zmierzyła wzrokiem cienkie nogi, chude ramiona i dużą głowę. Nie mógł stanowić zagrożenia. Opuściła topór.
            - Czego tu?
            - Podróżuje – wypalił Czkawka, choć Astrid miała dziwne wrażenie, że wymyślił to przed chwilą.
            - Szukasz wioski Berk? – spytała ostro.
            - Tak! – twarz chłopca rozjaśnił szeroki uśmiech. – Zaprowadzisz mnie?


            Czkawka czuł się jak kretyn od chwili, gdy wychylił się zza drzewa. Cała rozmowa – podczas której czuł się jak na przesłuchaniu – była kompletną porażką. Zrobił z siebie idiotę, a anioł – który nawet nie raczył podać mu swojego imienia – traktował go najpierw jak wroga, a potem jak przybłędę, kulę u nogi.
            - Niech ci będzie – burknęła. – I tak już wracałam. Czego szukasz w Berk?
            Czkawka rozpaczliwie szukał jakiegoś dobrego powodu.
            - Chce się uczyć! – skłamał w końcu. – Uczyć. Tak.
            Anioł uniósł brew.
            - Dobrze się składa, bo Pyskacz szuka czeladnika. Przydasz się.
            - Ach tak – Czkawka podrapał się nerwowo w kark. Nie miał pojęcia, o czym rozmawiają normalni ludzie, tacy, którzy nie spędzają całych dni w towarzystwie gigantycznych bestii ziejących ogniem. Może zapytać ją, czy potrafi latać na smoku? Może lepiej nie… Niektórzy trochę się ich bali, a nie chciał zniechęcać do siebie najładniejszej dziewczyny na świecie. Nieważne, że była dla niego trochę nie miła – urodą zniewalała.
            Wcisnął ręce w kieszenie, by nie machać nimi bezmyślnie. Matka często zwracała mu uwagę, że to niegrzeczne, a chciał zrobić dobre wrażenie – póki co zdecydowanie mu nie szło.
            Przynajmniej znajdował jeden plus – powoli docierał do jakiejś małej społeczności, do ludzi, przed którymi tak broniła go matka. Nigdy nie rozumiał, czego się tak obawiała – jego anioł wydawał się całkiem niegroźny, pod warunkiem, że nie machał toporem.
            - Oto Berk! – anioł zatrzymał się nad urwiskiem i wskazał dłonią szeroką wioskę. Czkawka podążył za jej ręką i ujrzał osadę z wysokimi, drewnianymi budynkami, okrągłą studnią na środku, kilkoma brukowanymi uliczkami, zagrodami z owcami i licznymi mniejszymi chatami na obrzeżach. Z kominów unosił się dym, a wszędzie krzątali się wikingowie w hełmach i skórach. Kilka, czy kilkanaście domów miało nadpalone dachy i zrujnowane ganki, ale Czkawka nie zwrócił na to uwagi.

            Poczuł się jak w domu.

___________________________________
Kończą mi się ferie :c To smutne T,T
Rozleniwiłam się przez te dwa tygodnie, a teraz będę musiała się porządnie wziąć do roboty. Bo średnia potrzebna, żeby pasek był i w ogóle :c Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał. 

20 września 2014

Nic do stracenia 2: Lata później (Jak wytresować smoka/Jak wytresować smoka 2)

poprzednia część:

