Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty

29 stycznia 2015

Zawsze będę (Star Wars, one-shot)



         - Nie ruszaj tamtych kabli! – warknął Han, unosząc zaparowane gogle i mierząc dziesięcioletnią córkę najsroższym ze swoich spojrzeń. Dziewczynka uśmiechnęła się ujmująco, ale tym razem nie rozpuściła irytacji ojca. Posłusznie odsunęła się od uszkodzonego mechanizmu i zajęła przestawianiem dźwigni i wciskaniem guzików.

         Han przetarł zaparowane gogle rękawem starej koszuli i ponownie pochylił się nad otwartym włazem. Silnik podświetlny Sokoła Tysiąclecia zajęczał nieszczęśliwie, jakby miał żal do swojego właściciela za zapomniany przegląd techniczny, błysnął i ponownie zamilkł. Han zaklął cicho, ale podejrzewał, że córa i tak usłyszała i od tej pory będzie powtarzać obelgę przy każdej okazji.

         - Nie ruszaj! – krzyknął jeszcze raz i usłyszał stłumione westchnienie i to samo przekleństwo, które sam przed chwilą powiedział. Chociaż nie był wrażliwy na Moc i nie miał o niej bladego pojęcia, wiedział doskonale, kiedy jego uparta córka go słucha, a kiedy próbuje realizować swoje własne zadania – a w tym przypadku pobawienie się uszkodzonym mechanizmem Sokoła.

         Jaina z rezygnacją usiadła przy włazie i przewiesiła nogi przez krawędź dziury, tak, że machała pozdzieranymi butami tuż koło nosa Hana. Ilekroć próbował się skupić, przekręcić śrubkę albo zespawać kabel, stopy córki migały mu przed oczami. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że Jaina celowo go drażni, czeka, aż uda się go zezłościć, a potem zacznie bijatykę albo ucieknie i zmusi, by za nią gonił przez całą rezydencję.

         Zamiast tego, zanim zdążyła się zorientować, poderwał się na równe nogi i złapał ją za kostki, tak, że miała głowę na wysokości jego kolan. Jaina zapiszczała z uciechy i spróbowała się wyrwać, ale bezskutecznie.

         - Ze mną nie wygrasz, dzieciaku! – zawołał, ale pozwolił jej zejść na ziemie i zaraz wdrapać się na plecy. Śmiech rozbrzmiewał w całym pomieszczeniu, odbijał się echem o  ściany i pewnie niósł po całej rezydencji, nawet tam, gdzie Jacen i Anakin byli pochłonięci oglądaniem holofilmów.

         Jaina wybuchnęła śmiechem i spróbowała stanąć na jego ramionach, ale nie pozwolił. Ściągnął ją z pleców i złapał pod ręce, zakręcił, wywołując kolejną salwę pisków i śmiechów. Dopiero, gdy zaczęła zapominać, że w przerwie między jednym krzykiem a drugim, należy zaczerpnąć tchu, postawił ją na podłodze i sam opadł na ziemię.

         Dziewczynka westchnęła, zawiedziona końcem psot, ale usiadła obok niego i położyła głowę na szerokim ramieniu ojca. Ona i Jacen byli wiernymi kopiami Hana Solo, nawet kopiowali jego sławny na całą galaktykę uśmiech.

         - Jestem głodna – oznajmiła po chwili, jakby w nadziei, że dostanie jakieś słodycze, ale ojciec pokręcił tylko głową.

         - Nie przypominam sobie, żeby kuchnia była zamknięta – stwierdził, czochrając rozpuszczone włosy. Jaina miała równie gęste i ładne włosy jak jej matka, księżniczka Leia Organa Solo, ale nigdy ich nie czesała ani nie kręciła, zbyt zagoniona, by mieć czas na takie „babskie bzdury”, jak zwykł mawiać Jacen. Pędziła, żeby wszystko zobaczyć, wszystko przeżyć, wszystkiego doświadczyć.

         - Zrobisz mi coś...? – westchnęła przymilnie, ale pokręcił głową.

         - A Moc łapek nie dała? – dźgnął ją lekko w żebro i wrócił do pracy.

         Siedziała jeszcze chwile, ale zaraz ruszyła w stronę kuchni w poszukiwaniu czegoś, co można by było szybko przyrządzić, a najlepiej zjeść od razu. Han podejrzewał, że zmusi starego, złotego droida Threepio, żeby jej coś przygotował, bo sama była zbyt leniwa, by zajmować się czymś tak prozaicznym jak gotowanie.

         Chwile potem usłyszał odległy trzask drzwiczek i uradowany okrzyk, spowodowany najpewniej odnalezieniem ciasteczek. Han westchnął cicho. Miał w domu trzy niemożliwe żarłoczne bestie, które znalazły każdy schowany smakołyk.

         Pochylił się jeszcze raz nad silnikiem i ponownie podjął się próby naprawy. Jeden z przewodów zaskwierczał ostrzegawczo, błyskając niebezpiecznie. Han cofnął rękę, nie mając ochoty składać ofiary ze swojej krwi, ale już wiedział, że tamten uszkodzony mechanizm, który Jaina chciała reperować, ma związek z problemem z silnikiem.

         Westchnął cicho i skupił się; delikatnie odsłonił pokrywę ostrym pilnikiem i kleszczykami zaczął przekręcać kolejne trybiki. Ciepło buchnęło mu w twarz, w chwili, gdy dotknął czerwonego mechanizmu. Burknął coś pod nosem, mrużąc oczy, ale zignorował dym i nie zamierzał odpuścić.

