Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huntik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huntik. Pokaż wszystkie posty

13 czerwca 2015

Łowcy cz.16: Skacząca żmija (Huntik)

            - Mamy jakiś plan? – zaniepokoił się Lok, gdy Zhalia przedzierała się przez komnatę w stronę postumentu. Ledwo mógł za nią nadążyć, głównie dlatego, że bez przerwy patrzył na skarby piratów. Wielkie, drewniane skrzynie z żelaznymi okuciami kusiły cenną zawartością.
            - Coś wymyślę – rzuciła Zhalia w pośpiechu.
            - To znaczy nie mamy planu?
            - Za to mamy nadzieję, że nic się nie stanie, jak zabierzemy stamtąd amulet.
            - To tak nie działa! To nigdy tak nie działa! Nie oglądasz filmów przygodowych? Jak kradnie się artefakt, zawsze jest milion pułapek!
            - Jak będzie milion pułapek, to wymyślę plan! – zakończyła głośno Zhalia.
            - Po prostu już się ruszcie! – uciął krótko Cherit, krążąc pod sufitem.
            Wspięła się na postument i zajrzała do szklanej gabloty. W środku leżał czarny, gładki medalion z wyrytym krzyżem i maczugą – symbolami z herbu miasta Omiś. Nie był tak lśniący, złoty jak reszta bogactwa w piwnicach, ale z jakiegoś powodu, to właśnie on przykuwał najwięcej uwagi. Zhalia wciągnęła ze świstem powietrze. Medalion miał w sobie wyjątkowy magnetyzm, przyciągający i hipnotyzujący.
            - No, bierz go! – popędził ją Lok, zdezorientowany nagłą zwłoką.
            Zhalia otrząsnęła się i uderzyła pięścią w szkło. Sekundę później miała tego bardzo, bardzo żałować.
            Spod postumentu wypełzły żmije. Przybywało ich momentalnie, najpierw jedna, ale zaraz było idź dziesięć, dwadzieścia… Zhalia odskoczyła ze wstrętem, a Lok cofnął się kilka kroków z obrzydzeniem.
            - To może teraz wymyślimy jakiś plan? – zawołał z pretensją.
            Żmije były cienkie, szaro-żółte, pokryte zygzakami i ciemniejszymi punktami. Ruszały się bardzo powoli, sunęły po posadzce jak otępiałe, być może przebudzone z długiego snu.
            - Nie ruszę się stąd bez tego amuletu! – zarządziła hardo Zhalia. – Choćbym miała zadeptać to cholerstwo, dostanę go!
            Musiała utrzymać się w drużynie Dantego jak najdłużej – od tego zależało powodzenie jej misji w Fundacji Huntik. Gdyby zawaliła już przy pierwszym teście, mogła się pożegnać z drużyną, ale także z awansem w Organizacji. Nie zamierzała zawieść.
            - Wolny Strzelcu! – ryknął Lok, zrywając z szyi amulet. Przy jego boku stanął wysoki Tytan w granatowej zbroi – gotów do stawienia czoła niebezpieczeństwom. Rozejrzał się zdezorientowany, bo na wysokości oczu nie dostrzegł żadnego zagrożenia.
            Spojrzał pytająca na Loka.
            - Żmije! Podłoga! – wrzasnął zniecierpliwiony Lok, który czuł się coraz gorzej, w miarę jak żmije podpełzały i podpełzały.
            Tytan niezdarnie wyciągnął kopię i zaczął nią dźgać w podłogę. Ostrze tylko trafiało w podłogę, odbijając się z brzdękiem od kamienia. Żmije tylko syczały wściekle, kręcąc się wokół jego nóg.
            - Wciąż ich przybywa! – szepnęła Zhalia zduszonym głosem. Prawie wyobrażała sobie, jak całe jej ciało puchnie od ukąszeń.
            W akcie desperacji, skoczyła do góry skarbów i szarpnęła za ciężki, pozłacany świecznik. Cisnęła nim w najbliższą bestię i wezwała Tytana:
            - Gareon! – wrzasnęła. Tuż przy jej ramieniu pojawiła się mała, chropowata jaszczurka z ciemnymi, zadziornymi oczami. Skoczyła w rój żmij, siorbiąc i sycząc. Rzuciły się na niego, jakby chciały go pożreć.
            - Biegnij, Lok, biegnij! – zawołała, ciskając zaklęciami w jadowite bestie. – Bierz amulet i znikamy!
            Lok zacisnął oczy i – raz kozie śmierć! – popędził przez salę aż na postument. Nawet nie patrzył pod nogi; czuł, jak trampki ślizgają się po wilgotnych, obrzydliwych ciałach. Robiło mu się niedobrze na myśl o jadowitych zębach.
            Nagle, tuż przed jego stopą, wyskoczyła żmija. Dosłownie: wyskoczyła! Ledwo mignęła Lokowi przed oczami, ale zdawało mu się, że zwinęła ogon i prawie się odbiła. Krzyknął, gdy łebek przemknął mu prawie na wysokości bioder.
            - Odczep się! – jęknął, dopadając postumentu. Wsunął rękę przez dziurę w szkle i wyciągnął amulet.
            I, jak za dotknięciem różdżki, wszystkie żmije zamarły, spojrzały na niego i, jakby uznając wyższości, powoli wracały pod postument. Zhalia, blada z przerażenia, opadła na skrzynie z sukniami i odetchnęła głęboko.
            Lok popatrzył na nią zaskoczony.
            - Jak…?
            - Zapieczętowałeś Tytana, więc żmije nie miały już czego bronić… A myślałam, że będzie gorzej.
            - Jeszcze gorzej? – Lok uśmiechnął się krzywo, podrzucając amulet z ręki do ręki.
            Zanim Zhalia zdążyła się podnieść, usłyszeli szybkie kroki biegnących. Dante i Sophie – zdyszani i spoceni po walce – wpadli do środka jak burza.
            - Udało wam się! – zawołał z dumą Dante.
            - Pytasz czy stwierdzasz? – sarknęła Zhalia, ocierając twarz.
            - A co się miało nie udać – prychnął Lok, zadowolony z siebie. – Spójrz, Sophie, zdobyłem ten amulet.
            Dziewczyna nawet na niego nie spojrzała; wzrok miała wbity w odpełzające żmije.
            - To żmije poskoki – powiedziała zduszonym głosem.
            - Co? – Dante podszedł do niej z zainteresowaniem. – Paskudna sprawa – zwrócił się do Loka i Zhalii. – Nieźle sobie poradziliście.
            -  To żmija nosoroga – wyjaśniła Sophie bardzo poważnym tonem profesora. – Jedna z najbardziej jadowitych w Europie, jest piekielnie szybko… Mówi się, że nawet umie skakać.
            Lok skrzywił się z niesmakiem.
            - Tak mi się wydawało, że na mnie skoczyła…
            - Starczy, Sophie, już po wszystkim – uśmiechnął się Dante. – Czasem, jak Łowca pomyśli o ryzyku, to mu się odechciewa pracować.
            - A tobie się nigdy nie odechciewa? – dopytywał Lok.
            - Jak po prostu o tym nie myślę. Pokażcie Tytana – zakomenderował. Z szacunkiem podniósł czarny medalion i obrócił go w dłoniach. – Musimy to natychmiast wysłać do Fundacji Huntik. Drużynie, świetnie sobie poradziliśmy!
            - Gdzie właściwie jest Cherit? – zaniepokoił się Lok, gdy już mieli znikać.
            Mały Tytan wyleciał z jednej ze skrzyń udekorowany jak świąteczna choinka. Na ogonie dźwigał rzędy ciężkich pierścieni, na głowie nosił sznur pereł, który zaplątał mu się wokół uszu, a w dłoniach ściskał bursztynową figurkę żmii.
            Dante wybuchnął śmiechem.
            - To my ryzykujemy życiem, a ty się w złodziejaszka bawisz?
            - Będziemy mieli na pamiątkę – odpyskował Cherit.

