Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwevin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwevin. Pokaż wszystkie posty

15 stycznia 2015

"...żeby z Tobą być" cz. 24 (Ben 10, gwevin)

            Verdona przyłożyła fioletowe dłonie o długich palcach do szorstkiej powierzchni i zacisnęła oczy. Ben aż się cofnął, gdy srebrno-różowe światła rozbłysły wokół włazu. Zaklęcia Czarodziejki pękały jedno  po drugim jak łamane, suche patyki. Rozdziawił usta i wpatrywał się w nieziemską postać babci. Na jej plecach falował ogon, a ciało otaczała tajemnicza, różowa mgiełka energii. Czasami zapominał, że Verdona jest w rzeczywistości nadludzką istotą, jedynie skrytą pod cienkim przebraniem kobiety.

            Gwendolyn nigdy nie dysponowała taką mocą, głównie dlatego, że nie wykorzystała swojego daru, nad czym tak bardzo ubolewała babcia. Kuzynka potrafiła czarować, ale jej umiejętności malały, gdy do gry wkraczała Verdona. Jej moce go poraziły… i przeraziły.

            Właz pękł i rozbłysnął się na milion metalowych kawałków, a Verdona odsunęła się cicho, jakby płynęła w powietrzu. Nawet się nie zdyszała.

            W kurzu dostrzegł ogromne transformatory energii lśniące od siły skumulowanej energii. Gdy spojrzał na zbiorniki, oczy rozbolały go od jasności. Zupełnie jakby patrzył na słońce albo gwiazdy.
            Przypomniał sobie, że statek Ragnaroka potrafił wysysać energię z gwiazd, a potem sprzedawał ją za pieniądze, o jakim nie śniło się najchytrzejszych oszustom we wszechświecie. Wciągnął powietrze ze świstem, zdając sobie sprawę, że chociaż statku już nie ma i wróg nie może zniszczyć Słońca, to moc zdolna zniszczyć planetę wciąż jest do wykorzystania. Przeklął w duchu siebie i wszystkich Hydraulików, którzy – po pierwszym i po drugim schwytaniu Ragnaroka – nie znaleźli jego kryjówek i nie skonfiskowali broni.

            Ledwo zdążył się rozejrzeć, gdy z dymu wyłoniła się kobieca postać w fioletowym kombinezonie ze srebrnymi klamrami i w czarnych, błyszczących butach na grubych obcasach.

            - Niegrzeczne jest wyważać drzwi – zauważyła chłodno, a jej dłonie rozbłysły różową maną. Ben nie zdążyłby się obronić, gdyby nie Verdona – z nią Czarodziejka nie miała żadnych szans. Anodytka dysponowała prawdziwą mocą – a nie czarami, magią i oszukańczymi sztuczkami.

            Czarodziejka runęła na ziemię, a srebrne włosy rozsypały się po jej twarzy. Ben już miał atakować, ale zawahał się w pół kroku, uświadamiając się, że jest o krok od powielenia swoich dawnych błędów. Czarodziejka znów tylko się z nimi drażniła, miała ich zatrzymać, nie dopuścić do tego, który naprawdę przewodził – do Ragnaroka.

            - Zajmę się nią, Verdono!

            Z całych sił uderzył w zielono-czarną tarczę zegarka, odpalając Omnitrix. Wrzasnął, a jego grzbiet wygiął się pod nienaturalnym kątem, a twarz spłaszczyła się i poszerzyła.

            - JETRAY!

            Czerwony, ogromny nietoperz o wściekle limonkowych oczach pofrunął tuż nad sufitem i strzelił jadowicie zielonym laserem w stronę oszołomionej Czarodziejki. Poczuł, że ogarnia go złośliwa satysfakcja – po raz pierwszy zdobył choć maleńką przewagę nad przeciwniczką. Zatoczył koło i wylądował przed Verdoną, która przygląda się jego popisom z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

            - Zostaw mi ją – zarządził.

            - Chcesz zgarnąć największą frajdę dla siebie, Ben? – obruszyła się. – Szczerze mówiąc, myślałam, że ta wasza Czarodziejka jest lepsza, skoro tyle razy was wykiwała.

            Jetray zatrzepotał skrzydłami, ale nie mógł zaprzeczyć, że Czarodziejka raz za razem dawała im popalić i wciąż, jak powiedziała babcia, była o krok przed nim. I, chociaż nigdy w życiu nie powiedziałby tego głośno, gdyby nie obecność Verdony, teraz też by zwyciężała.

            - Nie o to chodzi, Verdono – powiedział cicho. – To Ragnarok jest teraz najgroźniejszy. A ty… jesteś silniejsza – wyrzucił z siebie, sam nie wierząc, że to powiedział.

            Doskonale zdawał sobie sprawę, że Ragnarok przewyższał ich wszystkich, jego, Gwen, Kevina, już wiele lat temu. Jedyną osobą na tym statku, która była w stanie go powstrzymać, była jego babcia, chociaż wolałby, żeby było inaczej.

            - Owszem, jestem – Verdona zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. – Ale nigdy nie sądziłam, że dożyję dnia, gdy Ben Tennyson przyzna, że czegoś nie może.

            - Teraz nie chodzi o to, żeby grać pierwsze skrzypce, ale żeby ocalić ziemię – warknął Ben. – Czarodziejka nie może zatrzymać nas obojga, gdy trzeba działać. Ja się nią zajmę, a potem cię dogonię.

            Po raz pierwszy w życiu Verdona spojrzała na swojego wnuka z uznaniem.

