Verdona
przyłożyła fioletowe dłonie o długich palcach do szorstkiej powierzchni i
zacisnęła oczy. Ben aż się cofnął, gdy srebrno-różowe światła rozbłysły wokół
włazu. Zaklęcia Czarodziejki pękały jedno
po drugim jak łamane, suche patyki. Rozdziawił usta i wpatrywał się w
nieziemską postać babci. Na jej plecach falował ogon, a ciało otaczała
tajemnicza, różowa mgiełka energii. Czasami zapominał, że Verdona jest w
rzeczywistości nadludzką istotą, jedynie skrytą pod cienkim przebraniem
kobiety.
Gwendolyn
nigdy nie dysponowała taką mocą, głównie dlatego, że nie wykorzystała swojego
daru, nad czym tak bardzo ubolewała babcia. Kuzynka potrafiła czarować, ale jej
umiejętności malały, gdy do gry wkraczała Verdona. Jej moce go poraziły… i
przeraziły.
Właz
pękł i rozbłysnął się na milion metalowych kawałków, a Verdona odsunęła się
cicho, jakby płynęła w powietrzu. Nawet się nie zdyszała.
W
kurzu dostrzegł ogromne transformatory energii lśniące od siły skumulowanej
energii. Gdy spojrzał na zbiorniki, oczy rozbolały go od jasności. Zupełnie
jakby patrzył na słońce albo gwiazdy.
Przypomniał
sobie, że statek Ragnaroka potrafił wysysać energię z gwiazd, a potem
sprzedawał ją za pieniądze, o jakim nie śniło się najchytrzejszych oszustom we
wszechświecie. Wciągnął powietrze ze świstem, zdając sobie sprawę, że chociaż
statku już nie ma i wróg nie może zniszczyć Słońca, to moc zdolna zniszczyć
planetę wciąż jest do wykorzystania. Przeklął w duchu siebie i wszystkich
Hydraulików, którzy – po pierwszym i po drugim schwytaniu Ragnaroka – nie
znaleźli jego kryjówek i nie skonfiskowali broni.
Ledwo
zdążył się rozejrzeć, gdy z dymu wyłoniła się kobieca postać w fioletowym
kombinezonie ze srebrnymi klamrami i w czarnych, błyszczących butach na grubych
obcasach.
-
Niegrzeczne jest wyważać drzwi – zauważyła chłodno, a jej dłonie rozbłysły
różową maną. Ben nie zdążyłby się obronić, gdyby nie Verdona – z nią
Czarodziejka nie miała żadnych szans. Anodytka dysponowała prawdziwą mocą – a
nie czarami, magią i oszukańczymi sztuczkami.
Czarodziejka
runęła na ziemię, a srebrne włosy rozsypały się po jej twarzy. Ben już miał
atakować, ale zawahał się w pół kroku, uświadamiając się, że jest o krok od
powielenia swoich dawnych błędów. Czarodziejka znów tylko się z nimi drażniła,
miała ich zatrzymać, nie dopuścić do tego, który naprawdę przewodził – do
Ragnaroka.
-
Zajmę się nią, Verdono!
Z
całych sił uderzył w zielono-czarną tarczę zegarka, odpalając Omnitrix.
Wrzasnął, a jego grzbiet wygiął się pod nienaturalnym kątem, a twarz
spłaszczyła się i poszerzyła.
-
JETRAY!
Czerwony,
ogromny nietoperz o wściekle limonkowych oczach pofrunął tuż nad sufitem i
strzelił jadowicie zielonym laserem w stronę oszołomionej Czarodziejki. Poczuł,
że ogarnia go złośliwa satysfakcja – po raz pierwszy zdobył choć maleńką
przewagę nad przeciwniczką. Zatoczył koło i wylądował przed Verdoną, która
przygląda się jego popisom z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-
Zostaw mi ją – zarządził.
-
Chcesz zgarnąć największą frajdę dla siebie, Ben? – obruszyła się. – Szczerze
mówiąc, myślałam, że ta wasza Czarodziejka jest lepsza, skoro tyle razy was
wykiwała.
Jetray
zatrzepotał skrzydłami, ale nie mógł zaprzeczyć, że Czarodziejka raz za razem
dawała im popalić i wciąż, jak powiedziała babcia, była o krok przed nim. I,
chociaż nigdy w życiu nie powiedziałby tego głośno, gdyby nie obecność Verdony,
teraz też by zwyciężała.
-
Nie o to chodzi, Verdono – powiedział cicho. – To Ragnarok jest teraz
najgroźniejszy. A ty… jesteś silniejsza – wyrzucił z siebie, sam nie wierząc,
że to powiedział.
Doskonale
zdawał sobie sprawę, że Ragnarok przewyższał ich wszystkich, jego, Gwen,
Kevina, już wiele lat temu. Jedyną osobą na tym statku, która była w stanie go
powstrzymać, była jego babcia, chociaż wolałby, żeby było inaczej.
-
Owszem, jestem – Verdona zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. – Ale nigdy nie
sądziłam, że dożyję dnia, gdy Ben Tennyson przyzna, że czegoś nie może.
-
Teraz nie chodzi o to, żeby grać pierwsze skrzypce, ale żeby ocalić ziemię –
warknął Ben. – Czarodziejka nie może zatrzymać nas obojga, gdy trzeba działać. Ja się nią zajmę, a potem cię dogonię.
Po
raz pierwszy w życiu Verdona spojrzała na swojego wnuka z uznaniem.
-
Pokaż jej, Ben! – zawołała, po czym przemknęła przez ładownie jak błyskawiczny,
srebrno-różowy strumień.
Ben
wzbił się w powietrze i strzelił laserem wzdłuż sufitu. Czarodziejka – z
bezgraniczną wściekłością na twarzy – stanęła na nogi, a jej ramiona otoczyła
różowa energia.
-
Dalej, Czarodziejka! – zawołał prowokująco. – Tylko na tyle cię stać?
-
Przestaniesz się śmiać, Tennyson – wydyszała. – Gdy twoja mała planetka
rozsypie się w popiół!
Włosy
zafalowały wokół jej bladej twarzy, a oczy zaszły złowrogą mgłą. Ben nie dał
jej ani chwili więcej – ruszył do ataku.
*
Dzisiaj wyszło króciutko, głównie dlatego, że spieszę się na zajęcia z angielskiego za godzinkę. I porobiły się takie dziwne przerwy, które potem spróbuję usnąć.
A w następnym spotkanie Gwen i Kevina :)