         Już miał odłączyć jeden z kabli zasilania, gdy usłyszał krzyk, a potem huk upadku.

         Zerwał się na równe nogi, omal nie uderzając głową w krawędź włazu i omiótł spojrzeniem sytuacje. Poczuł, że ręce zaczynają mu się pocić, a serce przyspiesza trochę za bardzo.

         Jaina leżała bez ruchu niedaleko uszkodzonego mechanizmu z przerwanymi kablami. Zdawała się być słaba i bezwładna, skulona w pozycji płodowej, jakby ktoś nią rzucił.

         - Cholera jasna! – wrzasnął Han, biegnąc do dziecka.

         Jaina była uparta, tak samo jak on i Leia, a może nawet bardziej. Nieważne, że prosił, żeby nie dotykała, przestrzegał, że może okazać się niebezpieczne, ona musiała iść po swojemu, zrobić wszystko, węgle własnego widzi misie. Działała zgodnie z zasadą, ja będę pierwsza, której nic się nie stanie, nieważne, że prosił „nie wsadzaj tam nogi”, ona i tak by weszła, nawet gdyby miała stracić całą kończynę.

         Delikatnie uniósł swoją małą dziewczynkę i niepewnie, drżącą dłonią, zmierzył puls. Był. Odetchnął z ulgą, całując jasne czoło. Twarz miała spokojną i senną, zupełnie nieświadomą, jakiego stracha napędziła ojcu. Straciła przytomność, to wszystko. Han próbował się uspokoić, ale palce i tak mu drżały.

         Spróbował ją ocucić. Uderzył lekko blady policzek, modląc się, żeby znów ujrzeć błyszczące oczy córki w kolorze koreańskiej whisky. Drgnęła i zamrugała powiekami, krzywiąc twarz. Spróbowała przysłonić ręką oczy, zaślepiona intensywnym światłem paneli jarzeniowych.

         - Tato...? – bąknęła cicho, prawie płaczliwie.

         Han nie był w stanie mówić; westchnął ciężko i ucałował ją w czoło przejęty i wzruszony, a przede wszystkim wdzięczny, chociaż nie wiedział komu. Jaina poruszyła się lekko w jego ramionach, wciąż obolała.

         - Nie cierpię elektrowstrząsów – westchnęła cichutko, pozwalając, by wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju, który dzieliła z bratem bliźniakiem, Jacenem. Chciała coś powiedzieć, wytłumaczyć się, ale nie potrafiła znaleźć słów. Wydusiła w końcu krótkie : – Przepraszam.

         - Daj spokój, dzieciaku – mruknął Han, naciskając łokciem klamkę i wnosząc ją do pokoju. W duchu przeklinał własną nieostrożność. Gdyby tylko był przezorniejszy, zabezpieczył kable, być może Jainie nic by się nie stało. – Zaraz zadzwonię po droida medycznego.

         Już miał wstać i odejść, gdy chude palce zacisnęły się na jego ręce i delikatnie zatrzymała. Jaina patrzyła na niego ze skruchą i czym na kształt strachu i strasznego poczucia winy; chociaż niczego nie mówiła, zrozumiał.

         - Przepraszam – bąkneła jeszcze raz.  – Powinnam była cię słuchać. Teraz jesteś zły.

        Han skrzywił się lekko. Owszem, był wściekły, ale nie na Jainę. Jeśli czegokolwiek nauczył się od Luke’a Skywalkera, to tego, że nikt nie jest odpowiedzialny za jego uczucia, jedynie on sam. Musiał się nauczyć za nie odpowiadać, rozumieć samego siebie, ale nikogo nie obciążać. W tej chwili był raczej zły na samego siebie, że nie zdołał upilnować dziecka.

         - Powinnaś – przyznał, siadając obok. Pogłaskał dziewczynkę po czole i przez chwilę milczał. – Ale nie jestem zły.

        Wydawało mu się, że w brązowych oczach córki zatańczyły iskierki ulgi. Chciał, żeby Jaina, Jacen i Anakin, byli najszczęśliwsi na świecie. Żeby nie musieli nigdy robić niczego wbrew sobie. Żeby byli zdrowi, bezpieczni... Na pewno nie chciał, żeby jego ukochana córa poznała ból.

         - Więc dlaczego...? Czuję, że coś jest nie w porządku.

         Han uśmiechnął się krzywo. Oczywiście, Moc.

         – Wiesz, że jesteś całkiem jak ja?

         Jaina uniosła brwi całkiem tak, jak czyniła to jej matka za każdym razem, gdy udało mu się ją zaskoczyć. A nie łatwo było zaskoczyć księżniczkę Leie Organę Solo.

         - Zawsze musiałem zrobić wszystko po swojemu – westchnął, pozwalając, by małe, gładkie ręce bawiły się jego dużymi dłońmi. – Spotkałem na swojej drodze wielu ludzi... I teraz, jak tak myślę, to zaskakująco często źle wybierałem. I przez to cierpiałem.

         Jaina zmarszczyła brwi, ale się nie odezwała.

         - Zrobiłem całkiem sporo głupot. Ale wiesz, wszystko się ułożyło. Mam najwspanialszą żonę na świecie i troje genialnych dzieciaków, chociaż mnie nie słuchają – dodał z krzywym, cierpkim uśmiechem. Jaina leciutko się zarumieniła, ale minę wciąż miała poważną i zamyśloną, jakby rozważała słowa ojca.