            - Pokaż jej, Ben! – zawołała, po czym przemknęła przez ładownie jak błyskawiczny, srebrno-różowy strumień.

            Ben wzbił się w powietrze i strzelił laserem wzdłuż sufitu. Czarodziejka – z bezgraniczną wściekłością na twarzy – stanęła na nogi, a jej ramiona otoczyła różowa energia.

            - Dalej, Czarodziejka! – zawołał prowokująco. – Tylko na tyle cię stać?

            - Przestaniesz się śmiać, Tennyson – wydyszała. – Gdy twoja mała planetka rozsypie się w popiół!


            Włosy zafalowały wokół jej bladej twarzy, a oczy zaszły złowrogą mgłą. Ben nie dał jej ani chwili więcej – ruszył do ataku.

*
Dzisiaj wyszło króciutko, głównie dlatego, że spieszę się na zajęcia z angielskiego za godzinkę. I porobiły się takie dziwne przerwy, które potem spróbuję usnąć.
A w następnym spotkanie Gwen i Kevina :)

12 stycznia 2015

"...żeby z Tobą być" cz. 23 (Ben 10, gwevin)

            Ben wpatrywał się tempo w ciemne, kosmiczne statki zawieszone nad Bellwood. Minęły lata odkąd Ziemi groziło tak wielkie i tak bliskie niebezpieczeństwo. Omnitrix – najpotężniejsza broń na Ziemi ukryta w zielonym zegarku na jego nadgarstku – zaczął mu nagle ciażyć.
            Ramiona Gwendolyn trzęsły się, jakby płakała. Oczy miała szeroko otwarte, ale nie potrafiła wykrztusić słowa.
            Odkąd Czarodziejka ją oszukała, spodziewała się końca świata każdego dnia. Nadszedł. Przeklinała siebie samą, że zaufała tej podłej, sprytnej manipulantce i dała się wykorzystać. Ukryła twarz w dłoniach, nie znajdując dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Popełniła błąd, tak wielki, że przyjdzie jej zapłacić najwyższą cenę – śmierć, nie swoją, ale także wszystkich Ziemian.
            Verdona zmarszczyła brwi z niesmakiem.
            - Wyjdź, chłopcze – powiedziała spokojnie. – Za taki idiotyzm i nieposłuszeństwo powinieneś dostać dożywotni szlaban, ale kto pamięta o karach, gdy mamy koniec świata.
            Ku zdumieniu wszystkich, z otwartej przegrody bagażnika pokazała się zawstydzona twarz Devlina.
            - Poszedłeś z nami? – przeraziła się Gwendolyn. Musiał się ukryć za siedzeniem kierowcy i cały czas czekać w samochodzie!
            Chłopiec ze skruchą pokiwał głową, wbijając wzrok w czubki czarnych tenisówek.
            - Chciałem wiedzieć, co z babcią. I martwiłem się o babcię.
            Ben bezradnie spojrzał na Gwendolyn. Nie potrzebowali niańczenia Devlina do listy problemów, jakie trzeba było rozwiązać w trybie natychmiastowym. Nie miał planu, jak dostać się na zabójczy statek Ragnaroka i ocalić świat, a co gorsza – wyglądało na to, że Gwendolyn też nie. Nie mógł liczyć na dziadka Maxa ani Kevina Levina, a pomoc Verdony średnio mu pasowała.
            - Nie powinieneś, Devlin. Z twoją babcią wszystko w porządku – powiedziała cicho Gwendolyn, wyciągając ku niemu rękę.
            - Devlin – powiedział, próbując naśladować surowy ton Julii, gdy beształa chłopaków za bójki. – To było niepoważne i nierozsądne. – My byśmy to załatwili. Jesteśmy dorośli.
            Ledwo skończył mówić, a już zorientował się, że jego słowa brzmiały wyjątkowo idiotyczne. Devlin uniósł brew, a Verdona wybuchnęła śmiechem, skutecznie podburzając jego autorytet.
            - Dobrze, że rosądny i grzeczny Ben 10 pozwolił dorosłym zająć się inwazją Vilgaxa. Albo Agregorem. Albo..
            - Verdono! – Ben obrzucił ją wściekłym spojrzeniem, a Gwendolyn już miała się wtrącić, ale kobieta klasnęła w dłonie.
            - Nie czas na to.
            Otoczyła ich gęsta, różowa mgła, która – choć pojawiła się tylko na chwilę – zdezorientowała i rozkojarzyła wszystkich. Devlin poczuł, jak serca zaczyna mu bić szybciej, gdy tylko wyczuł słodki, upajający zapach anodyckiej many.
            - VERDONO! – ryknął Ben, lądując ciężko na plecach.
            Zamiast znajomego wnętrza samochodu, otaczały ich metalowe ściany dusznego korytarza statku kosmicznego. W pół mroku ledwo dostrzegał twarze swoich towarzyszy, ale był pewien, że są równie zaskoczeni jak on.