            Dolores wyciągnęła rękę w stronę szafki nocnej i po omacku odnalazła telefon komórkowy. Była trzecia czterdzieści dwa – cały dom od dawna spał. Pół nocy nasłuchiwała, czy wszyscy na pewno śpią, aż wreszcie teraz, po cichutku, zsunęła nogi z łóżka, wzięła przenośną pamięć i wyszła na korytarz.
            Kiedyś myślała, że dywany w każdym korytarzu, to tylko fanaberia jej matki. Ale teraz, gdy miękki materiał głuszył jej kroki, zaczęła je doceniać. Zapomniała nawet, jak bardzo się kurzą.
            Drzwi do gabinetu taty były otwarte. Dolores wślizgnęła się do środka. Wszystko było tak jak zapamiętała – po lewej metalowy sejf na ścianie, na prawo wysokie szafy z pułkami i mniejszymi szafkami w środku, a pod oknem ciężkie, dębowe biurko z najcenniejszą rzeczą w domu – komputerem z informacjami o Organizacji.
            Odpaliła laptopa i rozsiadła się na skórzanym fotelu. Zaskrzypiał, a ona zamarła. Następne pół minuty, gdy komputer pracował z monotonnym szumem, siedziała bez ruchu, nasłuchując. Spróbowała się zalogować, ale potrzeba było hasła. Znała się na hackerstwie o tyle, o ile, ale żadnych praktycznych umiejętności nie miała – pozostawało improwizować.
            Tata był tradycjonalistą; wątpiła, żeby na jego prywatnym laptopie zapisane było hasło z literek i cyferek; wybrał by coś łatwego do zapamiętania, coś… coś znaczącego! Wpisała imię mamy, datę urodzenie, potem setki innych kombinacji, ale nic nie skutkowało.
            Kliknęła L, potem O, znowu L i wreszcie A i zgadła hasło. Zacisnęła zęby z wściekłości. Ile by dała, żeby tym razem też się rozczarować! Tata, najbardziej zawiedzionym jej zniknięciem, wciąż…
            - Nienawidzę cię, Carlo Vale – wycedziła przez zęby, brnąc przez prywatne akta Organizacji. Po kolei zgrywała wszystko na pendriva, plując sobie w twarz. Zdrajczyni własnej rodziny!
            Już wyłączała telefon, gdy usłyszała piskliwy krzyk przerażonej mamy.
            - Mój Boże, on umiera! Umiera!
            Rzuciła szybkie spojrzenie, czy w gabinecie nie został żaden ślad jej obecności i popędziła do pokoju rodziców, zatrzaskując za sobą drzwi. Wbiegła do sypialni rodziców.
            Tata krztusił się i prychał, jakby coś go dusiło. Trzymał się rękami za klatkę piersiową, zwijając się z bólu. Był blady i tak samo przerażony, jak krzycząca mama.
            - On ma zawał! – szepnęła Dolores. – Dzwoń po pogotowie!
            To było najdłuższe dziesięć minut w życiu Dolores – ledwo pamiętała, jak matka nerwowo szukała komórki i jak, szlochając, powtarzała adres domu. Dwa razy musiała powtarzać nazwę ulicy. Siedziała przy ojcu cały czas, ściskając go za ręce i modliła się, szybciej, szybciej! Podały mu aspirynę i otworzyły okna, żeby wpuścić jak najwięcej świeżego powietrza.
            - Są! – zawołała słabo mama, gdy przed bramą zamajaczyły światła katerki.
            Dolores zerwała się z miejsca i zbiegła po schodach ku drzwiom frontowym. Ulżyło jej na widok czerwonych uniformów ratowników medycznych. Słabo wskazała na schody:
            - Mój tata… tam!
            W tej samej chwili dostrzegła znajomą twarz. W jednej chwili zrobiło się jej niedobrze. Przed nią stał dawny przyjaciel, Lorcan O'Fray, Łowca Fundacji Hutik i był tak samo zaskoczony spotkaniem, jak ona sama. 

______________________
Po długiej nieobecności na blogu - nowy rozdział. W przyszłym tygodniu opowiadanie o Jak wytresować smoka, a później się zobaczy :) 
Przez to, że miałam poprawki w szkole i kończyłam kurs angielskiego, trochę zaniedbałam czytanie blogów, za co przepraszam, ale lada dzień wszystko skomentuje i przeczytam :) 
Jeny, u was też tak gorąco? 
Pozdrawiam!

2 maja 2015

Łowcy cz.15: Spalone drzwi (Huntik)