         - Co chcesz powiedzieć? Jesteś zły, bo jestem jak ty i... robię głupoty?

         - Chciałbym cię chronić. Od całego zła, które siedzi w Galaktyce. Ale przecież nie dam rady. Musisz sama się wielu rzeczy dowiedzieć... Złości mnie, kiedy nie potrafię się tobą zająć jak trzeba, co zrobić. Przyjdzie jeszcze wiele takich sytuacji, że nie będę mógł obronić cię przed bólem...

         - To znaczy, że muszę sama sobie radzić? Bez ciebie? - Jaina wcale nie wydawała się zadowolona; skrzywiła się i popatrzyła na niego z mieszaniną strachu i niepewności. Odszukał jej dłoń i uścisnął.

         - Dzieciaku – Han spojrzał głęboko w oczy córki. – Nieważne, co się będzie działo, ja zawsze będę przy tobie. Nie przeżyję za ciebie życia, nie przecierpię wszystkiego, ale zawsze będę, słyszysz? I zawsze możesz do mnie przyjść.

         Jaina uśmiechnęła się, podniosła się chwiejnie i ucałowała policzek ojca.

18 stycznia 2015

Gonitwa XIII (Gwiezdne Wojny)




            Milo powoli szedł ciemnymi uliczkami, dźwigając na plecach ogromną torbę. Wnętrze było więcej warte niż wszystko, co miał przez całe swoje życie. Cenne leki, które mogły uratować życie jego chorego brata.
            Chwiał się na nogach, wciąż skołowany wydarzeniami dzisiejszej nocy. Próba zdobycia leków według szaleńczego planu, ten obłęd – bo taka siła nie mogła być normalna – włamanie się do Pałacu i pojawienie się Donar Turii.
            W  tamtej chwili był pewien, że jego życie skończy się na pałacowym dziedzińcu. Tymczasem strażnicy Donar Turii poprowadzili go do upiornie białego laboratorium. Nigdy wcześniej nie widział tak czystego miejsca. Aż wstydził się wchodzić w swoich zakurzonych, starych butach, a jednocześnie do głowy przychodziły mu najczarniejsze myśli: chcieli na nim robić jakieś eksperymenty? Jeden ze strażników szepnął trzy słowa do medyka, a ten – pogrzebawszy chwilę na pułkach – wręczył Milo paczkę z lekami, życząc spokojnej nocy. Zdębiał.
            Ci, którzy podpadli Dona Turii, któregoś dnia po prostu nie wracali do domów, znikali bez wieści, pozostawiając zdruzgotane rodziny. Milo słyszał mnóstwo podobnych historii i nie wierzył, że by on – zwykły dzieciak – był wyjątkiem od tej okrutnej reguły.
            Przekraczając bramy Pałacu, uświadomił sobie, że to nie on, ale Ahsoka była wyjątkiem. Ona zażądała jego uwolnienia, a Donar Turia przytaknęła nie z łaskawej litości, ale dlatego, że było jej wszystko jedno, niech już będzie.
            Ahsoka uratowała mu życie, zdał sobie sprawę. Dwa razy.
            Był roztrzęsiony do tego stopnia, że aż zapomniał o najprostszej prawdziwe jego planety: Donar Turia nie odpuszcza.
            Nie miał pojęcia, że w chwili, gdy opuścił bramy Pałacu, Donar Turia kazała przeszukać rejestry fabryk i znaleźć wszystkich o nazwisku Milo. Nie minęło pół godziny, a pod jego domem już stał oddział żołnierzy, zabierając ojca, matkę i osobę, której absolutnie nie powinno tam być – Anakina Skywalkera, który ledwo zdołał uciec z więzienia, już do niego wracał.

*

            - Wojna trwała długo i pochłonęła zbyt wiele istnień – cichy głos Kanclerza niósł się po senacie, odbijając echem od ścian. Padme siedziała wyprostowana, w fioletowej sukni z odkrytymi ramionami, którą Anakin zawsze uważał za ładną.
            - Ale dzisiaj, w tym historycznym momencie, mogę z dumą ogłosić, że wojny klonów zostały zakończone – ostatnie słowa Kanclerza zagłuszyły gromkie oklaski dochodzące z każdego kąta sali.
            Padme – jako jedna z nielicznych – nie podniosła się z miejsca. Nie dlatego, że nie podzielała szaleńczej radości pokoju, ale dlatego, że nie miała siły. Ogarnęła się błogosławiona ulga i spokój. Koniec. Oficjalne ogłoszenie zawieszenia broni rozbrzmiewała w jej uszach jak najmilsza melodia. Poczuła, że łzy staję jej  w oczach. Nadszedł koniec niespokojnych czasów, teraz przyszedł czas na odbudowę, na reformy i postęp, na… rodzinę.
            Uśmiechnęła się, opuszczając budynek senatu. Niedaleko, na lotnisku, przy nowym myśliwcu, czekał ten, którego najbardziej życzyła sobie zobaczyć. Generał Skywalker w pełnym umundurowaniu, z niemym szczęściem wypisanym na twarzy.
            Padme nie czekała ani chwili dłużej. Nie patrząc, że dookoła roi się od pilotów, klonów i Jedi, pobiegła przez lądowisko, gubiąc po drodze szpilki ze złotymi kamyczkami. Anakin nie wahał się ani chwili dłużej – popędził w jej stronę, omal nie wpadając na czerwonego astromecha.
            Złapał ją w biegu, przytulił tak mocno, że zabrakło jej tchu i obkręcił dookoła.
            - Koniec wojny – wyszeptała.
            - Tak – Anakin ucałował delikatnie jej szyje, ściskając szczupłe, zadbane dłonie swoimi grubymi, szorstkimi palcami. – Koniec z bitwami, koniec z walkami, teraz… nadejdzie lepszy czas. Lepszy czad dla galaktyki. I dla nas.
            - Obiecujesz?
            - Obiecuję – w chwili, gdy Anakin pochylił się, by ją ucałować, jego twarz rozmazała się, pozostawiając tylko szary sufit. Padme jęknęła głucho, czując, że świdrujący ból głowy powraca.
            Leżała w kącie jakiejś nędznej celi, pozbawionej okien i drzwi. Spróbowała się podnieść, ale zawrót głowy sprawił, że osunęła się z powrotem na posadzkę. Całą twarz i plecy miała pokryte lepkim potem, a suchość w gardle nie pozwalała jej krzyknąć o pomoc. Nie miała pojęcia, czym zatruła ją Donar Turia, ale jej dni – a może godziny – zostały już policzone. Spróbowała załomotać w którąś ze ścian, ale ciemność znów odebrała jej świadomość.