            - Co się stało…? – Devlin rozejrzał się, mrugając szybko.
            - Jesteś na statku Ragnaroka – wydusiła Gwendolyn, rozglądając się dookoła. – Jak to zrobiłaś…? Czarodziejka nałożyła tyle barier! Tyle zaklęć!
            - Umiałabyś to, gdybyś przyjęła moją propozycje, gdy miałaś piętnaście lat – prychnęła Verdona. – Żałuj!
            Gwendolyn zapatrzyła się w śliczne, pomalowane oczy babci. Czaiło się w nich coś mrocznego i kosmicznego, czego próżno szukać u zwyczajnych, ziemskich dziewczyn. Kim byłaby teraz, gdyby zgodziła się porzucić swoje życie człowieka, które dla Verdony było nudą, a dla niej – jedynym sensem. Być może byłoby znacznie prostsze, pozbawione jej największego nieszczęścia i największego szczęścia – Kevina.
            - Verdona! – krzyknął rozjuszony Ben. Zacisnął pięści, mając ochotę udusić babcię gołymi rękami. – Nie masz prawa…! Nie możesz! Ty tu NIE dowodzisz! Nie jesteśmy przygotowani, nie możesz po prosty… - bełkotał, a jego oczy miotały błyskawice.
            - Oczywiście, że mogę! – zachichotała Verdona. – Och, już nie pamiętam jak to jest ratować świat. Zabawmy się trochę!
            Ben i Gwendolyn popatrzyli na siebie porozumiewawczo, nie podzielając jej optymizmu.
            - Ona nas wykończy.
            Gwendolyn skinęła głową i odwróciła się, by powiedzieć Devlinowi, żeby schował się i czekał na ich powrót, nie robiąc niczego głupiego. Chłopaka nigdzie nie było.
            - Gdzie jest Devlin!? – krzyknęła.
            - Poszedł sobie – wyjaśniła krótko Verdona i ruszyła do przodu, jakby doskonale znała mapę krętych włazów i korytarzyków. Otaczała ją różowawa mgiełka ekscytacji, której brakowało Benowi i Gwendolyn.
            - Nie ma go – wydusił Ben. – Znajdź go tymi swoimi sztuczkami!
            Gwendolyn zamknęła oczy i poszukała obecności chłopaka, ale wszystko spowijała gęsta, różowa mgła zaklęć Czarodziejki. Poczuła nawet zapach jej perfum – tak intensywny, że aż zakręciło jej się w głowie.
            - Nie widzę go – szepnęła. – Wszystko jest takie mgliste przez jej czary. Verdono!
            Nie mając wyjścia, ruszyli za babcią, która już pięła się korytarzem w górę.
            - Jak to „poszedł”? – warknęła Gwendolyn, zrównując się z kobietą.
            - Po prostu „poszedł”. Nie słuchał waszego marudzenia, tylko poszedł – Verdona wzruszyła rezolutnie ramionami.
            - Gdzie?!
            - Przecież on mi się nie spowiada! – Verdona strzepnęła rękami, jakby miała już serdecznie dość zadawania jej głupich pytań.
            Zatrzymała się przed potężną, metalowa przegrodą, która aż wibrowała od nadmiaru zaklęć blokujących. Przyłożyła do niej dłonie i po raz pierwszy napotkała przeszkodzę zabezpieczoną tak bardzo, że nie mogła sobie z nią poradzić od razu.
            - Ładownia – oznajmiła. – Zwykle nie jest aż tak chroniona, nie uważacie?
            - Verdona, Devlin…
            - Później! – ucięła, gładząc powoli metal. – Przecież dzieciak sobie poradzi.
            - On ma dwanaście lat! Natychmiast go znajdź!
            - Nie ma szans – odparła rezolutnie Verdona. – Nie słyszałeś, co mówi Twoja kuzynka? Ta wasza Czarodziejka nałożyła na statek tyle zaklęć, że łatwo zgubić każdy ślad. Ale jest cały i zdrowy, po prostu kretyńsko się popisuje. Całkiem jak jego ojciec.
            - Skąd możesz wiedzieć, że nic mu nie jest?! – naskoczyła na nią Gwendolyn. Policzki zaróżowiły jej się od zdenerwowania. – Ja go nie wyczuwam!
            Verdona odwróciła się na pięcie i stanęła oko w oko z wnuczką.
            - Czułabyś, gdybyś ochłonęła. Masz w sobie taką burzę emocji, że można zwariować!
            Gwendolyn cofnęła się i zagryzła mocno wargi. Ucisk w żołądku tylko się nasilił, a jej zaschło w gardle. Doskonale wiedziała, że babcia ma rację – musiała pozbyć się uczuciowego zamieszania, przerażenia, strachu, smutku, by móc wykorzystać swoją manę.