Kilkanaście lat później

            Smok przemknął ze świstem ponad chmurami, zakołował i wzbił się jeszcze wyżej, w stronę zimowego, prawie białego słońca. Powietrze była tak lodowate, że niemal zamrażało płuca od środka. Chłopiec na jego grzbiecie kulił się, zmarznięty, coraz mocniej opatulając się brązowym, ogromnym futrem. Oddychał głęboko, czując, że im wyżej się wznosi, tym większy ogarnia go spokój. Dookoła była tylko lodowata błękitno-biała pustka, a gdzieś na horyzoncie jarzące koło tak ogromne, że mogłoby pochłonąć jego, smoka i całą niezmierzoną wodę.
            Czkawka westchnął cicho i pomyślał, że to najpiękniejsze miejsce na ziemi.
            Smok chuchnął gorącym powietrzem i zapikował w dół tak mocno, że hełm prawie spadł z głowy chłopca. Pędził z oszałamiającą prędkością, jakby przekroczył wszelkie granice i pokonał wszelkie ograniczenia. Jeszcze chwila i roztrzaskałby się o ostre, morskie skały. W ostatnim momencie poderwał się i wyrównał lot, unosząc się tuż nad wodą.
            - Nie szarżuj tak, staruszku – zachichotał Czkawka, na co smok tylko prychnął i wypuścił kolejny obłąk gorącego, gryzącego dymu. Chłopiec odważył się puścić łuski smoka i odchylił delikatnie do tyłu, patrząc na skrzącą się powierzchnię wody. Wśród lodowych odłamków pływały srebrzyste rybki, tak małe, że ledwo je mógł je dostrzec. Miał wrażenie, że niektóre patrzą na niego swoimi rybimi, apatycznymi ślepiami bez wyrazu.
            Latanie było prawdziwą w o l n o ś c i ą. Nagle przestawał istnieć cały świat, pozostawał tylko on i ogromny, niepokonany smok. Mógł przemierzyć cały ocean, mógł znaleźć się w każdym miejscu, mógł odkryć to, co dla innych  pozostawało jedynie marzeniem. Patrzył na ziemię z góry, był nagle kimś wyjątkowym, kimś ponad, kimś, kto może wszystko.
            Smok skręcił w lewo i podleciał w stronę skalistej, surowej wyspy. Czkawka niechętnie przypatrywał się kamienistemu brzegowi, o który z hukiem rozbijały się spienione fale. Znalazłby dziesięć tysięcy milszych miejsc na odpoczynek, ale smok najwyraźniej był już zmęczony lotem.
            Chłopiec zsunął się z grzbietu i ostrożnie postawił nogę na wyślizganych, wilgotnych skałach. Wyspa była malutka. Zdążyłby ją obejść w dwadzieścia minut, może nawet mniej. Z jednego brzegu widział drugi kraniec, a dookoła ani skrawka zieleni. Same skały, wyzierające z morza jak zęby.
            Zrobił kilka przysiadów, żeby rozprostować ścierpnięte po długim locie nogi i ziewnął. Smok skulił się tuż przy brzegu i zmrużył wielkie, złote ślepia. Chyba drzemał. Pierwszym, czego Czkawka nauczył się przy tresurze smoków, było, żeby nie przeszkadzać im, gdy śpią. Wtedy dopiero robią się a g r e s y w n e. Wolał przez tydzień łowić ryby dla maluchów niż spotkać wściekłego smoka.
            Przysiadł na zimnym kamieniu i wparł łokcie na kolanach. Był w paskudnym humorze od samego rana. Czasami miał dość, że od dziecka otaczały go tylko nieme, ogromne bestie. Matka, pogrążona w ich świecie, czasem też zapominała, że czasem trzeba porozmawiać. Nie lubiła mówić i nie umiała słuchać; a gdy tylko pytał, kim był ojciec, robiła swoją udręczoną, zbolałą minę i temat się kończył.    
            Czkawka próbował zapomnieć o dziwnym braku w jego sercu i tęsknocie za czymś, czego nigdy nie miał. Pilnował małych smoków, latał nad ogromnym oceanem, konstruował siodła i lejce, ale za każdym razem, gdy zaczynał robić coś mechanicznie, jego myśli uciekały w stronę innych ludzi, których prawie nie znał. Prawdą było, że poza matką i smokami nie miał żadnych przyjaciół. Nawet nie widział zbyt wiele osób w swoim krótkim, nudnym życiu.
            - Czkawka, wybrałam dla ciebie dobre życie – szeptała czasami przepraszająco i całowała go w czoło z jakimś dziwnym wzruszeniem. Wycierał się z niesmakiem, całkiem nierozumiejąc, o co jej chodzi. Czuł, że miał wspaniałą matkę, chociaż nigdy nie maił porównania.
            Innym razem patrzyła, jak połykał zimną zupę rybną i zamykała oczy.
            - Synku, jesteś szczęśliwy? – pytała smutno, jakby ona sama bardzo cierpiała. Nie lubił takich pytań, bo zaczynał czuć się nieswojo. Czasem zastanawiał się, czy inne dzieciaki też mają takie problemy ze swoimi rodzicami.