*

            Ahsoka ocknęła się w małej, ciasnej sali. Zamrugała, zdając sobie sprawę, że, opierając się plecami o jedną ścianę, nogami sięga drugiej. Wzdrygnęła się, próbując rozprostować nogi. Wraz z powracającą świadomością, ogarnął ją gniew. Donar Turia ma układy z Sithami! Prawie splunęła ze wściekłości. I co teraz z Milo? Czy Donar Turia na pewno spełniła jej żądanie?
            Co zrobić, co zrobić, co zrobiłby Anakin?, powtarzała gorączkowo w myślach. Podniosła się na nogach i już miała spróbować znaleźć wyjście, gdy jej wzrok padł na szczupłe, kobiece ciało w kącie celi.
            Bez trudu poznała ten sposób zaplatania warkoczy i znajomą, bladoróżową suknię, którą często widywała, gdy na zebraniach senatu.
            - Padme! – krzyknęła słabo, padając przy pani senator. Co ona tu, na Moc, robiła? Ahsoka nie miała pojęcia, jak Amidala się tu znalazła, ale nie to było jej największych problemem. Kobieta miała chorobliwe bladą twarz i podkrążone oczy. Spała, sycząc cicho, jakby nie mogła w pełni odetchnąć. Trzęsła się w gorączce, cała spocona i zmarznięta. Ahsoka przygryzła wargi i potrzasnęła kobietą.

            - Niech to – zaklęła pod nosem. Musiała się jak najszybciej stąd wydostać. Przysięgła sobie, że ani żaden Sith, ani sztuczki Donar Turii jej w tym nie przeszkodzą.


*
Rozdział trzynasty, oby nie był pechowy :)
Rozdział miał być wczoraj, ale zakupy trochę mi się przeciągnęły. Trochę bardzo. Nie wiedziałam, że można spędzić sześć godzin w  trzech galeriach handlowych i nie kupić głupiej biżuterii.  
Obejrzałam Rebeliantów i jestem zachwycona. Chyba podoba mi się nawet bardziej niż Wojny Klonów - postacie są super, humor jest, akcja też, no po prostu czad.
Niech Moc będzie z Wami!

30 grudnia 2014

Gonitwa XII (Gwiezdne Wojny)