            Gdybym zapytał, czy pójdziesz ze mną na kolację, co byś odpowiedziała? – Kevin spogląda na nią niepewnie, jakby obliczał prawdopodobieństwo, że zostanie odrzucony.
            - Zapytaj, to się dowiesz, Kevin – puszcza do niego perskie oko, ale nie odpowiada jednoznacznie. Bez nuty niepewności nie ma zabawy.

            - Pani mąż jest poszukiwany za niszczenie mienia Hydraulików i nielegalne wykorzystanie technologii siódmego stopnia, co, według paragrafu siedemnastego ustawy o użyciu broni w Układzie Słonecznym, jest nielegalne i karane – oznajmia android chłodnym, mechanicznym głosem na przesłuchaniu. - Co ma pani do powiedzenia na ten temat?

            - Jesteśmy małżeństwem – zrywa się z łóżka i rozgląda się po hotelowym pokoiku pełnym żółtych róż. Mruga oczami tak szybko, jakby nie była w stanie uwierzyć w szaleństwo poprzedniej nocy.
            Kevin śmieje się i obejmuje ją ramieniem, przyciągając na swoją stronę łóżka.
            - Razem do końca, Gwen.

            Kevin Levin zamknięty w Wielkiej Nicości – głosi tytuł raportu. Gwendolyn – już nie Gwen, tylko Gwendolyn – wpatruje się w niego kilka długich minut, po czym  wyłącza komputer. Resztę dnia bezmyślnie wpatruje się w sufit i powtarza sobie, że go nienawidzi, choć wcale w to nie wierzy.