            - To Tytan? – zawołała przerażona Sophie, zaciskając palce na amulecie z Sabrielą. – Jest rozgniewany!
            - Jest cholernie wściekły! – burknęła Zhalia, rozglądając się nerwowo w ciemności. Wciąż słyszała tylko przerażający, dziki warkot,  tak straszny, że wydawał się nieludzki. – Osłaniajmy się nawzajem! – zarządziła.
            Stłoczyli się w kole, oczekując nadejścia bestii. Czaiła się gdzieś w mroku zgrzybiałych ścian, cierpliwa, drapieżna. Piwnica była tak ciemna, że nie sposób było przewidzieć kolejnego ruchu potwora.
            - Burza… - zaczął cicho Dante, próbując wywołać płomień zaklęciem.
            - Zamknij się! – fuknęła Zhalia. – Spłoszysz go światłem!
            - To będziemy siedzieć po ciemku i czekać aż wbije w nas zęby!
            - Tam! – ryknął Lok, wskazując na najodleglejszy kąt piwnicy.
            Ze środka wytoczyła się obrzydliwe stworzenie, przypominało dziwną odmianą pantery, było czarne, oślizgłe i piekielnie szybkie. Szczerzyło się, ukazując szerokie, białe kły, z których ciekła gęsta ślina. Stąpało powoli i ciężko, ale w każdej chwili mogło skoczyć do gardła.
            Dante instynktownie stanął przed Sophie.
            - Spokojnie… - powiedział najciszej jak potrafił. – Jest przerażone.
            - Ące – poprawił kwaśno Lok. – Przerażające.
            Dante powoli sięgnął do kieszeni i wyciągnął amulet ze skrzydlakiem.
            - Wkroczyliśmy na jego teren, więc próbuje się bronić. Dwoje z nas odwróci jego uwagę, a reszta pobiegnie znaleźć amulet. Będziemy mogli go zapieczętować.
            - Ryzykowny plan – mruknęła Zhalia.
            - Bez ryzyka nie ma zabawy – uśmiechnął się krzywo. – Ty, Lok i Cherit przemkniecie na niższe poziomy, gdzieś tam powinien być ukryty amulet, a ja i Sophie spróbujemy go tutaj utrzymać przez chwilę… Teraz!
            Nie pozwolił nikomu zakwestionować planu – skoczył i wyciągnął amulet ze Skrzydlakiem. Wielki orzeł w metalowej zbroi wzleciał wysoko, aż pod sufit piwnicy i zaraz zapikował na dół, dziobiąc czarną bestię.
            - Rusz się! – krzyknęła Zhalia, łapiąc Loka za nadgarstek i ciągnąc wprost na walczące Tytany. Przemknęła obok szamoczących się potworów i zbiegła po wąskich schodach na dalszy poziom piwnicy. – Szybciej, mamy góra kwadrans, zanim kotek rozszarpie im gardła.
            Na dole było ciemno i tak zimno, że człowieka aż przechodziły dreszcze. W powietrzu unosił się zapach pleśni i wilgoci. Coś szemrało w oddali, jakby drapanie albo gryzienie. Zhalia miała nadzieję, że to nie szczury.
            - Gdzie teraz? – szepnął Lok. Z jakiegoś powodu bał się mówić głośniej w tak dziwnym miejscu.
            - Przed siebie – odparła ostro. – Burza błysków!
            Palce rozbłysły jej jasnym, ciepłym ogniem. Płomień rozświetlił odrapane, zgrzybiałe ściany z odchodzącym tynkiem i zawalonymi cegłami. W oddali majaczył korytarz – wąski, prowadzący niewiadomo dokąd. Zacisnęła zęby i przyspieszyła.
            - Nie ma innej drogi – powiedziała cicho. Nie była pewna, czy tłumaczy się Lokowi, czy samej sobie.
            Korytarz ciągnął się kilkadziesiąt metrów i kończył ciężkimi, drewnianymi drzwiami z żelaznymi okowami i kołatką tak ciężką, że Zhalia nie dała rady unieść jej jedną ręką.
            - Myślisz, że tam jest amulet? – zapytał Lok, badając palcami drzwi.
            - Wszystko na to wskazuje, ale nie mam pojęcia, jak, do diabła, się tam dostać.
            Nagle usłyszeli hałas z góry, gorszy niż do tej pory, jakby ktoś runął z niesamowitą siłą na kamienną ścianę. Lok aż się wzdrygnął.
            - Dante ma kłopoty – jęknął słabo Cherit, nerwowo machając długim ogonem.
            - Tytan wie, że tu jesteśmy. Jego zadaniem jest pilnowanie skarbów, więc dostaje szału, że ktoś próbuje się włamać. Pospieszmy się! – Zhalia przeczesała włosy. – Pomóżmy mi, na trzy wyważymy drzwi.
            - Dobra!
            - Raz-dwa – Zhalia zacisnęła mocno oczy – i trzy!
            Lok rzucił się na drzwi, ale te nawet nie drgnęły. Zatoczył się i zaskomlał z bólu. Miał wrażenie, że ramię stanęło mu w ogniu.
            - Nie becz! Musimy wymyślić, jak otworzyć to cholerstwo. Myśl! – Zhalia znów usłyszała, jak Tytan drapie pazurami o ścianę. Mogła sobie wyobrazić, jak nierówna jest walka z takim monstrum.
            - Już wiem! To drewno! – zawołał Lok.
            - Co to ma do rzeczy? – oburzyła się Zhalia. – Bądź poważny!
            - Nie rozumiesz, drewno się pali! – krzyknął w pośpiechu. Przypomniał sobie wszystkie lekcje Dantego i rady Sophie, zacisnął mocno oczy i skupił całą uwagę na cieple w dłoni. – Burza błysków!
            Zanim się zorientował, całe drzwi stały w płomieniach. Ogień, z początku powoli pokrywający wilgotne drewno, rozjarzył się i spalał centymetr za centymetrem.
            - Niezły jesteś – Zhalia z uznaniem pokiwała głową. Kopnęła z rozżarzone, spalone drewno, wybijając sporą dziurę. – Nie poparz się! – wślizgnęła się do dziwacznej groty i prawie zatrzymała się z wrażenia.
            Nigdy wcześniej nie widziała tylu skarbów w jednym miejscu. Wszystkie muzea świata zabijałyby się o zdobione puchary, gigantyczne obrazy, suknie i tiary z diamentami. Majątek, pomyślała chciwie.
            - Wow – wydukał Lok. Smród spalonego drewna przypomniał Zhalii, po co naprawdę tu przyszli. Straciła już siedem minut, a Dante i Sophie nie mieli więcej czasu. Rozejrzała się. W oddali, za dwoma ogromnymi skrzyniami, dostrzegła postument, a na nim gablotę.
            - Za mną!
           


            Dolores po raz pierwszym od kilku lat odwiedziła dom. Już prawie zapomniała, jak wyglądał kiedyś jej pokój. Mimo, że była tu tylko z rozkazu Carli Vale, to łzy stanęły jej w oczach, gdy weszła do przestronnego holu rodzinnej willi.
            - Witaj w domu, kochanie – mama pocałowała ją w policzek i poprowadziła do salonu. – Myślałam, że już nigdy cię tu nie zobaczę.
            - Też tak myślałam – powiedziała przez zaciśnięte gardło.
            - Rennet, mamy gościa? – Dolores zesztywniała, słysząc znajomy, zachrypnięty głos. Tata! – Kogo znowu przyprowadziłaś?
            - Na pewno się ucieszysz, kochanie! – mama wychyliła się na schody i przywołała ojca ręką. – Mamy niespodziankę!
            Dolores poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Ojciec, w przeciwieństwie do matki, wiedział o wszystkim, co nawyprawiała w Maladze, jak pobiła jego ludzi, uciekła, być może domyśla się nawet, że nawiązała kontakt z Fundacją Huntik. Nagle wszystkie logiczne argumenty jej umknęły – stała w milczeniu, ze zwieszonymi ramionami, jak niegrzeczne dziecko czekające na karę.
            Tata zszedł powoli, słyszała jego ciche kroki, wspierał się na ławce. Liczyła stopnie; pamiętała, że było ich dokładnie siedemnaście. Przy szesnastym go zobaczyła – wysokiego mężczyznę, w bordowej marynarce, z siwymi włosami postawionymi na drogi żel i dwudniowym zarostem.
            Zatrzymał się, jakby zobaczył ducha i tylko patrzył. Nie potrafiła powiedzieć, co czuł – gniew, pogardę, może chciał ją wydziedziczyć, a może ulżyło mu, że jest żywa. Nie widziała nawet jego twarzy, bo płakała.
            Tata złapał ją i przytulił tak mocno, że prawie zgniótł jej żebra.
            - Wróciłaś do domu, dziecko! – szepnął z niewyobrażalnym bólem. – Lola, moja Lola!
            Dolores zacisnęła zęby. Po raz drugi dotkliwie uświadomiła sobie, że znowu okłamuje najbliższych, że za chwile, za dzień-dwa będzie musiała wykraść informację i zniknąć, ponownie wszystkich krzywdząc. Co z ciebie za córka, wyrzucała sobie ze wstrętem.
            Wieczorem nie zadzwoniła do Carli Vale, nie powiedziała, że dostała się do domu z sukcesem, mimo, że ta telefonowała siedem razy. Była na nią tak wściekła, że pewnie zerwałaby umowę i wykrzyczała, że nigdy więcej nie pomoże Fundacji Huntik.