            Przyglądał się szaremu, bezdennemu oceanowi i myślał, co teraz robi matka. Opuścił ich siedzibę bez słowa, po kolejnej urwanej, ogólnikowej rozmowie o ojcu, prawdziwym domu i innych ludziach, którzy gdzieś tam – tego Czkawka był pewien – żyli i być może za nimi tęsknili.
            - Nie męcz mnie już – powiedziała Valka, siadając ciężko na drewnianym krześle. – Kiedyś zrozumiesz, jak będziesz starszy…
            Czkawka wyszedł. Nie chciał wiedzieć, co zrozumie, a nawet wcale nie chciał r o z u  m i e ć. Miał ochotę żyć tak, jak żyją zwyczajne, pospolite dzieciaki, których matki nie są potężnymi opiekunkami smoków, jak nazywała samą siebie Valka. Czy też muszą pilnować, żeby małe smoki nie zjadały sobie nawzajem ogonów? Też mają szansę polatać? Też czują się tacy… stęsknieni?
            Nie mógł narzekać na swoje życie. Dookoła miał tak wiele kompanów, mógł latać, mógł tworzyć, mógł być absolutnie wolny. Matka czasami powtarzała, że ma więcej swobody niż ktokolwiek w jego wieku. Odparowywał wtedy, że umiałby to docenić, gdyby znał kogokolwiek, kto miał trochę ograniczeń.
            Kolejna fala rozbiła się o skałę i ochlapała smoka. Ten poderwał ogon i spróbował strzepnąć krople, ale zimno skutecznie go obudziła. Podniósł się ciężko i obdarzył Czkawkę niechętnym, znużonym spojrzeniem. Valka zawsze powtarzała, że był to stary, doświadczony smok, którego drażniły podrygi takich młokosów.
            - Nie wracamy jeszcze – zadecydował Czkawka i poprawił kaptur. W niedopasowanym, ogromnym futrze wyglądał jak ogromny kret, ale płaszcz grzał go niezależnie od pogody i rzadko przemakał.
            Chociaż wiedział, że w siedzibie smoków czekała na niego przejęta, zmartwiona Valka, nie mógł jeszcze wrócić. W głowie miał za dużo pytań o swojego ojca, o swoją rodzinę, próśb, żeby pokazała mu miejsce, skąd pochodziła. Wgramolił się na grzbiet smoka i położył na szyi, żeby nie spaść przy gwałtownym starcie.
            Smok wzbił się w powietrze, rozchlapując lodowatą wodę. Zabił gwałtownie skrzydłami i wzleciał tak wysoko i tak szybko, że Czkawka poczuł, że skóra schodzi mu z czaszki. Wskazał gdzieś na horyzont i nakierował smoka na miejsce, gdzie – jak mu się zdawało – widział jakiś niekształtny, zamazany ląd.
            Ostry, porywisty wiatr dął mu w twarz i szarpał krótkie, nierówno przycięte włosy. Musiał mrużyć oczy, by zobaczyć nieznaną mu wyspę. Nigdy wcześniej nie doleciał tak daleko i czuł, że czeka na niego coś wyjątkowego. Ach! Gdyby tak odkrył jakiś nowy gatunek smoka albo znalazł inne gniazdo. Mama na pewno by się cieszyła, a chciał jej wynagrodzić swoje nagłe wyjście.
            Smok opadł lekko na polanę pomiędzy drzewami. Czkawka ściągnął futro i przerzucił je przez grzbiet smoka, rozglądając się ciekawie. Dookoła były tylko wysokie, grube dęby z powykrzywianymi korzeniami, które tworzyły rodzaju toru przeszkód na ścieżce. Czuł zapach wilgotnej trawy i żywicy. Tutaj, na lądzie, za ścianą z drzew, było dużo cieplej niż na otwartej przestrzeni, gdzie wiatr hulał w najlepsze.
            - Ładnie tu, co? – rzucił to smoka, ale ten przejawiał taką samą chęć do rozmowy jak jego mama.
            Pod stopami czuł szeleszczące liście, krótkie, łamliwe gałązki i jakieś dziwne, wysuszone owoce przypominające kształtem orzechy. Przez korony drzew przedzierało się nieśmiało słońce, które nagle wydało się Czkawce ciepłe, jesienne i miłe jak pocałunek matki, zupełnie inne niż to skrzące koło nad szarym bezmiarem oceanu.
            Obszedł polanę dookoła, brnąc z złoto-brązowych liściach. Zastanawiał się, czy znajdzie tu jakieś smoki. Wydawało mu się idealnym miejscem na gniazdo – ciepłe, pełne zakamarków do ukrycia, a woda i ryby dość blisko, by polować na nie każdego dnia.
            - Rozejrzyjmy się trochę!
            Czkawka uwielbiał nowe miejsca. Odkąd nauczył się sam latać na smokach, przemierzał okoliczne wyspy i zwiedział je za każdym razem, gdy dopadała go nuda. Z zasady unikał ciemnych, groźnych lasów, bo nie należał do chłopców, którzy kochali chojrakować, ale był zwyczajnie ciekawy świata. Smoki były fascynujące, świat był fascynujący, ludzie były fascynujący – chciał znać to wszystko.