            Wyleguje się na ławce, wystawiając twarz do słońca. Wydaje się, że każdy promień jest tylko dla nich, żeby dodać blasku szczęściu młodym.
            - Gwen.
            Otwiera oczy i widzi, że Kevin stoi przed nią dziwnie spięty i wyprostowany. Wyciąga przed siebie pięść kurczowo zaciśniętą na tandetnym, plastikowym pierścionku z automatu dla sześciolatek.
            - Wyjdziesz za mnie?

            Fala emocji odpłynęła lekko, pozostawiając wolny i szeroki umysł, czuły na każde drgnienie many. Dotarły do niej formuły zaklęć otaczające i blokujące korytarze, mostek i ładownie, które wcześniej były tylko nieprzeniknioną mgłą magii, a także triumfująca obecność Ragnaroka i czyjaś wściekłość – szalona, udręczona wściekłość.
            - Kevin tu jest! – krzyknęła.
            - Oczywiście, że jest! Gwendolyn, musimy sforsować to wejście – zarządziła Verdona, ale wnuczka skupiła się już tylko na jednym: na odnalezieniu Kevina. Był tak blisko, że niemal widziała jego rozjuszoną twarz, zaciśnięte żeby i błyszczące, czarne oczy.
            - Gwendolyn, nie czas na to! – Verdona złapała ją za ramię i potrzasnęła. – Ugrh, głupia ludzka powłoka! Za bardzo mnie ogranicza!
            Błysnęło, a szczupłe, kobiece ciało młodej dziewczyny zsunęło się na podłogę jak ściągnięte ubranie. Verdona zarzuciła lśniącym, białym ogonem, ukazując im w pełni okazałości ciemnofioletowego, kosmicznego ciała Anodytki. Ben musiał zmrużyć, bo różowa poświata go oślepiła.
            - Muszę mu pomóc! – zawołała Gwendolyn, nie zwracając uwagi na przemianę Verdony. – Dasz radę z tym wejściem, babciu! Nie możemy go zostawić!
            - On jakoś nie miał oporów, by CIEBIE zostawić – obruszyła się Verdona, ale nie zdołała zatrzymać wnuczki, bo Gwendolyn odbiła w ledwo, w wąski korytarz. Verdona zamachnęła wściekle ogonem. – Pozwalasz na to? – warknęła do Bena, ale on tylko odpalił Omnitrix.
            - Gwen zajmie się Kevinem, a my resztą – zadecydował.  – Co tam właściwie jest, babciu?
            - Coś tak potężnego, że zmiecie waszą planetkę w trymiga, jeśli się nie ruszysz!
_____________________
Miało być w niedzielę, ale za długo zeszło mi się z kuciem fizyki (tak bardzo nie cierpię drgań! czemu nie możemy ograniczyć się do wzorów na prędkość, drogę i czas? tamto miało sens!). Jest dzisiaj, ale za to 1/3 następnego rozdziału powstała na dzisiejszej fizyce :) 
Dzięki za przeczytanie :*

5 stycznia 2015

"...żeby z Tobą być" cz. 22 (Ben 10, gwevin)