            Gdy mama przyszła ucałować ją na dobranoc, prawie dała sobie w twarz.

6 kwietnia 2015

Łowcy cz.14: Piwnica z pirackimi skarbami (Huntik)

            Dolores siedziała w restauracji Epicure w ósmej dzielnicy Paryża. Była trochę onieśmielona elegancją i wykwintnością; nawet krzesła były w królewskim stylu. Kiedyś jadała w takich miejscach co niedzielę, ale przez ostatnie lata nie miała ani okazji, ani pieniędzy. Zamówiła makaron faszerowany czarnymi truflami i karczochami i czekała, od czasu do czasu popijając wodę z lodem. Żałowała, że nie wzięła czegoś mocniejszego. Dłonie drżały jej ze zdenerwowania.
            Carla Vale zostawiła ją na lodzie bez żadnych wskazówek. Powiedziała tylko, że musi wydobyć od swoich rodziców wszystkie informacje o nowym projekcie Organizacji. Dolores nie miała wyjścia; posłusznie się podporządkowała, przybrała płaczliwy ton i zadzwoniła do matki, błagając o spotkanie.
            - Skruszona córka? – zdziwiła się Carla, gdy Dolores zdawała relację z rozmowy. – Całkiem nieźle, Lola. Widać, jaka z ciebie oszustka. Kłamiesz jak z nut. Własną mamusię.
            Dolores musiała zacisnąć oczy i policzyć do trzech, by nie wygarnąć Carli.
            Matka zjawiła się piętnaście minut po dziesiątej. Umówiły się na wyjątkowo wczesny lunch. Dolores, gdy tylko ujrzała ją w drzwiach, zerwała się i pobiegła ją uściskać, zapominając o swoim zadaniu. Mama pachniała lawendowymi perfumami i przytulała tak mocno, że Dolores znów poczuła się jak w domu.
            - Lola!
            Usiadły razem, wciąż trzymając się za rękę. Mama wpatrywała się w nią ze wzruszeniem, pociągając nosem. Bez przerwy mówiła, jakby musiały nadrobić ostatnich kilka lat. Dolores milczała. Teraz była zdrajczynią nie tylko wobec przyjaciół, Dantego, Lorcana, ale też wobec własnej mamy.
            - Mogę wrócić do domu? – szepnęła cichutko.
            - Kochanie! – mama zarzuciła jej ręce na ramiona. Była w wyjątkowo płaczliwym nastroju. Dolores ją rozumiała; też by płakała i cieszyła się ze spotkania, gdyby jej powrót był prawdziwy i szczery. Zacisnęła zęby. – Zawsze możesz wrócić!
            - A tata? – zaryzykowała Dolores, sprawdzając, czy mama wie o incydencie z Malagii.
            - Tata zrozumie – ucięła akurat w chwili, gdy kelner zbliżył się do stolika z parującym półmiskiem.




            - Omiŝ – Dante rozłożył ręce jak prawdziwy przewodnik, ukazując zatłoczone, wąskie uliczki miasteczka, nad którym górowały pozostałości pirackiego zamku. – Miasto, gdzie jest więcej turystów niż mieszkańców.
            Zhalia instynktownie przysunęła torebkę bliżej siebie; w tłumie łatwo o lepkie ręce.
            - Co będziemy robić, Dante? – spytała Sophie.
            - Widzicie, tamtą twierdzę? – Dante wyciągnął palec w stronę ruin w górze. – To twierdza Mirabella. Wiele lat stacjonowali tu piraci. Ba, legenda mówi, że piractwo się tutaj n a r o d z i ł o! Piraci kontrolowali stąd całe wybrzeże. Grabili weneckie statki kiedy tylko mieli ochotę. Fundacja, po analizie historycznych dokumentów, doszła do wniosku, że ich dowódca mógł być Łowcą i wykorzystywać Tytana do utrzymania swojej pozycji.
            - A my musimy go złapać – dokończył podekscytowany Lok. – Super!
            Dante skinął głową z uśmiechem.
            - Guggenheim twierdzi, że Tytan był strażnikiem pirackich skarbów – dodał.
            - Ale… - zawahała się Sophie. – Przecież tutaj codziennie roi się od turystów. Jakim cudem Tytan wciąż by tu żył… Ktoś by go zauważył!
            - To właśnie nasza zagadka – odezwał się schrypnięty głos Cherita z plecaka Dantego, a zaraz potem wychyliła się białą główka. Jakaś starsza Japonka z turystycznym przewodnikiem obejrzała się zaskoczona.
            - Cicho, Cherit! Nie rób zamieszania – skarciła go Sophie. – Idziemy na zamek?
            - Teraz? – Zhalia uniosła brwi, odzywając się po raz pierwszy od przyjazdu. – Niewiele możemy zrobić, gdy wszędzie jest masa ludzi. Zaczekamy do nocy.
            - Ale… - Sophie chciała jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał jej Dante.
            - Racja – przytaknął. – Teraz mamy chwilę dla siebie. Drużyno, co powiesz na chorwacką pizzę?
            - Na jakąkolwiek pizzę - zawsze tak! – zawołał Lok.
            - Dla mnie bez krewetek – zaśmiał się Cherit. Dante już ruszył w pierwszą uliczkę po lewej.




            Dochodziła druga, gdy twierdza opustoszała. Po ulicach Omiŝa wciąż kręcili się opaleni turyści, na niewielkim placu jakaś jazzowa artystka dawała kameralny koncert, a przy kawiarnianych stolikach siedziało roześmiane towarzystwo, popijając rakije. Wspięli się po szerokich kamiennych schodach, na swojej drodze napotykając jedynie wyliniałego kota z uciętym lewym uchem.
            - Jaka cisza – szepnął Lok, gdy przełazili przez szlaban ucinający drogę do twierdzy.
            - Grobowa – odparła Zhalia całkiem poważnie.
            Lok się wzdrygnął.
            Schody pięły się w górę i w górę, czasem zbaczając na szersze tarasy widokowe. Sophie zatrzymała się tylko raz, by spojrzeć na rozświetlony port przy rzece Cetinie i aż wstrzymała oddech z zachwytu.
            W twierdzy było kilka pięter z drewnianymi, suchymi schodami, a ostatnie kończyło się stromą drabinę na najwyższy punkt widokowy. Dante obszedł konstrukcję dookoła dwukrotnie, a potem wskazał na sczerniałe drewno na kamiennej posadzce.
            - Co to jest? – zapytał Cherit, wylatując z plecaka. Z dala od ludzi mógł swobodnie się pokazywać. Dante chwycił krawędź drewna i szarpnął. Nie chciało ustąpić, ale gdy Lok mu pomógł, w końcu puściło, ukazując czarną dziurę.
            - Och – wyrwało się Sophie.
            Zhalia pochyliła się i pociągnęła nosem. Pachniało wilgocią i grzybem.
            - Piwnica z pirackimi skarbami, hm? – spojrzała na Dantego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
            - Chcecie tam wejść? – przeraził się Lok. – Nie wiadomo, co jest na dole!
            - Krokodyle. I żmije. I pijawki – odpowiedziała Zhalia. Dante uśmiechnął się pod nosem, szukając w plecaku latarki. Poświecił na dno szybu; zdawało mu się, że podłoga jest trzy metry niżej.
            Kucnął, oparł się rękami o kamień i skoczył. Wylądował z pluskiem na mokrym, śliskim kamieniu. Wzdrygnął się, gdy but zahaczył o coś glutowatego i wstrętnego.
            - Skaczcie! – krzyknął. – Na dole czysto!
            Pierwsza zsunęła się Sophie; za nią Zhalia, pod którą ugięła się noga i dla równowagi musiała klęknąć w brudnej wodzie; Lok, którego przed upadkiem na plecy uratował Cherit. Dante oświetlił ściany wąskiego korytarza.
            - Idźcie blisko ściany, jeden za drugim – zarządził, ruszając przodem.
            - Fuj – jęknęła Sophie. – Grzyb!