            Nagle usłyszał jakiś stukot. Przywarł do ciepłego, pachnącego siarką cielska smoka i czekał, próbując wychwycić każdy, nawet najcichszy, dźwięk. Wilki? Niedźwiedź? A może, odpukać!, dziki? Smok wydawał się spokojny, usiadł przy drzewie, przymknął oczy i dyszał we włosy Czkawki.
            Dźwięk nie ustawał. Czkawka próbował go rozpoznać; był już pewien, że to nie dzikie zwierzę. Nauczył się, że nieoswojone smoki potrafią być naprawdę niebezpieczne, a jeszcze gorsi mogliby być kłusownicy, którymi tak straszyła go matka. A gdyby to był ktoś… ktoś w jego wieku, z kim mógł porozmawiać, kto nie zionie ogniem, kto nie poświęca całego czasu na dbanie o smoki.
            Ostrożnie przeszedł przez polanę i schował się za grubym, potężnym dębem.
            Między drzewami stał anioł. Czkawka rozdziawił usta i oniemiały wpatrywał się w długie, jasne włosy zaplecione w niestaranny, luźny warkocz, w piękną, zaróżowioną buzię, w miedzianą opaskę na czole, w kolczastą spódniczkę i zdobione naramienniki. Nigdy wcześniej nie widział równie pięknej dziewczyny (właściwie, niewiele ich w ogóle widział). Z daleka nie widział za dobrze, ale mógłby przysiąc, że przy tak obłędnych oczach chowały się nawet gwiazdy.
            Anioł nawet go nie zauważył, tylko zamachnął się i wykonał serię ostrych cięć toporem. Czkawka cofnął się zaniepokojony. Może niewiele wiedział o świecie, ale pięknie, zniewalające anioły raczej nie zabijały powietrza gigantycznymi toporami. Za każdym razem, gdy dziewczyna podnosiła broń, miał wrażenie, że nie wytrzyma ciężaru i złamie się w pół.
            Ćwiczyła szybko i precyzyjnie, zupełnie, jakby robiła to od dawna. Czkawka pomyślał z zażenowaniem, że chyba nie dałby rady dźwignąć chudymi ramionami tak ciężkiej broni. Włosy anioła unosiły się i opadały w rytm jej ruchów, grzywka niesfornie podskakiwała, a rumieńce nabierały kolorów.
            - Jaka ona piękna – sapnął Czkawka.
            Nigdy wcześniej nie rozmawiał z obcym. Oboje z matką nauczyli się milczeć i pracować w ciszy, ale on tak strasznie marzył, żeby poznać świat innych ludzi. Jak żyją, co jedzą, gdzie polują… Patrzył jak zahipnotyzowany na anioła i zdecydowała, że dzisiaj jest właściwy czas, żeby stworzyć nowe znajomości.
            Wrócił szybko do smoka i podrapał łuskowatą, ciepłą głowę.
            - Hej, hej! Pobudeczka!
            Smok niechętnie otworzył jedno oko i dmuchnął gorącym powietrzem na twarz Czkawki. Chłopak zakrztusił się, przyduszony nieprzyjemnym dymem.
            - Spokojnie, kolego! Słuchaj, leć gdzie chcesz! Albo sobie śpij. Ja znikam, a ty po prostu bądź tu wieczorem i wrócimy do domu… Rozumiesz?
            Smok znów dmuchnął i zapadł w sen. Czkawka uśmiechnął się, zastanawiając się, jak stary musi być jego przyjaciel, skoro najchętniej całe dnie drzemałby w słońce. Odetchnął głęboko. Zastanawiał się, jak powinien zagadać do anioła.
            Wrócił do swojego dębu. Anioł najwyraźniej się zmęczył, bo nie słyszał już świstu, z jakim topór przecinał powietrze. Przykucnął i patrzył.    
            Dziewczyna siedziała na potężnym korzeniu i oddychała głęboko. Ręce miała skrzyżowane, jedną nogę zarzuciła na drugą, a oczy przymknięte. Czkawka pomyślał, że ma tak cudownie rozmarzoną minę, jakby śniła najmilszy sen świata. Chciał ją narysować.
            Pochylił się i nacisnął kolanem na suchy patyk. Trzask wyrwał anioła z zamyślenia.
            - Kto tam?! – wrzasnęła, sięgając po broń.
            Czkawka ostrożnie się podniósł. Chciał poznać anioła, ale niekoniecznie siłę rażenia jej topora.  Powoli wyszedł zza drzewa i uśmiechnął się w najgłupszy z możliwych sposobów.
            - Cz..cześć.
_____________________________
I jest. Druga część opowiadania o Czkawce wychowanym wśród smoków. 
Poprzednia była w czerwcu, więc trochę czasu minęło. 
Następna na pewno szybciej :)
A już niedługo crossover Kraina Lodu/Strażnicy Marzeń