            Czarny samochód z symbolem Omnitrixa zajechał przed niewielki, kwadratowy domek na przedmieściach Bellwood. Ben nigdy nie zważał na znaki, a teraz – gdy chodziło o panią Levin i gdy usłyszał prawdziwą historię Gwendolyn – cisnął gaz z całych sił, nie zwalniając nawet na zakrętach. Gwendolyn siedziała obok – trupio blada i powtarzająca sobie w myślach, że niepotrzebnie zwlekali.
            Ben załomotał w drzwi z taką sił, że stare, wysłużone zawiasy omal nie puściły białych, drewnianych drzwi. Ze środka dobiegł hałas odsuwanych pospiesznie krzeseł, a po chwili ujrzeli zdumioną twarz Pani Levin – całej i zdrowej.
            Wyglądała zupełnie naturalnie – w purpurowym, wełnianym swetrze i luźnych spodniach za kostki, z włosami zaczesanymi gładko przy twarzy i w czarnych kapciach. Wzrok miała trochę zamglony, a spojrzenie rozbiegane, jakby nie spała od kilku dni. Uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła rękę na przywitanie. Nie sposób było nie dostrzec czerwonych otarć na nadgarstkach.
            - To wy! – cofnęła się i wpuściła ich do środka. – Czemu tak się dobijacie? Co się dzieje? Nie, nie mówcie, że to znowu Kevin… - zawiesiła głos w obawie, że znowu usłyszy, co jej syn nawyprawiał.
            - Pani Levin, wszystko w porządku? – Gwendolyn złapała ją za ramiona i potrzasnęła. Spodziewała się zastać zapłakaną, przerażoną kobietą po ataku Czarodziejki, a tymczasem dom wyglądał, jakby Kevin nigdy nie dostał dziwnego, urwanego telefonu.
            - Oczywiście, że tak! – kobieta zmarszczyła brwi i przyłożyła pomarszczoną dłoń do bladego czoła Gwendolyn. - Dobrze się czujesz, Gwennie? Chyba jesteś chora…
            - Nie! – Gwendolyn pospiesznie  strząsnęła troskliwą dłoń. – Pani Levin… Co się ostatnio wydarzyło?
            - O czym ty mówisz, Gwennie? Nic – pani Levin spoglądała na nią z coraz większym zdumieniem. – W życiu emeryta nie ma wielu emocjonujących zdarzeń.
            Ben przesunął się na przód, zasłaniając roztrzęsioną Gwendolyn.
            - Musimy wiedzieć, pani Levin. Proszę, niech się pani zastanowi. Co pani robiła w przeciągu ostatnich godzin?
            Pani Levin zamrugała, wytężając umysł, ale w głowie miała dziwną, ziejącą pustkę, jakby ktoś wyrwał skrawek jej życia. Poczuła, że skronie zaczynają jej pulsować paskudnym, rozpraszającym bólem, który nie pozwalał jej się skupić i przypomnieć sobie niczego konkretnego. Pokręciła głową.
            - Głowa mnie boli… - szepnęła, nagle dziwnie roztargniona.
            Nie… Nie działo się nic interesującego, dopiero przed chwilą przyjęła gościa.
            - Mam nową sąsiadkę. Przyszła w odwiedziny. Przemiła dziewczyna – wyjaśniła spokojnie. – Ale nie sądzę, by was to interesowało. Co się dzieje? – zażądała stanowczo, ale nie doczekała się odpowiedzi. Ben i Gwendolyn popatrzyli na siebie zdumieni. Telefon od Czarodziejki był zmyłką…?
            - Wszystko gra, pani Levin? – znajomy, kobiecy głos rozległ się w korytarzu, a po chwili pojawiła się w nich Verdona z filiżanką herbaty w dłoniach.
            Szczęka Bena jakby wypadła z zawiasów i osunęła się w dół.
            - To jest Victoria, moja nowa sąsiadka – pani Levin uśmiechnęła się przyjaźnie do Verdony. – A to moja synowa, Gwendolyn Tennyson – Gwendolyn odruchowo wstrzymała oddech – i jej kuzyn, Ben Tennyson. Wejdziecie na herbatę?
            - Z przyjemnością – powiedział szorstko Ben, wbijając ponure spojrzenie w Verdonę. Gwendolyn potaknęła. Musieli się dowiedzieć, co – do diabła – tu się wyprawia.
            - Gwennie, prowadź do salonu! – zarządziła pani Levin. – Wstawię wodę.
            Ben bezczelnie szarpnął Verdonę i popchnął wprost do drzwi na wprost.
            - Co ty tu robisz?! – krzyknął szeptem, tak, by nie wzbudzać podejrzeń pani Levin.
            - Widzisz, wnuczku, działam jak ta wasza Czarodziejka – odparła sucho Verdona, siadając na kanapie i zakładając nogę na nogę. – Jestem o krok przed wami.
            - Co…?
            - Wy tracicie czas na bzdury, a ja jestem już do przodu. Byłam na miejscu zbrodni, wszystko załatwiłam i czekam aż ruszycie swoje leniwe tyłki i zaczniecie działać – wyjaśniła lodowato. – Zawsze krok przed wami.
            Gwendolyn usiadła naprzeciwko babci.
            - Co się tu wydarzyło?
            Verdona obrzuciła ich protekcjonalnym spojrzeniem.
            - Czarodziejka rzeczywiście tu była, ale nie zdążyłam jej złapać – przyznała. – Znalazłam tą biedaczkę półprzytomną, zapłakaną i błagającą o pomoc. Ta mała spryciara zostawiła ją związaną maną, a żaden nędzny człowiek nie ma szans z taką mocą.
            - Ale… Ona zachowuje się normalnie – zauważył cicho Ben.
            - Nigdy nie byłeś szczególnie bystry, wnuczku – Verdona wydęła usta i pokręciła głową.
            - Wyczyściłaś jej głowę – powiedziała głucho Gwendolyn. – Niczego nie pamięta.
            Verdona uśmiechnęła się jednym kącikiem.
            - Wolę nazywać to uspokajaniem – przyznała rozweselona. – Ona niczym się nie martwi, a ja dostałam pyszną herbatę i wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
            - Nie powinnaś ingerować w czyjeś głowy – wydusił ponuro Ben.
            - Na nic nie czekałam jak wy. Nie traciłam czasu, bo liczą się sekundy. Od razu tu przyszłą z dobrą historyjką. Usunęłam jej wspomnienia i zredukowałam wszystkie rany, zostały jakieś drobnostki. Nie wierzę, że udawało wam się ratować świat, skoro jesteście tak głupi, tak nieodpowiedzialni, tak tępi…
            - Wystarczy – Gwendolyn uniosła pojednawczo dłoń, ale Verdona ją zignorowała.
            Spojrzała na Bena ostro i przez moment w jej oczach czaił się różowy, przerażający blask.
            - Na drugi raz, Benjaminie Tennysonie, pamiętaj, żeby nigdy więcej mnie nie wyrzucać, bo możesz drogo za to zapłacić.
            Z jakiegoś powodu Ben speszył się i wbił wzrok w czubki adidasów.
            Gwendolyn wypuściła ze świstem powietrze.
            - Nie musicie dziękować – Verdona pociągnęła ostatni łyk słodkiej herbaty z miodem, przyglądając się dwójce spod podkręconych, malowanych rzęs.
            - Chyba czas ruszyć do Legerdomeny, prawda? Gwendolyn mówiła, że to jej królestwo. Ugh, nie wierzę, że pomagam temu frajerowi.
            Gdy pani Levin stanęła w drzwiach z parującym dzbankiem herbaty, w środku nie było już nikogo.
            Zamrugała oczami i stwierdziła, że za dużo jej się dzisiaj wydaje.
*
            Verdona po raz pierwszy odwiedziła wymiar many, Legerdomenę. Nie potrzebowali ani drzwi ani klucza – dla tak potężnej anodytki teleportacja w miejsce pełne mocy było dziecinną igraszką. Nawet, jeśli nie chciała tego okazywać, z uwielbieniem wdychała powietrze przesiąknięte najpotężniejszą, skrzącą energią. Gwendolyn też poczuła się silniejsza. Legerdomena była wyjątkowym miejscem, gdzie mana nigdy się nie kończyła, wirowała w powietrzu i pobudzała każdą żywą komórkę.
            - Tu jej nie ma – zauważyła nagle Verdona. – Tu nikogo nie ma.
            - Co? Niemożliwe!
            - Ani tego durnia, ani Czarodziejki – zawyrokowała pewnie Verdona. – Ale byli tu… niedawno.
            Zanim którekolwiek z nich zdążyło odpowiedzieć, Verdona chwyciła ich dłonie i przymknęła oczy. Legerdomena znikła w mgnieniu oka i nagle siedzieli z powrotem w samochodzie Bena, na przedmieściach Bellwood.
            - Jest tu – szepnęła głucho Gwendolyn, patrząc z przerażeniem przez przednią szybę.
            Ben powędrował za jej spojrzeniem.
            Na niebie wisiał potężny, czarny kształt – tak obcy i niespotykany, że ludzie pokazywali go sobie palcami i robili zdjęcia, dzwoniąc do wszystkich gazet i stacji telewizyjnych. Ben zasłonił dłonią usta.
            Statek kosmiczny podobny do tego, który wiele lat temu zniszczył Kevin Levin.