            - Tam jest wejście – syknął Milo, wskazując palcem na potężną bramę otaczającą murem imponujący, marmurowy budynek z wysokimi, rzeźbionymi kolumnami i licznymi kotarami w oknach.  – Główne. Drugie prowadzi od kantyny dla pilotów, ale tam zawsze węszą agenci Donar Turii i werbują ludzi.
            - Po co? – spytała tępo Ahsoka, wciąż oszołomiona swoim wybuchem.
            Milo zacisnął zęby.
            - Pod rządami tej krowy nigdy nie było dobrze. Coraz większe podatki, coraz wyższe ceny, coraz niższe płace. Wstrętna paskuda, żyje jak królowa. Masz pojęcie, ile razy próbowaliśmy pozbawić ją władzy? Ale ona jest sprytniejsza – oferuje worek kredytów, cokolwiek i szuka szpiegów, którzy będą jej donosić o buntach. Czyni ich swoimi sługami, którzy są na każde jej wezwanie, którzy sprzedali by dla niej dusze… Żałośni zdrajcy. Wydostają się z nędzy by wpaść w nędze moralną.
            Ahsoka patrzyła na niego poważnie.
            - Ma pod sobą łowców nagród, którzy liżą jej stopy i znajdują tu azyl. Układa się z najgorszymi szumowinami w galaktyce, tylko po to, by mieć więcej, więcej, więcej – burknął z szczerą pogardą. – Grożą pogłoski, że kumpluje się z Sithami.
            - Sithami? – powtórzyła zdumiona Ahsoka.
            - Mniej więcej kilkanaście dni przed tym, jak tu przybyłaś – zamyślił się Milo. – Cyria, piesek Donar Turii, pewnie ja widziałaś, wielka Twi’lekanka, nie umie utrzymać języka za zębami i kłapnęła coś o jakimś lordzie czy innymi hrabi… To ważne?
            - Bardzo – mruknęła Ahsoka. Instynktownie czuła, że jej przybycie na tą zabiedzoną planetę wiązało się z interesami zakładanej Donar Turii z Sithami.
            - Musimy się przedostać na drugą stronę – Milo wychylił się i spojrzał ponuro na potężną bramę. – Dasz radę zrobić to coś… No, te wasze Jedi-Sztuczki?
            Ahsoka pokręciła głową. Poprzedni wybuch nie tylko ją wymęczył, ale także przeraził – nie chciała na razie używać Mocy, a przy każdym ruchu ręce jej dygotały, nieważne, jak bardzo starała się to powstrzymać.
            - W takim razie cię podsadzę – zadecydował Milo i zniknął w ciemności.
            - Stój! – pisnęła cicho Ahsoka, ale chłopca już nie było. Wytrzeszczała oczy, próbując dostrzec coś w ciemności, ale na próżno – mrok był gęsty i nieprzenikniony. Usłyszała tylko hałas kamieni rzucanej niedaleko, może dwadzieścia metrów od jej kryjówki.
            Milo odwrócił uwagę strażników.
            Ponownie wybuchło zamieszanie, a Milo wyłonił się z ciemności tak szybko, jak zniknął. Złapał ją za nadgarstek (co sprawiło, że Ahsokę przeszedł nieznany dotąd dreszcz) i pociągnął w stronę muru.
            - Właź!
            Wdrapała się na jego ramiona, omal nie łamiąc mu stopą nosa i stanęła chwiejnie, wyciągając ręce ku krawędzi muru.
            - Ugh, pospiesz się, jesteś diabelnie ciężka.
            - Odezwał się. Ramiona jak u motylka – odgryzła się Ahsoka, choć Milo miał krzepę jak mało który chłopak w jego wieku. – Znalazło się delikatnie paniątko.
            Podciągnęła się na rękach i usiadła na szczycie muru. Zerknęła na druga stronę i, wciągając ze świstem powietrze, rzuciła się nieznane. Wylądowała twardo na marmurowym placu wśród krzaków dziwnych, obcych roślin. Rozmasowując stłuczoną przy upadku nogę, pognała do bramy i otworzyła ją od wewnętrznej strony. Milo wślizgnął się do środka, a w tej samej chwili padło na nich lodowate światło latarki.
            - Cieszę się, że przyszłaś w odwiedziny, Jedi Tano – odezwał się zaczepny, słodki głos. Na skraju placu stała śliczna kobieta w kremowej, powłóczystej sukni. Uśmiechała się, odsłaniając równe, białe zęby. Za plecami miała cały oddział uzbrojonych strażników.
            - Donar Turia! – Milo splunął z odrazą.
            Kobieta jakby tego nie zauważyła. Zmrużyła oczy i przyjrzała się Ahsoce.
            - Jesteś mi potrzebna, a wciąż mi uciekasz. Doprawdy, lepiej byś na tym wyszła, gdyby nie musiała wciąż cię gonić. Ale wróciłaś, dobrze, że wróciłaś. Ahsoka, prawda? Cudownie, chodź ze mną, porozmawiamy.
            Ahsoka czuła na sobie zdumione i nienawistne spojrzenie Mila, który nie mógł przełknąć, że Donar Turia zamierzała przeciągnąć kolejną osobę na swoją stronę. Ahsoka niewiele rozumiała i nie odpowiedziała, ale premier wyciągnęła w jej stronę ramię i pociągnęła ją do pałacu.