22 czerwca 2014

Nic do stracenia 1: Wiking i smok (Jak wytresować smoka / Jak wytresować smoka 2)

            Na wyspie Berk powoli wstawał dzień. Gdzieś na wschodzie migały jasne, ostre promienie nowonarodzonego słońca. Niebo wciąż jeszcze było pochmurne i mętne, zupełnie jakby zbierało się na burze. Nawet najstarsi mieszkańcy Berk nie pamiętali gorących dni – tu po prostu zawsze było trochę zimno i trochę deszczowo. Dookoła rozciągało się morze – lodowate, groźne i śmiertelnie zawistne, jak mawiali niektórzy. Było śmiercią i życiem, topiło nierozsądnych marynarzy i wykarmiało rybami całe wioski.
            Na twardych, niepokornych skałach takiej wyspy mogli osiedlić się tylko ludzie bardziej twardzi i niepokorni. Uprawiali nieurodzajną ziemię i cieszyli się monotonnym, słonym smakiem ryb, wypływali w morze, łatali siodła i wykuwali broń. A przede wszystkim: starali się przeżyć.
            Prości ludzie upodobali sobie akurat ten kawałek ziemi, nauczyli się żyć na wyspie, a wracając z morza myśleli o niej jak o błogosławionym  d o m u. Znosili zimno i znosili kapryśną pogodę.
            Nie ugięli się nawet drapieżcom.
            - SMOKI! – wrzasnęła Kaszka, wybiegając na ganek domu. – SMOKI NADLATUJĄ!
            Rude włosy opadły jej na czoło, gdy popędziła wprost do domu wodza, by obwieścić, że spokój właśnie się skończył. Zaledwie trzy dni wcześniej odremontowali ostatni spalony dom. Wioska ledwo stanęła na nogi, nowa, silniejsza, czysta, by znów zmierzyć się z bestiami.
            Kaszka przeskoczyła przez płot, potrącając nadbiegającego z przeciwnej strony wojownika. Warknął, ale nie zatrzymał się – miał swoje zadanie: obronić dom przez bestiami.    Gdy nadchodziło zagrożenie, wszyscy gotowali się do walki, podbuzowani, wściekli, zdeterminowani. Wielcy mężczyźni z toporami, pochodniami i mieczami tak ciężkimi, że Kaszka ledwo dawała radę je dźwignąć.
            Dopadła drzwi i załomotała z całych sił. W środku już wrzało, słyszała stłumione, poddenerwowane  rozmowy i gaworzenie dziecka. Nie zastanawiała się dłużej, pchnęła drzwi i weszła do środka, omal nie wpadając na starszego brata.
            - Stoik…! – wysapała. – Stoik, one... znowu… smoki… już tu są!
            - Wiem, Kaszka, wiem, do diaska! – warknął rozgorączkowany.
            Kaszka oparła się o framugę drzwi, próbując bezskutecznie złapać oddech. Stoik odwrócił się i pospiesznie zaczął przerzucać rzeczy w potężnym, dębowym kufrze.
            – Jesteśmy już prawie gotowi! Valka, widziałaś mój hełm?! – krzyknął w głąb domu.
            Będąc dziećmi, Kaszka i Stoik byli prawie tacy sami. Mieli takie same rude łebki, tłuste, rumiane buźki i małe rączki – kropla w krople, mimo, że on był trochę starszy. Przez całe życie włóczyli się po Berk, bo ich świat ograniczał się do małej wyspy i okolic. Przestali być dziećmi i nie mogli już całych dni chodzić po skałach – Kaszka z roli dziecka i siostry wyrosła na pulchną matkę, kochankę i dobrą żonę, a Stoik stał się najważniejszym człowiekiem w całej wiosce.  W o d z e m. Wyrósł na mężczyznę gigantycznego, tęgiego i groźnego. Nosił krótką, zaplecioną w warkocze brodę, która powoli zaczynała zasłaniać mu szyję.
            Kaszka przez lata obserwowała jak wyrastał i była z niego niezmiennie dumna. Był taki, jak wymarzył sobie to ich ojciec. Ułożony, odważny, potężny Wiking.