            Statek gotowy do ataku na Ziemię.

21 grudnia 2014

"...żeby z Tobą być" cz.21 (Ben10, Gwevin)

            Pierwsza ochłonęła Verdona.
            - Zawsze powtarzałam, że Kevin Levin to wariat i nie wolno mu  ufać! A wy nie, bo on chce odpokutować! – oznajmiła wzburzona. – Mam nadzieję, że teraz zrozumieliście, że jego miejsce jest w Wielkiej Nicości!
            - PRZESTAŃ! – ryknął Devlin, wyrywając się z uścisku bladej, roztrzęsionej Gwendolyn. – Kim ty w ogóle jesteś, żeby wszystkich oceniać? – krzyknął, ale głos mu się załamał, a w oczach stanęły łzy. Szybko spuścił wzrok i zacisnął wargi, bo żaden nastolatek nie chce być widziany w takim stanie.
            - To powtórka – szepnęła słabo Gwendolyn, osuwając się na krześle. – Tak samo było wtedy… Dawno temu, Ben, pamiętasz? Wtedy też… Czerpał moc z energii elektrycznej, a potem nie mógł przestać…
            - … i ześwirował – dokończył Ben z kwaśną miną. – Ale… Słyszałaś, co on powiedział?
            - A kogo to obchodzi! – Verdona wzruszyła ramionami. – Lepiej go namierzyć i zamknąć zanim znowu kogoś skrzywdzi!
            - Mój ojciec nikogo nie skrzywdził! – zaprotestował Devlin, a Verdona wbiła w niego ostre, przezywające spojrzenie.
            - Tak myślisz, dzieciaku? Ile wiesz o jego przyjaźni z Benem i Gwendolyn? Myślisz, że zawsze było między nimi idealnie? Wielokrotnie skrzywdził ich oboje… A twoja mama? Gdzie ona teraz jest? Czy jej nie skrzywdził?
            - Wystarczy, Verdono! – huknęła Gwendolyn. – Przestań gnębić tego biednego chłopaka!
            - A ty, Gwendolyn, znowu popełniasz błąd! Ogromny błąd, po którym będziesz się zbierać następne dziesięć lat! – odparowała Verdona. – Wszyscy jesteście skończonymi głupcami, skoro nie widzicie, że Kevin Levin to bestia. Głodna bestia, która – gdy raz spróbuje! – zawsze będzie łaknąć energii.
            - Verdono, wyjdź – poprosił lodowato Ben.
            - Słucham?
            - Proszę cię, wyjdź. Jesteś moją babcią i bardzo cię szanuję, ale Kevin to mój przyjaciel i członek rodziny…
            - On nie jest już naszą rodziną! – wykrzyknęła oburzona Verdona. – I nigdy nie powinien się w niej znaleźć!
            - Wyjdź i wróć, gdy będziesz chciała nam pomóc, a nie obrażać Kevina – zakończył Ben. Głos miał cichy, ale tak stanowczy, że ani Ken ani Devlin nie śmieliby mu się sprzeciwić.
            Verdona uniosła wysoko głowę i  z wściekłą miną rozpłynęła się w różowej mgle.
            - Gwen, bądź łaskawa nigdy więcej jej nie zapraszać, dobrze? – Ben odetchnął głęboko. Oczy mu błyszczały z emocji. Wybuch Kevina zrobił na nim ogromne wrażenie i bardzo zaniepokoił. Nie chciał znów patrzeć, jak jego przyjaciel stacza się na dno, a jego kuzynka zużywa tony chusteczek, smutna, nieszczęśliwa zraniona. Odkaszlnął. – Spójrzmy na sprawę logicznie. Najpierw odebrał telefon od pani Levin, a potem… - Ben zawiesił głos. Nie wiedział albo nawet nie chciał nazywać obłędu przyjaciela. - Wykrzyknął imię Czarodziejki… Powinniśmy założyć, że to ona dzwoniła, ona go sprowokowała. Musimy go namierzyć. Ma ze sobą telefon, więc nie powinno być trudno.
            - Ben.
            Gwendolyn uniosła zielone, wyblakłe oczy i spojrzała na niego z dziwnym, nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nadszedł moment, gdy musiała przyznać się do swojej koszmarnej tajemnicy.
            - Musimy porozmawiać – szepnęła cichutko, mocno się czerwieniąc.
            Ben spojrzał na nią zdziwiony. Ostatni raz słyszał ten niepewny, zawstydzony głos, gdy Gwendolyn wyznała mu, że wczoraj wzięła za męża Kevina Levina. Zmarszczył brwi, ale posłusznie ruszył za nią.
            Pokój Gwendolyn był jednym wielkim pobojowiskiem. Ben aż zatrzymał się w drzwiach na widok wszechobecnego bałaganu. Gwendolyn zawsze była ułożona i lubiła porządek, ale najwyraźniej przez lata wyzbyła się perfekcjonizmu, bo wszędzie dookoła leżały powyrywane kartki, ogromne księgi zaklęć i nadpalone, pachnące świece.
            - Co ty tu wyrabiasz? – spytał podejrzliwie, manewrując między porzuconymi tomiszczami. Dobrnął na łóżku i usiadł, prostując długie nogi. – Gwendolyn, nie chciałem  nic mówić, ale od pewnego czasu… zachowujesz się cokolwiek dziwnie.
            Gwendolyn już nie wytrzymała ciągłych nerwów, strachu i poczucia, że wydała wyrok końca świata. Miała dość.
            Ku zdziwieniu i przerażeniu Bena, wybuchnęła szlochem.
            Rozdziawił usta i zamarł, patrząc tylko jak drżą jej ramiona i jak krzyczy, chowając twarz w dłoniach. Nie bardzo wiedząc, jak powinien się zachować, podszedł i niezdarnie ją objął. Dawna, uczuciowa Gwen płakała. Dorosła, lodowata Gwendolyn zaciskała zęby i ze wszystkim radziła sobie sama.
            - To moja wina… Ona mnie oszukała! Ja… Ben, ona znowu… Ziemia… Tak bardzo spaprałam… - wydyszała, między jednym atakiem płaczu a drugim. Ben poprowadził ją w stronę łóżka, tym razem depcząc po książkach i zgniatając jakąś czerwoną świece.
            - Opowiedz mi wszystko – poprosił, biorąc w dłonie jej suche, chude dłonie. – Kto cię oszukał?
            - Czarodziejka – Gwendolyn pociągnęła nosem. – Ben, po tym wszystkim, co się stało… Chciałam, żeby wszyscy byli bezpieczni. Chłopcy, ty, Julia… Kevin. Nie zniosłabym, gdyby Czarodziejka znowu wam coś zrobiła…
            Ben słuchał w milczeniu.
            - Powiedziała, że Kevin zabrał klucz ze statku Ragnaroka. Że ona teraz jest z nim i że potrzebuje tego klucza… Że Ragnarok chce klucza. Pamiątka dawnej chwały – wychlipała. – I ja dałam jej ten klucz!
            - Co zrobiłaś? – Ben wciągnął ze świstem powietrze. Wchodzenie w jakiekolwiek interesy z Czarodziejką było dla niego niedorzeczne.
            - Myślałam, że skoro statek dawno wybuchł, to klucz na nic jej się nie przyda… Ale ona mnie ogłuszyła i zabrała klucz… I teraz jestem pewna, że ten klucz był czymś więcej, że ona go wykorzysta… I tak strasznie się boję! – znowu zaczęła płakać.
            Ben poklepał ją po plecach i mocno przytulił, kiwając się w przód i w tył. Czuł, że powinien nakrzyczeć na Gwendolyn za tak nierozsądne działanie, ale nie śmiał, gdy zobaczył ją rozbitą, smutną i przestraszoną. Po prostu jej żałował.
            - Poradzimy sobie. Ty, ja i Kevin. Tak jak zawsze – obiecał cicho, a Gwendolyn poczuła, że kamień spada jej z serca.