            Nagle usłyszeli koszmarny ryk: głośny, łamiący, potworny, nieludzki, jakby tysiące warknięć zlało się w jeden przerażający głos. Cherit sfrunął za ramię Loka, Dante uniósł wysoko latarkę, a Zhalia i Sophie sięgnęły po amulety z tytanami.

5 grudnia 2014

Łowcy cz.13: Nowa Łowczyni (Huntik)

            Zhalia wysiadła z taksówki naprzeciwko nowego, święcącego od ulepszeń lotniska. Dźwignęła na ramię zieloną, wypchaną torbę podróżną i ruszyła w stronę ruchomych schodów. Czarne, plastikowe japonki zsuwały jej się ze stóp przy każdym kroku. Oparła się o poręcz i kilka razy obróciła w palcach amulet z Tytanem. Chociaż był to dopiero początek jej specjalnej misji, już czuła się jak zwycięzca.
            Złamanie zabezpieczeń systemu Fundacji Huntik było banalnie proste, a zmienienie szczegółów misji Dantego – dziecinną igraszką. Mogłaby robić takie rzeczy obudzona w środku nocy, półprzytomna, z zamkniętymi oczami. Szybko usunęła nazwisko Scarlett Bryne i wstukała swoje dane, jeszcze zanim ktokolwiek dostał materiały. Jeden ruch, wejście do systemu i najtrudniejszy etap misji został zakończony. Bach, była już częścią drużyny Dantego! Co prawda, na razie na miesiąc, może dwa, ale czuła – a nawet była pewna – że na tym się nie skończy.
            Była jedną z niewielu samotnych  podróżnych wśród rozkojarzonego, łzawego tłumu. Ludzie żegnali się i witali, śmiali się i machali, gdy ktoś znikał za bramkami. Zaczął się okres wakacyjny, okres wycieczek i podróży rodzinnych. Zhalia skrzywiła się pod nosem.
            Przepychała się między ludźmi, z łokciami rozstawionymi przy bokach, w razie, gdyby ktoś próbował naruszyć jej świętą przestrzeń osobistą.
            Zerknęła na zegarek; jeszcze pół godziny do odlotu i równe trzy minuty do umówionego spotkania z Dante Vale’m i jego śmieszą drużynką. Usiadła na czarnej kanapie w ustalonym miejscu i czekała, rytmicznie uderzając palcem o sprzączkę torby.
            Chwilę później zobaczyła rozwrzeszczaną grupę.
            Dante Vale kroczył przodem, wyprostowany, z rękami wepchniętymi głęboko w kieszenie żółtego płaszcza. Za nim przepychała się dwójka nastolatków – dziewczyna w wysokim kucyku i ziewający chłopak. Był tak zaspany, że wpadł na jakąś siedmiolatkę z niebieskiej sukience, wytrącił jej loda i nawet tego nie zauważyła. Zhalia pamiętała twarze ich obojga, ale nie zaprzątała sobie głowy kłopotliwymi imionami.
            Dante zobaczył ją jako pierwszy – zatrzymał się w pół kroku, jakby właśnie zobaczył zmarłego, ale po chwili jego twarz rozjaśnił szeroko uśmiech.
            - Zhalia Moon – skłonił się i pomógł jej wstać. No proszę, dżentelmen, skwitowała krótko.
            - Dante Vale – uśmiechnęła się czarująco, trochę wymuszenie. Nigdy nie lubiła się uśmiechać, ale była naprawdę dobrą aktorką.
            - Nie spodziewałem się, że… że to będziesz ty – podrapał się po karku i spojrzał na nią zadziornie. Nie przeczytał materiałów, zauważyła błyskawicznie. Nawet nie sprawdził, kogo mu przydzielili. A podobno taki z niego profesjonalista.
            Sophie Casterwill odkaszlnęła głośniej niż było to koniecznie.
            Zhalia po raz pierwszy przeniosła na nią spojrzenie, a zaraz potem zerknęła na zaspanego Loka. Dziewiąta rano. Gdzieś słyszała, że nastolatkowie potrzebują niemal tyle samo snu, co małe dzieci. Sama zawsze cierpiała na bezsenność. W sierocińcach noce było płaczliwe; młodsze dzieci bały się ciemności i potrafiły zawodzić całymi nocami. Później musiała się uczyć, pracować nocami, że stać w miejscu, w którym stała teraz.
            -  Mam nadzieje, że nie jesteś rozczarowany.
            - O nie! Wręcz przeciwnie! – wydawało jej się, że Dante do niej mrugnął porozumiewawczo.
            - To dobrze, bo mamy robotę do wykonania.
            Sophie odkaszlnęła po raz kolejny.
            - A tak! Pamiętasz moją drużynę? Sophie Casterwill – poklepał dziewczynę po plecach i pokiwał głową z uznaniem. – Lepsza niż tysiąc encyklopedii. A to Lok Lambert. Dopiero się uczy, ale to talent jakich mało!
            Zhalia nie mogła wybrać, które z dzieciaków bardziej się ucieszyło i bardziej się zarumieniło, słysząc takie pochwały. Nic nie powiedziała; przypomniała sobie tylko, że jej nigdy nie chwalono,  tylko słyszała, co mogła zrobić jeszcze lepiej. Wyszła na tym lepiej niż ci, którym wiecznie schlebiano.
            - Do dzieła.
*
            W tym samym czasie pod inne lotnisko również podjechała wynajęta taksówka.
            Na przednim siedzeniu, gdzie zazwyczaj nikt nie siedział, rozwaliła się Carla Vale. Bez skrępowania założyła nogi na deskę rozdzielczą i odchyliła fotel do tyłu, prawie rozkładając się na tylne miejsce. Dolores nie bardzo wiedziała, co zrobić z nogami, ale nie miała odwagi się odezwać. Kierowca, gdy raz zobaczył Zabijace Spojrzenie Carli Vale, też nieszczególnie kwapił się do zwracania uwagi.
            Meredith usiadła z drugiej strony. Wyciągnęła z podręcznej torebki przewodnik. Dolores wyciągała szyję i zerkała, ale na próżno – nie zdołała zobaczyć, o jakim mieście będzie czytać. Westchnęła wściekle i przeklęła w myślach.
            Czuła się więźniem od chwili, gdy przybyła do domu Carli Vale. Zabrano jej telefon (a przy tym usłyszała kpiące, zjadliwe „Co, chcesz dzwonić do Organizacji po wsparcie, bo coś nie wyszło z twoją kiepską historyjką?”) i traktowano jak wroga na łasce. Wszystko to nie byłoby tak bolesne, gdyby kiedyś nie należała do najbliższych Carli Vale i jej syna.
            Kochała ich wszystkich tak bardzo! Dantego, Lorcana, Meredith, Metza, nawet Carlę. Nie chciała dłużej donosić, ale wszystko zrobiła nie tak. Kilka lat temu, gdy ojciec zagroził, że odetnie ją od wszystkich środków, że ją wydziedziczy i wyrzuci z domu bez niczego, spanikowała i natychmiast zmieniła zdanie, porzucając Fundację Huntik. Długo pluła sobie w twarz za tak koszmarnie błędną decyzję, ale chciała zadość uczynić, teraz, gdy nadchodziło zagrożenia dla Łowców, pomagała. Westchnęła cicho, przygnębiona ciszą w samochodzie. Jeszcze długo potrwa, zanim będzie mogła normalnie oddychać w swoim starym towarzystwie.
            - Lola.
            Głos Carli z jakiegoś powodu zaczął przyprawiać Dolores o palpitację serca.
            - T-tak?
            - Zgadnij, kto aktualnie robi staż w Paryżu.
            Dolores zmarszczyła brwi. Paryż? Jak to Paryż? Dlaczego Paryż? Ich ostatni trop – nędzna buda zielarza – prowadził do Malagi. Próbowała rozgryźć tok myślenia Carli Vale, ale niczego nie wymyśliła. Nie śmiała spytać, świadoma, że i tak niczego by jej nie wyjaśniona. Próbowała sobie przypomnieć, czy Organizacja ma jakąś istotną bazę, ale nie pamiętała takiej lokacji. Ich najważniejsze centrum znajdowało się daleko, w Pradze. Jedynym, co kojarzyła z Paryżem, była letnia rezydencja Octerów – ulubiona willa jej rodziców, nic istotnego. Czego Carla tam szukała? I o co chodzi z tym robieniem stażu?
            - Staż? – powtórzyła tempo   Dolores.
            - Lorcan. Może mógłby nam pomóc?
            Dolores mogłaby przysiąc, że Carla uśmiecha się parszywym uśmiechem sadysty.
            Nic nie odpowiedziała, tylko zacisnęła mocno zęby. Lorcan był jej przyjacielem, kompanem w drużynie, ukochanym, kimś, kto jej ufał i kogo porzuciła, gdy tylko pojawiły się pierwsze kłopoty. Na myśl o spotkaniu, poczuła, jakby ktoś mocno strzelił ją w tył głowy albo jakby przewróciła się na oczach całej szkoły – zażenowana, zawstydzona, oszołomiona.
*
            W środku samolotu było ciepło i duszno, a pasażerowie wciąż się wymijali w wąskim przejściu, przydeptując sobie nawzajem stopy. Sophie pomyślała, że gdyby to nie stary Guggenheim decydował o sposobie transportu, siedziałaby teraz w wygodnym, przestronnym samolocie Fundacji przeznaczonego na ich własny użytek. Dante wolał trzymać się wskazówek Fundacji, która cięła koszty, od kiedy był na cenzurowanym przez ich nieudaną misję.
            - Co ona tu robi? – wysyczała Sophie przez zęby, sadowiąc się na małym fotelu samolotowym. Torebkę położyła pod nogami i ściągnęła fioletową koszulę, odsłaniając nieopalone ramiona.
            - Kto? Zhalia? Pomaga nam – odparł trzeźwo Lok.
            - Jasne, akurat nam pomaga! Spotykamy ją  d r u g i  raz w takim krótkim czasie. Nie wydaje ci się to podejrzane?
            - Przypadek? – Lok wzruszył ramionami, próbując daremnie rozplątać słuchawki.
            - Nie wierzę w przypadki!