            - Przykro mi, że spotkało cię tu tyle nieprzyjemności.
            - Eeee…
            - Nie jesteś tu przypadkiem, wiesz? Bardzo mi na tobie zależy, jesteś podobno bardzo utalentowana i bardzo mądra, a mi potrzeba takich ludzi. Widzisz, niełatwo być dobrym rządcą, gdy otaczają cię głupcy i łgarze. Jesteś mi bardzo potrzebna…
            Ahsoka wyplątała się z jej uścisku, nie słuchając słodkiego trajkotania.
            - Co będzie z Milo?
            - Z kim? – Donar Turia zatrzepotała rzęsami i rozejrzała się ze zdziwieniem. – Z tym dzieciakiem?
            - Wypuść go i daj to, czego zażąda, a ja…
            - Pomożesz mi, tak? – roześmiała się podekscytowana Donar Turia. Klasnęła w dłonie i przywołała jakiegoś strażnika, wyszeptała mu instrukcję na ucho i znów pociągnęła Ahsokę do swojego pałacu. – Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, kochanie.
            - Czego ty chcesz? – Ahsoka strąciła jej gładką, wypielęgnowaną rękę ze swojego ramienia. Nerwowo zastanawiała się, o jaką pomoc może chodzić. – Dlaczego tu jestem? Po co jestem ci potrzebna?
*
            Ahsoka, wbrew sobie, założyła nową, bladozieloną sukienkę z granatowymi zdobieniami na rękawach i zjadła pierwszy porządny posiłek od dawna. Donar Turia dopiero wtedy zaprosiła ją na marmurowy taras pełen egzotycznych roślin. Wszędzie unosił się słodki, odurzający zapach kolorowych kwiatów, wyjątkowo rzadkich i wyjątkowo pięknych.
            Donar Turia stała przy poręczy i wpatrywała się w zamyśleniu w nierozkwitnięty, czarny pąk. Ahsoka zbliżyła się do niej nieśmiało. Pomyślała, że ten obłędny taras, pełen rzeźb na poręczach, ekskluzywnych roślin i marmurowych płyt z błyszczącymi kamyczkami na krawędziach, stanowi obrzydliwy kontrast dla nędzy, która wyzierała z każdego kąta pospolitych dzielnic tej planety.
            - Czego  ty ode mnie chcesz?
            - Mogłabym ci niczego nie tłumaczyć, ale… Mamy jeszcze trochę czas do przybycia Mistrza.
            Ahsoka nadstawiła uszu. Mistrza?
            - Zobacz – Donar Turia uśmiechnęła się z blaskiem w oczach.
            Uniosła dłoń, a Ahsoka ujrzała, jak jedno z krzeseł chybocze się lekko, a po chwili delikatnie szybuje ku górze, drżąc lekko. Po chwili opadło z trzaskiem na ziemię, gdy Donar Turii zabrakło silnej woli.
            Ahsoka rozdziawiła usta.
            - Widzisz, jestem wrażliwa na moc, choć nieźle to ukrywam – zachichotała, opierając się o murek. – Moi rodzice nie wysłali mnie do świątyni i chwała im za to, gdziekolwiek teraz są. Prowadziłabym nędzne życie Jedi, pozbawione przyjemności. Nawet nie wiesz, ile ty tracisz, Ahsoko. Życie może być o wiele przyjemniejsze, gdy dasz się trochę ponieść emocjom. Po latach okazało się, że Moc może być przydatna w rządzeniu… Nawet nie wiesz, jak ciężko jest przepchnąć niektóre ustawy!
            Ahsoka cofnęła się o krok, rozumiejąc jej tok myślenia. Jedi nie łaknęli władzy, byli strażnikami pokoju, pragnęli pomagać, a nie rządzić. Donar Tura chciała wykorzystać swój talent do sterowania innymi – wpłynąć na kilku posłów, ministrów czy innych senatorów i uczynić siebie jedyną panią smutnej, wynędzniałej planety.
            - Mistrz chciał mnie sprawdzić, czy nadaję się na jego uczennice – szepnęła Donar Turia, a jej oczy zapłonęły niepokojącym, niezdrowym plaskiem.
            - Jaki mistrz? – warknęła ostro Ahsoka.
            - Byłaś moim wyzwaniem, Ahsoko, wyzwaniem, które wypełniłam wzorowo.
            Ahsoka poczuła ostrzegawcze pulsowanie z tyłu głowy. Coś – nie… ktoś! – nadciągał, ktoś pełen gniewu… Ahsoka znała tego człowieka, na pewno już go spotkała, ale nie mogła sobie przypomnieć, gdzie. Zbliżał się Sith – tego była pewna.
            - Co prawda, było trochę kłopotów. Ten Anakin, chłopczyk trochę za bardzo węszył. I ten drugi, ale obaj przepadli bez reszty. A ta durna senator na zawsze zapamięta, żeby nie wpychać nosa w nie swoje sprawy.
            Zanim zdumiona Ahsoka zdążyła zapytać o swoim przyjaciół, poczuła ostry, urwany ból w plecach, a potem padła na brzuch od ciosu paralizatorem.
            Zdążyła jeszcze dostrzec, że Donar Turia kłania się wzruszona i uśmiecha czarująco.