*

15 grudnia 2014

"...żeby z Tobą być" cz.20 (Ben 10, gwevin)

            Verdona siedziała na wąskim łóżku i bez słowa słuchała historii Gwendolyn, od czasu do czasu wzdychając z niezadowoleniem. Wypiła cztery i trzy czwarte filiżanki herbaty, a zagryzając czekoladowymi ciastkami z żurawiną. Prawie opluła się, gdy Gwendolyn bąknęła coś o pocałunku z Kevinem Levinem – chuliganem, który w jej mniemaniu resztę życia powinien spędzić w więzieniu.
            Z wnuczką łączyła je skomplikowana, wieloletnia przyjaźń. Gwendolyn po opuszczeniu ziemi spędziła kilka tygodni na Anodynie – to był dla nich przełom. Nigdy nie zdołała przekonać jej do porzucenia ziemskiej powłoki, nad czym bardzo ubolewała, ale przynajmniej pokazała jej kosmos – niepojęty, szalony, czasami straszny komos. Próbowała ją naprawić, niestety, bezskutecznie. Rana, jaką zadał jej Kevin Levin, była głęboko i pozornie nieuleczalna. Jedyną osobą, która mogła pomóc Gwendolyn, był właśnie on sam, ale Verdona nie mogła tego wiedzieć, a może nawet nie chciała.
            Verdona stała się powierniczką, najbliższą przyjaciółką. Gwendolyn szła do niej jak do matki – Natalie, jej biologiczna mama, była skarbem, ale – jak zwykła mawiać Verdona – miała niezwykle ciasny umysł, nieprzyjmujący do wiadomości, że świat nie zamyka się na Ziemi.  - Taka z niej nudziara – jęczała z niesmakiem. – Gdzie dobra zabawa?
            - Za wszystko odpowiedzialna jest ta… Czarodziejka. Sprytna kobieta, naprawdę – stwierdziła Verdona z uznaniem. – Niechętnie to mówię, ale ona prowadzi grę, Gwendolyn, na swoich własnych zasadach. A na dodatek nie jesteście nawet graczami – steruje wami jak pionkami.
            - Nieprawda!
            - Chciała kluczyk – dałaś jej kluczyk. Wszystko jak w zegarku, wszystko jak zaplanowała. Gwendolyn, musimy przewidzieć jej następny krok. Ale takie dwie anodytki jak my na pewno sobie poradzą – Verdona mrugnęła porozumiewawczo i dolała sobie herbaty.
            - Jest jeszcze Ben – poprawiła Gwendolyn. – No i Kevin… Ten Ragnarok to jego wróg i jego zemsta.
            - Już raz próbował – zauważyła lodowato Verdona. – I zawalił. Gwendolyn, ten ulicznik to chodząca porażka.
            - Nie mów tak…. – bąknęła żałośnie.
            - Ale tak jest! O ciebie nie potrafił zadbać! O syna też nie potrafi, skoro tyle lat ten dzieciak był ciężarem dla Bena! Przyjmowanie go do domu to szaleństwo! Skąd wiesz, że nie poderżnie wam gardeł…
            - Kevin nikomu nie podrzyna gardeł!
            - Teraz stajesz w jego obronie?! – w oczach Verdony błysnął różowy wściekły błysk. – A kto kilkanaście lat temu cię porzucił! Kto zwariował! Kto okazał się bez sumienia? To głodny szaleniec. Nigdy nie ufaj Osmozjanom.
            - Przestań go obrażać! – ryknęła Gwendolyn, a filiżanki z herbatą zadrżały od tłumionej energii. – Tylko krytykujesz, wciąż masz do wszystkich pretensje! To już było! I to nie jest twoja przeszłość, tylko moja! To moje niewybaczenie i moja wściekłość, a ty zawsze się wtrącasz!
            Verdona wstała z godnością.
            - Chronię cię, Gwendolyno. Ty tego nie widzisz, ale już my wybaczyłaś. Moja Gwendolyn przekonałaby Bena, że Kevin Levin nie zasłużyć na łaskę. Możesz być na niego wściekła i zraniona, ale przyjęłaś go, bo wciąż go kochasz. Głupie to i naiwne, ale prawdziwe. Chronię cię, żebyś nie popełniła błędu, żebyś nie pozwoliła się ponownie skrzywdzić.
            - Kevin żałuje! Nie widzisz tego? Znormalniał! Ale nie jest jak kiedyś, Verdono, i nigdy nie będzie! Nigdy więcej nie waż się mówić, że go kocham, że... Nie kocham go!
            - Kłamiesz, głuptasie. Wiem więcej niż wy – tępi ludzie! Wiem, co masz w głowie. Wiem, że trzymasz jeszcze plastikowy pierścionek zaręczynowy. Wiem, że nigdy nie skasowałaś zdjęcia z waszego ślubu.
            - Przestań! - ryknęła Gwendolyn. Filiżanki z herbatą pękły.
            Nagle na dole rozległ się hałas przewracanego krzesła. Verdona rozejrzała się zdziwiona i pstryknęła palcami. Momentalnie znalazły się na dole przy zszokowanym Benie i równie zaskoczonych chłopakach – Benie i Devlinie.
            Kevin stał przy stole, dysząc ciężko. Zerwał się z taką furią, że krzesło odleciała metr do tyłu. Wpatrywał się w swój telefon i zaciskał na nim ręce tak mocno, że słuchawka prawie pękała.
            - Kevin, co się stało? – spytał w końcu Ben.
            - Co się stało? – powtórzyła kpiąco Verdona. – Znowu świruje! To wariat!
            Kevin wyprostował się i wlepił w Verdonę ponury, obłąkany wzrok. Źrenice miał zwężona, a spojrzenie wściekłe, zabijające. Pobladł i spocił się,  a wargi miał całkiem sine. Gwendolyn widziała go w takim stanie tylko raz, wiele lat temu, tuż przed tym jak…
            - Nie, Verdono, dopiero zacznę świrować.
            - Tato… - Devlin już chciał do niego ruszyć, ale Gwendolyn złapała go i przyciągnęła do siebie, zamykając oczy. Nie chciała patrzeć.
            Kevin ruszył w stronę kontaktu i wyrwał go z łatwością, a zaraz potem sięgnął ręką po poszarpane kable, pochłaniając całą surową, czystą energię prądu. Jęknął głucho, gdy moc przebiegłą mu po żyłach, wprost do serca. Przymknął oczy; nie wiedział nawet, co czuje – jakby lód mroził mu mózg i jednocześnie ogień rozpalał go do białości.
            Surowa energia. Najsilniejszy narkotyk dla Osmozjanina.
            Oderwał dłoń i uśmiechnął się mściwie. Czuł, że głowa pulsuje mu od emocji – był nabuzowany, pobudzony i tak wściekły, że mógłby roznieść wszystko. Jakby wystarczyła mała iskra do wybuchu, moment, i mógłby cały stanąć w płomieniach. Cała skóra mu cierpła, a serce biło tak szybko, jakby miało wyskoczyć z piersi.

            - Zobaczymy, jak teraz zaśpiewasz, Czarodziejko! – syknął i wybiegł z domu, zostawiając oszołomionych przyjaciół.