            Sophie znała siebie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, jak wyczuwać ludzi. W Zhalii było coś, czego nie rozumiała, co budziło w niej sprzeciw i co sprawiała, że rozsądek pokrzykiwał, aby uważać, tak na wszelki wypadek.

1 grudnia 2014

Burza cz.6: Pamiątka z wojska ((Huntik/Revolution, Zhante)



            Następnego dnia budzę się ze spuchniętą, napęczniałą parówką zamiast nogi. Skórę pokrywają cienkie żyłki, a przy każdym dotyku mam ochotę wrzeszczeć z bólu. Rana jest brzydka, rozjarzona i nie zapowiada się, żeby zamierzała szybko się zasklepić. Dante patrzy na nią ponuro i znów przemywa piekącym płynem – spirytus albo jakiś alkohol?
            - Zajmiemy się tobą – uspokoją mnie, gdy zaciskam mocno zęby, a boli bardziej niż chcę to przyznać.
            Ruszamy dalej, mimo, że Dante podejrzliwe na mnie patrzy. Cherit truchta tuż przy nim, czasem biega za drzewo, łapie trop jakiejś zwierzyny i trąca swoich wielkim, czarnym nosem Dantego. Trzyma się ode mnie z daleka, czasem tylko zerknie na mnie jak na kogoś, kto chciałby oderwać mu ogon.
            Zwierzęta nieźle wyczuwają ludzi.
            Jest południe, gdy dochodzimy na skraj lasu. Dante uśmiecha się z zadowoleniem i pokazuje na nędzną, zabitą dechami ruderę.
            - Nasz tymczasowy lokal. Lok i Sophie tam zostali.
            Kiwam głową bez przekonania, ale nie komentuję marnej budki. Zawsze wiedziała, że bazy Rebeliantów to prawdziwe, cuchnące nory, ale nie sądziłam, że skrywają się w tak smutnych, opuszczonych domach, gdzie pewnie nie ma nic poza gołą podłogą.
            - Mieszkała tu kiedyś stara Beth, oddała nam mieszkanko – tłumaczy Dante, rzucając Cheritowi wielki, ciężki badyl. Pies lata po łące, szczekając i podskakując. Od domu dzieli nas jakieś trzydzieści metrów. – Żadne wygody, ale nikt nie zwraca uwagi na takie chatki.
            Zagotowuję w pamięci, by w pierwszym raporcie dla majora Nevilla dodać adnotację, żeby milicja zaczęła zwracać uwagę na takie chatki.
            - Jest woda, no i strych z dobrym widokiem. Łatwo patrolować okolicę.
            Przynajmniej na tyle rozwagi, by się rozejrzeć od czasu do czasu. Mruczę coś w stylu „a-aha” i znowu idziemy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Zastanawiam się, jak załatwić sprawę z raną – póki co jestem niedysponowana, gdy przyjdzie czas uciekać, ja co najwyżej mogę pokuśtykać do najbliższego krzaka. Wzdycham ciężko. Że też cholerni milicjanci zawsze muszą trafiać.
            - W oddziale mamy nowych i poszli ze mną – wyjaśnia jeszcze Dante. Nie lubi milczeć; zauważyłam to od chwili, gdy się poznaliśmy. Woli rozmawiać, próbuje zrozumieć ludzi, co na dłuższą metę jest trochę męczące. – Oni nawet nigdy nie widzieli flagi Stanów Zjednoczonych.
            - Ile mają lat?
            - Jakieś siedemnaście? Mogli mieć po dwa lata, gdy… no wiesz. Gdy zgasło światło.
            Zawsze mnie fascynowała, że taka gówniażeria chce wspierać i pomagać Rebeliantom. Te bandy zrzeszały stukniętych wariatów, niepogodzonych z losem, głupich marzycieli, ludzi raczej starszych, którzy pamiętali dawny porządek i śnili o nim, wyobrażając sobie jak cudownie byłoby żyć jak kiedyś.
            - Klaus, a może oni mają rację? – spytałam kiedyś naiwnie, gdy mój mentor i przyjaciel uczył mnie jak zawiązywać i rozwiązywać mocne supły i węzły nie do zdarcia. Uśmiechnął się, ukazując wielkie, żółte zęby i pokiwał głową, jakby tłumaczył dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie.
            - Nasze Stany nie dałyby sobie rady bez prądu, bez samolotów i wszystkich tych dobrodziejstw starej ery – odparł rezolutnie Klaus, bawiąc się swoim okularem w złotej oprawce. – Nowe czasy potrzebują nowych ludzi. Takich jak Sebastian Monroe, jak ja i… jak ty.
            Po latach zrozumiałam, że Sebastian Monroe nie nadaje się na nowego człowieka dla nowych czasów, ale nie zaczęłam popierać tych samozwańców, bo aż za  dobrze pamiętałam brutalne przebudzenie, gdy stary system padał i trwała anarchia, a  za słabo – samo normalne życie przed Zgaśnięciem.
            Wybrałam najlepszą opcję – odcięłam się od wszystkich i zrezygnowałam, skupiając się na prostych sprawach. Żadnego strzelania, żadnych idei, żadnych wielkich celów, zamiast tego ukrojenie równej kromki chleba i zacerowanie koszuli. Nie chcę się angażować – póki co wychodziło mi to całkiem nieźle.
            - Dante! Jesteś już!
            Ze środka wysunęła się pyzata, blada dziewczyna z ciemnymi blond włosami, w różowej bluzie i zwężanych jeansach. Była naprawdę ładna, a niewiele kobiet i dziewcząt miało czas być  ł a d n y m i  w dobie, gdzie trzeba było przede wszystkim być  d o  s t  s o w a n y m.
            - Cześć, Sophie. Zobacz, kogo spotkałem
            - Kto to jest? – dziewczyna przeniosła na mnie spojrzenie zielonych oczu i zmarszczyła brwi. Skinęłam krótko głową.
            - Zhalia Moon – Dante uśmiecha się i wpuszcza mnie do środka. - Rebeliantka. Uciekła milicjantom. Dzielna kobieta, słowo daje. Przyda nam się w oddziale.