            W drzwiach stanęła zaspana, zmęczona Valka. Na biodrze oparła małe, ciemnowłose dziecko i przytrzymywała je jedną ręką, w drugiej trzymała hełm Stoika z ostrymi, zakrzywionymi rogami. Uśmiechnęła się na widok Kaszki, ale nie zatuszowała irytacji.
            Kaszka od razu zrozumiała, czemu jest zła. Ceniła bratową, ale nigdy do końca jej nie zrozumiała. Valka była porządna i pracowita; delikatna i miła – prawie idealna żona. Jednocześnie pozostawała nieuleczalną romantyczką. Wydawało jej się, że może odmienić świat. I powstrzymać mord na smokach.
            - Kochanie, jest jak jest – powtarzała jej Kaszka, gdy wspólnie gotowały obiad dla dwóch rodzin. Kucharski talent Valki był bardzo wątpliwy; zapominała dosolić zupę i nagminnie nie dogotowywała mięsa, wszystko wychodziło jej twarde albo gąbczaste.
            - Zakładacie, że smoki są złe i już – burczała w odpowiedzi, krzywo krojąc mięso. – A może one wcale nie różnią się od nas? Są jak my? Żyją jak my?
            - Oj, Valka, ty naprawdę powinnaś sama siebie posłuchać! To bestie! Od pokoleń je tępimy. Porywają owce,  spalają domy, nie próbuj mi wmówić, że nie są niebezpieczne  – odpowiadała Kaszka, a jej bratowa teatralnie wywracała oczami i mruczała pod nosem, że kolejna osoba nie chce jej słuchać.

            Kaszka potrzasnęła głową i ruszyła do swojego mieszkanka. Spieszyła się i schodziła z drogi mężczyznom. Nie chciała przeszkadzać w walce; była małą, słabą kobitką, która nie chciała i nie umiała walczyć. Cieszyła się, że może tulić dzieci i dbać o dom – większej roli nie potrzebowała.

            Dziecko na ramionach Valki zagruchało po swojemu, wtulając się mocniej w matkę. Był jeszcze taki, maleńkim, pulchniutkim  bobaskiem, najsłodszy na świecie, po prostu Czkawką. To Kaszka sama przyjęła poród. Przyszedł na świat za wcześnie; był słabym, biednym dzieckiem.
            - Mój synuś… - wyjęczała wtedy wykończona Valka ze łzami w oczach. Kaszka ostrożnie podała jej chłopca i patrzyła, jak wzruszona matka całuje mokre, lepkie czółko. – Cześć, mój mały człowieczku…
            - Czkawka – wyszeptał drżącym głosem Stoik. Kaszka nigdy wcześniej nie widziała go tak bardzo przestraszonego. Uśmiechnął się blado i przyklęknął przy łożu żony. – Będzie miał na imię  Czkawka.

            Valka przytuliła do siebie dziecko i w milczeniu patrzyła, jak Stoik zakłada znoszony, ciężki but i ciężko i wstaje, opierając się na metalowej protezie. Uśmiechnęła się smutno, pozwoliła się ucałować i pogłaskała go po policzku. Spojrzał na nią z góry – dużo wyższy i większy - i objął ogromnymi ramionami.
            - Zostań tu, moja pani. To się zaraz skończy.
            Valka rozpaczliwie chciała w to wierzyć, ale nie potrafiła.
            - Uważaj na siebie – wydukała. Stoik uśmiechnął się szeroko i odwrócił. Valka wpatrywała się w jego szerokie plecy, z całych sił pragnąć go objąć i zatrzymać. Wyszedł. Zatrzasnął za sobą drzwi i zostawił ją samą w pustym domu, w środku bitwy. Zagryzła wargi.      Nie chciała, by zabijał smoki.
            - Jesteś tylko ty i ja, co Czkawka?
            Dziecko zagruchało w odpowiedzi.

            Kaszka zamknęła szczelnie drzwi i od razu została powitana przez krzyki męża. Łysy nie był zły; był po prostu diabelnie porywczy, szczególnie, gdy zbliżał się problem. Przyzwyczaiła się do awantur męża i uczyła dzieci, że lepiej schodzić tacie z drogi, gdy nie może znaleźć swojego topora.
            - Gdzieś ty była?! – huknął na nią.
            - Czego się drzesz, stary – Kaszka wywróciła oczami całkiem spokojna. – Gdzie byłam, moja sprawa.
            Łysy pokręcił głową, ale ucałował ja przelotnie, zarumieniony i zawstydzony, bo – jak każdy mężczyzna – nie cierpiał okazywać uczuć. W rzeczywistości wcale nie był  ł y s y, ale podobno jako dziecko urodził się całkiem bezwłosy. Dziś jego twarz składała się głównie z ogromnej, czarnej jak smoła brody. Ale nie przyszło mu do głowy zmieniać imienia po tylu latach.
            - Nienawidzę tej zarazy – warknął, wyglądając przez okno. Pierwszy dom, zaraz na brzegu, płonął. Kaszka dostrzegła Valkę biegnącą razem z innymi, nieśli wiadra z wodą. Odetchnęła.
            - Ja też.