            - Mój panie, hrabio… Zrobiłam wszystko, co trzeba było, jak chciałeś.

9 listopada 2014

Gonitwa XI (Gwiezdne Wojny)

            Milo padł przed siebie i przekoziołkował na dach sąsiedniego domu. Pociski przecięły powietrze nad jego głową i rozbryznęły się gdzieś na ścianie jednej z dalszych, wyższych kamienic. Milo przywarł do dachu i modlił się w duchu, by lodowate światło latarek żołnierzy go nie dopadło.
            Ahsoka przykucnęła na drugim dachu, wciąż niezauważona w ciemności. Podczołgała się do samej krawędzi i wyjrzała. Na dole czterech strażników rozglądało się z wycelowaną w górę bronią. Wystarczyło, żeby Mili na chwilę podniósł głowę, a rozwaliliby go na kawałki.
            - No już, działaj! – mruknęła do samej siebie.
            Za duża koszula szeleściła na wietrze. W powietrzu unosił się gorzki, gryzący zapach spalin, towarzyszący fabrykom na każdej planecie.
            - Wyłaź, mały skurwysynie!
            - Bo strzelę!
            - Jazda, jazda!
            Ahsoka poszukała wzrokiem twarzy Milo, ale chłopak leżał nieruchomo, niby trup, jakby próbował wtopić się w jedno z dachem. Zagryzła zęby. Nie mogła pozwolić, żeby jej zadanie skończyła się porażką na samym początku.
            Odetchnęła głęboko i pozwoliła, żeby wszystko odpłynęło – głód, zmęczenie, zmartwienia i upokorzenia ostatnich dni. Wszystko opuściło ją wraz z wydychanym powietrzem, pozostawiając jedynie spokój, spokój właściwy rycerzowi Jedi.
            Później wszystko było błyskawicznie. Zerwała się na równe nogi i zadarła ręce wysoko w górę. Wielka koszula trzepotała na wietrze jak peleryna, jak wielka biała flaga na wysokim dachu.
            - Hej…!
            Zaparła się nogami w płaski dach i użyła wszystkich swoich sił, by zatrzymać w locie błyszczące pociski i zmienić kurs ich lotu. Machnęła dłonią, a atak pokierował się w kierunku zdezorientowanych, przestraszonych żołnierzy. Poczuła, że na jej czole pojawiają się pierwsze krople potu. Tak silne użycia Mocy nie powinny jej sprawiać kłopotu, a jednak – w ostatnich dniach nie miała czas się wyspać ani porządnie zjeść. Przygryzła wargi tak mocno, że górna aż pękła.
            Czuła, że w jej sercu otwiera się nowa granica – granica czegoś większego, czegoś, czego do tej pory nie mogła – albo nie chciała – używać. Potęga tak wielka, że aż ogłupiająca. Przymknęła powieki i poczuła, że ogarnia ją przyjemny, pewny siebie mrok. Musi uratować Milo, musi zdobyć lekarstwo, musi znaleźć Anakina… I byle jacy żołnierze jej nie przeszkodzą.
            Skoncentrowała się na rurze w kamienicy za plecami strażników, na każdym nieszczelnym zaworze, na najmniejszej przerwie… i uderzyła! Gaz zaczął się ulatniać z cichym, złowieszczym sykiem. Ahsoka pstryknęła palcami i jedna z giwer wypaliła.
            Wszystko eksplodowało. Odłamki gruzu poszybowały w górę, odrzucone siłą wybuchu, pchane żółto-szarym dymem.
            Milo przeturlał się dalej od krawędzi dachu i z przerażeniem patrzył, jak tumany kurzu wzbijają się na ulicy. Tak potężnego wybuchu nie widział jeszcze nigdy, chociaż w fabryce katastrofy były na porządku dziennym. Wpatrywał się w dogasający ogień i głośno przełknął ślinę.
            Uratowała go.
            A jednocześnie wysadziła pół ulicy…
            Spojrzał na Ahsokę z niepokojem. Przykucnęła i próbowała wyrównać oddech, twarz miała bladą i chorobliwe spoconą, a ręce – drżące i niepewne. Odzyskiwała panowanie po ogromnym wysiłku. Milo nie śmiał się odezwać; po prostu się jej przyglądał.
            W gruncie rzeczy była chuda i brzydkawa, z wystającymi obojczykami i krzywymi kolanami. Niepozorna dziewucha, jakich pełno w każdym miejscu w galaktyce.
            Ale miała taką władzę!
            Wariatka, westchnął w duchu zszokowany. Co ona nawyprawiała?
            Na dole zaczął zbierać się tłumek ludzi, krzyczeli i zasłaniali usta mankietami i chusteczkami, byle tylko nie wdychać kwaśnych, być może trujących oparów. Zaraz odnajdą zwęglone ciała. Milo wzdrygnął się, ale wstał i przeskoczył na sąsiedni dach.
            - Co ja narobiłam…? – wyszeptała Ahsoka, gdy przy niej kucnął. – Widziałeś to? Na Moc, ja ich…
            - Przymknij się – Milo nie lubił, gdy ktoś się bał albo próbował mu się zwierzać. Ahsoka zamierzała to zmieszać, a tego by nie zniósł. – Musimy iść, póki nikt nas nie zobaczył. Jedi Tano, weź się w garść!
            Ahsoka machinalnie wstała na drżących kolanach. Milo musiał ją dźwignąć, żeby utrzymała równowagę. Chuda, ale ciężka.
            - Uratowałaś mnie – zauważył, gdy pomagał jej zsunąć się po brudnej, oblepionej zgnilizną rynnie.
            Wzrok Ahsoki był zmącony i nieobecny.
            - Zrobiłam za dużo… O wiele za dużo.
            - Zastrzeliliby mnie, gdybyś nie.. – Milo poczuł, że zaczyna brakować mu słów. Gdyby nie co? Gdyby nie zrobiła wielkiego „bum”? – Gdybyś nie interweniowała. Nie wiedziałem, że potrafisz takie rzeczy, Jedi Tano.
            - Ja też nie.
            Ahsoka szła ślepo za Milo, przypominając sobie wszystko po kolei. Pamiętała to dziwne uczucie, które porwało ją znienacka. Było tak silne, tak obłędne, tak odurzające, że nie potrafiła mu się oprzeć. Poznała jakiś dziwny rodzaj mocy, który czynił ją silniejszą.
*