            Sophie unosi sceptycznie brwi, ale Dante jest zajęty snuciem opowieści o naszym spotkaniu. Niewiadomo skąd pojawia się wysoki, chudy blondyn w za dużej skórzanej kurtce i mowa o powrocie do reszty oddziału. Serce zaczyna mi bić mocniej. Jestem tak blisko wsiąknięcia w samo centrum Rebeliantów. Dwójka próbuje mnie wypytywać, ale Dante kończy wszystkie rozmowy i proponuje mi kąpiel.
            Kąpiel! Mam ochotę oddać mu królestwo za tak słodką, ciepłą obietnicę.
            - Fajnie, że jesteś z nami – mówi Lok na odchodne.
            - Każda pomoc się przyda – dodaje Sophie i chyba nawet się uśmiecha.
            Zanim zdążyłam się obejrzeć, w małym, bocznym pomieszczeniu stoi ogromna balia z gorącą, świeżo zagotowaną wodą zmieszaną z najzwyklejszą w świecie deszczówką. Jest jak zbawienie po stresach ostatnich dni.
            Mam ochotę roześmiać się ze szczęścia, gdy zauważam, że obok balii leżą nowe rzeczy – czyste, złożone w kostkę, suche. Wszystko, co noszę teraz, jest brudne, poszarpane, śmierdzące i wilgotne. Ściągam bluzkę i spodnie razem z butami i rzucam je w kąt, świadoma, że pewnie niewiele da się z nich uratować. Ale może pójdą na łaty. Grzechem byłoby wyrzucać dobry materiał, gdy wszystkiego jest tak mało.
            Wchodzę do letniej wody i szoruję się długi czas. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że skóra mnie tak swędziała i piekła. Gdy znów jestem czysta, czuję się jak inny człowiek. Związuję mokre włosy z luźny kucyk i wciągać miękkie, materiałowe spodnie. Należą najpewniej do tej Sophie; są trochę za szerokie i za krótkie, ale ściągam mocno gumę i biorę do rąk koszulkę.
            Koszulkę z krótkim rękawem. 
            Sztywnieje i natychmiast czuję pieczenie na wewnętrznej stronie nadgarstka jakby ktoś przyłożył mi tam rozżarzone węgle. Do tej pory nie zastanawiałam się, co będzie, gdy ktoś zauważy moją pamiątkę po służbie w Milicji. Przełykam głośno ślinę. Mój dotychczasowy strój zasłaniał ślad i nie musiałam się o nic martwić.
            Zakładać koszulkę i opieram się o brzeg balii. Długo wpatruje się w brzydką, poszarpaną bliznę. Nawet, jeśli  nie przypomina już znaku noszonego przez Milicjantów, łatwo się domyślić, czym kiedyś była.
            Znów bolesne ukłucie na nadgarstku.
            Nagle słyszę pukanie i drzwi się otwierają, a do środka wchodzi Sophie.
            - Mam nadzieję, że ciuchy są na ciebie dobre… Straszna z ciebie chudzina i ciężko coś sensownego znaleźć. Gotowa? Mamy spotkanie w szpitalu polowym… - urywa nagle i wpatruje się w jeden punkt z rozdziawionymi ustami.
            Zobaczyła.
            - Parszywa oszustka! – krzyczy. Nie ruszam się z miejsca, nawet nie zasłaniam blizny. Dziewczyna staje w pozycji bojowej, ale kolana jej się trzęsą – jest jeszcze niedoświadczona i trochę się obawia. - Milicjantka, co? Przechytrzyłaś Dantego!
            - Co tu się dzieje?! – do środka wpada Dante, zaalarmowany hałasem. Patrzy najpierw na oburzoną Sophie i jej palec, wyciągnięty oskarżycielsko w moją stronę, a potem widzi bliznę. Nie jest głupcem; dobrze wie, że wszyscy Milicjanci mają na nadgarstku wypalony znak. Rana w takim miejscu n i e  m o ż e  być przypadkiem.
            - Zhalia.
            Mam ochotę dać sobie samej po pysku za to, że stoję bez ruchu, gdy powinnam powiedzieć cokolwiek, zrobić cokolwiek – grać głupią, udawać, że kiedyś dziabnął mnie tu pies, uciekać, atakować. Przełykam ślinę.
            - Co to jest?
            - Jak to co?! – obrusza się Sophie. – Była w Milicji! Okłamała cię!
            Zaciskam oczy na chwilę i zaraz je otwieram. Weź się w garść, powtarzam sobie w głowie. W tej chwili ważą się moje losy. Jeśli niczego nie zrobię, będę tak biernie stała, to kaput. Muszę zareagować zanim padnie strzał. Nawet jeśli ci żałośni Milicjanci mnie puszczą, to ze strony Milicji czeka mnie najstraszniejsza z kar. Za dezercję, za niszczenie mienia, za kilka pomniejszych zabójstw, przez które do dziś budzę się zlana potem.
            - Owszem, byłam – mówię lodowato. – I zapewniam cię, że właśnie dla tego, na świecie nie ma nikogo, kto nienawidziłby ich bardziej ode mnie.
            - Komu chcesz wepchnąć ten kit? – krzyczy Sophie.
            - Usiądźmy. - Dante cicho wskazuje na stojące przy ścianie plastikowe krzesła i pomazany, brudny stolik, po którym chodzi znudzona, senna mucha. – Naprawdę musisz nam wiele wyjaśnić, Zhalia – mówi twardo i czuję, że jest tak samo wzburzony jak Sophie, może tylko mniej to okazuje. - Jesteś Milicjantką, prawda?
            - Byłam – poprawiam mechanicznie i póki co, wciąż mówię prawdę. – Dawno to rzuciłam.
            - Na rzecz Rebeliantów? To dość duża zmiana! – prycha Sophie.
            - Dlaczego? – Dante daje jej znak dłonią, żeby była cicho chociaż przez trzy minuty. Przez moment patrzy mi prosto w oczy tak intensywnie, że coś we mnie pęka. Blokada, która długi czas sprawiała, że byłam obojętna, gdy z naszej wioski ściągano dzieciaków do Milicji, gdy wymuszona więcej plonów niż byliśmy w stanie zebrać, gdy strzelono do Bena Mathesona.