            Koszmar Ponocnik runął ciężko na ziemię    , przygnieciony potężną, grubą siatką. Ryknął wściekle i szarpał się, rzucając jak ryba wyrzucona na brzeg. Napiął kark i stanął w płomieniach – cała jego skóra pokryła się żarem i wybuchnął. Siatka szybko zajęła się ogniem, a smok wydostał się z pułapki.
            Zaryczał ogłuszająco.
            - Weź go od tyłu! – wrzasnął Wiking, usiłujący przekrzyczeć potwora. Bestia wzbiła się w górę i zapikowała, ruszając na pobliski dom. Strzecha stanęła w płomieniach błyskawicznie. – Cholera, pożar!
            Smok wylądował na ziemi. Wbił łapy w grząski, mokry grunt i zagrzmiał przerażająco. Świecił jak wielka pochodnia, piekielnie groźny, opatrzony etykietką „Zabijać bezwzględnie!”. Nagle poczuł na ogonie ostrze. Zaryczał jak opętany, ale jego łuski już były uszkodzone, a z rany spływały lepka, półprzeźroczysta krew.
            Wojownik odskoczył, ale ponownie zamachnął się toporem, zachęcony pierwszym sukcesem. Zanim smok zdążył zamachnąć się ogonem, ostrze ponownie wbiło się w jego ciało, tym razem w łapę. Zawył żałośnie i upadł na jeden bok. Z drugiej strony spadły na niego kolejne razy, mocniejszego, wścieklejsze, boleśniejsze. Nie miał czasu, by ponownie zapłonąć.
            - Ucapiliśmy gada! – wśród Wikingów rozległ się triumfalny krzyk. Smok nie zdołał się podnieść – zarzucono na niego żelazne siatki, ciężki i nieprzerwane. Ktoś zarzucił na jego głowę pętlę i przyciągnął za sznur do ziemi, tak, że pyskiem wgniótł się w ziemię.
            - ZOSTAWCIE GO! – zawołała Valka. Żona wodza stała na tle płonącego domu, zgrzana, z pustym wiadrem w dłoni, z rozwianymi warkoczami, rozgniewana i przestraszona. Żaden ze zwycięzców nie zwrócił na nią uwagi, jeden z nich kopnął smoka w nozdrze.
            Koszmar Ponocnik zionął ogniem, ale teraz, gdy go spętali, jego walka tylko ich bawiła. Był słaby i na ich łasce, skazany na śmierć w chwili, gdy został trafiony po raz pierwszy.
            - Przestańcie! – krzyknęła jeszcze raz ze łzami w oczach. Spróbowała złapać mężczyznę za rękę, ale wojownik tylko ją odepchnął. – Przestańcie go katować!
            - Valka, idź sobie, to nie widok dla pięknej pani – poradził jej jakiś brodacz. – Bestia ma to, na co zasłużyła!
            Już miała odpowiedzieć, gdy usłyszała za sobą huk. Odwróciła się i ujrzała własny dom stojący w płomieniach z ogromną wyrwą tuż koło pokoju dziecięcego. Gorąco powietrze buchnęła jej w twarz. Stała w środku bitwy, nie rozumiejąc, co się dzieje. Miała wrażenie, że w jednej chwili zapomniała, jak się oddycha.
            - Czkawka – jęknęła bezgłośnie.
            Zanim ktokolwiek inny zauważył kolejny płonący dom, Valka już pobiegła. Nie widziała rozpalonych mężczyzn i kobiet, rozjuszonych smoków, ognia i wszechobecnego dymu. Przed oczami miała tylko ogromną dziurę i świadomość, że kołyska w domu może już być pusta.
            Wdarła się do płonącego domu. Dym wżerał się jej w oczy, a ogień rozgrzewał ciało. Przewróciła się na schodach. Rozdarła spódnicę i starła skórę z rąk, ale podniosła się na nogi i wspięła się wyżej, prosto do pokoju dziecięcego. Twarz miała czerwoną i spoconą, tak mokrą, że czuła, jak krople spływają jej na szyję.
            - CZKAWKA! – zawołała, otwierając drzwi.
            W środku był smok, ogromny stormcutter, posępny i groźny. Pochylał się nad kołyską i mruczał coś po smoczemu. Valka poczuła, że brakuje jej powietrza. Smok przerastał ją ośmiokrotnie, mógł zgnieść jej głowę w kilka sekund.
            Nagle usłyszała radosne gaworzenie, a po chwili zobaczyła łapki sięgającego ku pyskowi potwora. Smok pochylił się i otarł o małe, tłuste paluszki, dmuchając ciepłym powietrzem w twarz malucha. Valka zdumiała się jak nigdy i zrozumiała, że zawsze miała rację.