            Obi-Wan spędził w obskurnej kantynie długą, męczącą dobę. Lata doświadczenia nauczyły go, że informacje najłatwiej znaleźć wśród szumowin albo obsługi kuchni. Barman nie był zbyt rozmowny, ale drobni przestępcy szybko wzięli go za swego i pozwolili przesiedzieć przy ich stole całą noc.
            Nosił czarny, niewyróżniający się z tłumu płaszcz i broń przy pasie. Na ramieniu błyszczały mu metalowe bransolety – właściwie nie wiedział, czemu je założył, ale wydały mu się pasujące. Potargał włosy i brodę, a nawet trochę się usmolił, by wyglądać bardziej po chuligańsku.
            Przedstawił się nazwiskiem Ben. Był małomówny i zgryźliwy, ale sprawiał wrażenie człowieka hardego, więc szemrane towarzystwo dało mu milczące przyzwolenie, by razem z nimi pić.
            - Czy znacie kobietę imieniem Cyria? – spytał, spędziwszy w tym obrzydliwym towarzystwie trzecią godziną. Kompani od kielicha wybuchnęły rzężącym, pijackim śmiechem i zaczęli się poszturchiwać.
            - Ładniejsze tu znam! – prychnął któryś i pociągnął długi łyk, przeraźliwie siorbiąc.
            - Słyszałem o niej trochę – Obi-Wan skinął głową wymiajjąco.
            - Układa się z Donar Turią i myśli, że jest lepsza!  Zdradziecka szmata!
            Kenobi skrzywił się nieznacznie. Nauczono go, że kobiecie należy okazywać szacunek. Maniery jego nowych przyjaciół pozostawiały wiele do życzenia.
            - A jest taka jak my. Nie ma nic – dodał któryś z robotników, pijący już czwartą butelkę na koszt Obi-Wana. – Pracowała w szwalni, ale uczciwa robota to dla niej za mało.
            Kenobi uniósł brwi, zastanawiając się w duchu, czy którykolwiek z jego kompanów zrobił w życiu coś uczciwego. Cyria, przyjaciółka Donar Turii, była silna nie tylko fizycznie. Gdy pierwszy raz ją spotkał, poczuł aurę człowieka skrzywdzonego i bardzo nieszczęśliwego. Nie był w stanie przebrnąć przez siatkę oszustw premier, ale mógł trafić w jakiś jej słaby punkt. Nawiązać kontakt z Cyrią!
            - Donar Turia podała jej rękę – wyjaśnił któryś poważnym tonem. – Wyciągnęła z burdelu i zaproponowała pracę. Teraz frajerka jest na każde jej zawołanie.
            - Sprzedajna i tyle – rzucił szczerbaty chłopak, najmłodszy z całego towarzystwa. Twarz miał poszarganą, spaloną, a wyraz twarzy – ubawiony i pusty. Obi-Wan przymknął oczy. Dzieciak mógł mieć siedemnaście lat, nie więcej. W innym miejscu, na innej planecie może szkoliłby się na prawnika albo mechanika, tu był skazany na powolny, smutny upadek na dno, w odmęty mułu.
            - Sam z nią pogadaj – barczysty misiek wskazał ruchem głowy siedzącą w kącie Twi’lekankę. Obi-Wan uniósł oczy i dyskretnie przyglądał się kobiecie. Rozmawiała z jakimś mężczyzną, którego twarzy nie widział. Wydymała usta i rysowała palcem po stoliku, próbując być zalotna. Nie była; była jedynie śmieszna, smutna, niewłaściwa.
            Jej towarzysz odszedł z pustym kuflem tak szybko, jak się pojawił.
            Kenobi wstał i szybko przemierzył salę, brnąć prosto w stronę Cyrii. Miał cichą nadzieję, ze Twi’lekanka go nie rozpozna. Był przebrany, ale twarz wciąż ta sama, z tymi samymi błękitnymi oczami i zamyślonym wyrazem twarzy.
            - Ben.
            - Cyria.
            Obi-Wan pomyślał, że to najgłupszy początek rozmowy, nic nie wnoszący, pozbawiony sensu. Machnął na barmana i pozwolił, by Cyria przejęła stery. Mówiła trochę nieśmiało, ale chwila wystarczyło, by wróciła do swojej naturalnej pozy – wulgarnej i pewnej siebie.
            - Praca dla premier ma swoje minusy, ale to dobry biznes. Lepszy niż… - Cyria zawahała się i przez moment Kenobi dostrzegł w jej oczach wielki wstyd i smutek pełen upokorzenia. Nie dokończyła zdania, gładko przechodząc do innego tematu.
            Obi-Wan poczuł coś na kształt litości. Wyczytał, że dawniej mogła być piękna, czarująca, taka, jak powinny być wszystkie kobiety. Ale nędza i niewola odebrały jej słodycz i uczyniły z niej istotę zaniedbaną, tępą, ciemną, zabiedzoną. Ostatki urody błyskały na jej twarzy, gdy się uśmiechała.
            Widział przed sobą dziecko, niewinne stworzenie w czterdziestoletnim, półnagim, obwisłym ciele. W nieszczęśliwych oczach zobaczył wielki zawód, szalony żal do świata.
            - Czasem trzeba kogoś porwać albo uciszyć – przyznała wymijająco.
            - Słyszałem, że macie jakąś Jedi – Kenobi dyskretnie zahaczył o Ahsokę. Była przyczyną wszystkiego – gdyby nie jej zniknięcie, pewnie prowadziłby teraz operacje na froncie.
            - Zwiała, a jej potrzebna – przyznała Cyria.
            Ma długi język, zauważył.
            - Ty ją uprowadziłaś ze Świątyni Jedi?
         - Trzeba było – Cyria wzruszyła ramionami. – Premier jej potrzebuje. To klucz do całego planu.
         - Jakiego planu? – Obi-Wan poczuł, że zaczyna przekraczać granicę i staje się za bardzo dociekliwy. Cyria znów wzruszyła ramionami.
            - Kogo obchodzi polityka. Jakiś lord coś mówił, ale gówno mnie to interesuje.
            Obi-Wan skinął głową. Cyria nie była zła: była zagubiona, ogłupiała i nieświadoma. Gdy świat ją raz przeraził, postanowiła pokazać, że jest dość silna i dość pewna. Znał takie jak ona – odrzucały sama siebie, odsłaniały piersi i nazywały siebie kobietami wyzwolonymi i wolnymi. Żadna z nich nie była szczęśliwa.
            - Lord? - powtórzył.
            - A może Hrabia? Czy to takie ważne?