            - W Milicji nikt nie jest niezastąpiony – mówię głosem wypranym z emocji.
            Sama nie wiem, czemu, ale muszę zacisnąć ręce w pięści, bo na mojej ręce otwiera się rana. Piekielnie pali. A w środku, gdzieś na wysokości lewej piersi, czuję paskudny ucisk. Odradza się poczucie porzucenia i wściekłość.
            - Co to znaczy?
            Nie chcę sobie przypominać, a jednak – widzę upadającego chłopaka. Zdaje się, że miał na imię Rick, albo jakoś inaczej, równie pospolicie i nudno. Był w porządku, nigdy nie powiedział niczego za plecami, uczciwy. Nie zasłużył, by go zostawić za łasce, niełasce Teksasu. Więcej go nie widziałam, podobnie jak wszystkich innych żołnierzy, żołnierzy Monroe’a, których się wyrzekł, gdy pojawiło się zagrożenie.
            - Zostawili nas… - szepczę cichutko. Nigdy nikomu nie mówiłam o tamtym dniu na granicy z Teksasem. – Po prostu nas zostawili, bo nigdy nie brakuje rekrutów…
            Stosunki na granicy Republiki Monroe’a i Teksasu zawsze były napięte. Nieustanne patrole, wzajemne grabieże i wisząca groźba wojny. Niech Bóg ma w opiece Milicjanta, który dostanie się w ich ręce. Musiałam zagryźć zęby.
            - To miał być zamach. Na Henry’ego Gretta. Znasz tego starucha? To głupi, spleśniały polityk z Teksasu. Ale miał kiedyś jakieś starcie z generałem Monroe’em – nieświadomie wciąż używam pełnego nazwiska z szacunku i ze strachu, jaki pozostaje w głowie na zawsze.
            - Ale się nie udało – zgaduje Dante.
            - Nie. Wszystko poszło nie tak… Wszystko, co mogło, poszło nie tak! Strzelali do nas jak do kaczek, a gdy… generał Monroe nie przyjmuje do wiadomości, że jego żołnierze ponieśli porażkę.
            - Co zrobił? – z głosu Dantego ucieka zawziętość. Współczuje mi, chociaż nigdy nie chciałam i nie potrzebowałam czyjejkolwiek litości.
            - Powiedział… Powiedział, że to był wybryk niedoświadczonych żołnierzy, o którym nic nie wiedział. I zgodził się oddać nas… Do Teksasu.
            W pokoju zapada cisza.
            Nagle orientuje się, że właśnie wyspowiadałam się ze wszystkiego, co siedziało we mnie od tak długiego czasu. Nigdy nikomu nie powiedziałam, co stało się, że zdezerterowałam, nigdy nikomu nie powiedziałam o Teksasie. Myślałam, że tak dobrego człowieka – tak wyszkolonego, tak bezwzględnego, tak niesamowicie sprytnego – oszczędzą, że mój przyjaciel, mentor, stary Klaus się za mną wstawi, ale nie. Znaleźliby dziesięciu innych, może lepszych, na przykład krzepkich facetów z mięśniami zamiast mózgu. A rzekomych winowajców oddano do Teksasu pod tamtejszy wymiar sprawiedliwości.
            Byłam wtedy taka wściekła, taka rozżalona, zdradzona, że chciałam gołymi rękami wyszarpać serce generałowi Sebastianowi Monroe’owi. Zagryzam mocno wargi.
            - Gdy wstępujesz do Milicji, mógłbyś oddać życie za Republikę Monroe’a. Szkoda, że Republika Monroe’a nie chce nigdy nadstawić karku za ciebie. I właśnie dlatego jestem tu, teraz. Żeby nikogo więcej nie poświęcono dla spokoju Monroe’a.
            Znowu jest cicho. Czuję, że ucieka ze mnie powietrze. Popełniałam błąd, ale zorientowałam się za późno. Otworzyłam wszystkie dawno zasklepione rany; odrodził się żal, za to, że nas zostawiono, porzucono, gdy zaczęły się problemy, odrodziła się wściekłość za te kilka osób, które nie zdołała uciec i za pewno zdychało w męczarniach, odrodziła się chęć pozbycia się generała Monroe’a raz na zawsze.
            Zaangażowałam się, myślę przerażona. Nie tyle zaczęłam popierać Rebeliantów, ale pozwoliłam sobie znów nienawidzić Milicji. Do tej pory nie przejmowałam się niczym, nic mnie nie obchodziło. Najprostsze rozwiązanie, dzięki niemu byłam bezpieczna, zajmowałam się tylko sobą samą. A teraz zaangażowałam się w nienawidzenie, pozwoliłam sobie ulec emocjom.
            Zaangażowanie prowadzi do działania.
            - Przepraszam, że cię oskarżyłam – mówi cicho Sophie i wychodzi z pokoju.
            Gdy zamyka za sobą drzwi, Dante pokrzepiająco ściska moją dłoń.
            - Przykro mi z powodu tego, co się stało.
            Wybuchnęłam. Gdy nazwałam po imieniu, że Monroe zdradził swoich ludzi, zostawił ich, porzucił, wydał, sprzedał za swój spokój, poczułam, że znowu jestem aktywna, pełna emocji, jak burza, gotowa iść, wbrew wszystkiemu.
            To jak przebudzenie z wielomiesięcznej apatii.
            Ogarnia mnie przerażenie, że nagle mam w sercu bunt. Jeszcze słaby, nieśmiały, którego sama nie chce, bo sprowadziłby na mnie klęskę, ale jest. Jest bunt.
            Już nie tchórzostwo, uciekinierstwo, które chowało się na widok każdego Milicjanta, które siedziało w domu przy każdym patrolu i które gotowe było na wszystko, byle tylko być bezpiecznym.

            W mojej głowie pojawia się nagle jeszcze jedna myśl. Pomagam człowiekowi, którego znienawidziłam, który mnie skrzywdził, który odwrócił się ode mnie i innych właśnie wtedy, gdy potrzebowaliśmy przywódcy, który powie To moi ludzie. Nie oddam ich. Ogarnia mnie wstręt do samej siebie.