            - Nie jesteś zły… - szepnęła z uśmiechem.    Jeszcze nie rozumiała, czemu smoki atakowały osadę, ale była pewna, że nie są złe. Były tak samo wrażliwe jak ludzie; tak samo czuły i cierpiały, niczym nie różniły się od niej i od Stoika.
            Smok spojrzał na nią mądrymi ślepiami. Chwyciła za miecz, by ratować siebie i syna, lecz po chwili dotarło do niej, że zagrożenia nie ma. Była sam na sam ze stworzeniem wielkim, ale podobnym do niej – zagubionym, uczuciowym. Uśmiechnęła się wciąż jeszcze przerażona, a jednocześnie bardzo poruszona. Bestia wbiła oczy w miecz i fuknęła groźnie. Valka odrzuciła broń i zbliżyła się powoli, unosząc ręce w górę.
            Chociaż dolna warga jej drżała, w głębi siebie już się nie bała.
            Wydawało jej się, jakby spotkała dawno niewidzianego przyjaciela, jakby odnalazła kogoś podobnego sobie, bratnią duszę i cząstkę samej siebie. Wyciągnęła dłoń i położyła na rozgrzanych łuskach. Zdawało jej się, że smok przyjmuje pieszczotę, pochylił głowę i zamknął oczy, mrucząc chrapliwie.
            - Bogowie – wyszeptała Valka, nieśmiało głaskając smoka.
            Potwór przestał być potworem; nagle zrozumiała, że jedynym wyjściem, by uratować Berk przed pożarami i smoki przed mordami jest poznać ich naturę. Wejść do ich dziwnego świata, zrozumieć je i zdobyć ich przyjaźń. Wyobraziła sobie, jak cudownie byłoby żyć z nimi w zgodzie. W jej głowie jawił się obraz idealnego świata bez zła – gdzie dzieci podbiegają i wsiadają na smoka, który ryczy tak, jakby się śmiał; gdzie można wzbić się ponad chmury na jego skrzydłach; gdzie nikt nie musi się bać.
            Bardziej czuła, że to możliwe, niż wiedziała,  ale odetchnęła. Zaufała smokowi, ślepo wierząc, że wskaże jej miejsce, gdzie nie będzie musiała patrzeć, jak czyjś dobytek staje w ogniu i jak ktoś odrąbuje smokowi łeb.
            Skinęła głową niezauważalnie.
            - Pokażesz mi swój świat? – spytała.
            Wydawało jej się, że smok chce się uśmiechnął, jakby wreszcie znalazł kogoś właściwego.
            Odwróciła się i pochyliła nad kołyską.
            - Chodź, malutki – szepnęła.
            Wzięła dziecko na ręce i przytuliła mocno, ostrożnie wsiadając na grzbiet. Smok był ciepły i żywy. Czuła, że jest prawie taki jak ona. Czkawka zapiszczał w jej ramię, gdy bestia rozłożyła dwie pary skrzydeł, wzbijając w powietrze kurz i popiół z dogasającej ściany.
            Valka odetchnęła i zaśmiała się głośno, bo nagle poczuła się wolna. Odchodzenie było tak cudownie – wreszcie mogła zniknąć i dopasować się gdzieś indziej. Potrząsnęła warkoczami i spojrzała wprost w zadymione niebo. Znajdzie sposób, by pogodzić świat – by ocalić smoki i ocalić ludzi.
            Czkawka rozpłakał się, gdy zimne powietrze uderzyło ich w twarz. Valka była zbyt poruczona, by zwrócić uwagę na dziecko – czuła tylko ogłupiającą swobodę. Pochyliła się i szepnęła:
            - Leć!
            Czuła, jak synek wtulał się w jej pierś. Byli sami razem z niebem i niezbadanymi przestworzami. Nie zwróciła uwagi na nic – pozostawiła w dole płonące domy, dymy i dzikie smoki. Była już wysoko, gdy Stoik stanął w wyrwie i wrzeszczał rozpaczliwie: „VALKA! VALKA!”.
            Przełknęła łzy, obiecując sobie, że pewnego dnia odnajdzie sposób, by odmienić Berk i wróci razem z Czkawką, by stworzyć lepszy świat.

Nom, a więc poczyniłam coś takiego. Wyszłam z kina i pomyślałam: A gdyby Valka go wzięła ze sobą? Każda matka chce mieć dziecko przy sobie. Tytuł ssie - wiem. I zmienię go, pewnie jutro, jak wymyślę coś lepszego. O tak, cała noc na myślenie, idealnie. Dawno nic nie było - wiem, widzę to, smutno mi trochę z tego powodu. A przyczyna jest prościuteńka - na dwa tygodnie przed zakończeniem roku uświadomiłam sobie, że średnia trzy trochę nie jest najlepsza. Z matmy mi wychodzi 4,48. Wiecie od ilu stawia piątkę? Od 4,5. To są dwie setne :( Nieważne.