Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojny Klonów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojny Klonów. Pokaż wszystkie posty

18 stycznia 2015

Gonitwa XIII (Gwiezdne Wojny)




            Milo powoli szedł ciemnymi uliczkami, dźwigając na plecach ogromną torbę. Wnętrze było więcej warte niż wszystko, co miał przez całe swoje życie. Cenne leki, które mogły uratować życie jego chorego brata.
            Chwiał się na nogach, wciąż skołowany wydarzeniami dzisiejszej nocy. Próba zdobycia leków według szaleńczego planu, ten obłęd – bo taka siła nie mogła być normalna – włamanie się do Pałacu i pojawienie się Donar Turii.
            W  tamtej chwili był pewien, że jego życie skończy się na pałacowym dziedzińcu. Tymczasem strażnicy Donar Turii poprowadzili go do upiornie białego laboratorium. Nigdy wcześniej nie widział tak czystego miejsca. Aż wstydził się wchodzić w swoich zakurzonych, starych butach, a jednocześnie do głowy przychodziły mu najczarniejsze myśli: chcieli na nim robić jakieś eksperymenty? Jeden ze strażników szepnął trzy słowa do medyka, a ten – pogrzebawszy chwilę na pułkach – wręczył Milo paczkę z lekami, życząc spokojnej nocy. Zdębiał.
            Ci, którzy podpadli Dona Turii, któregoś dnia po prostu nie wracali do domów, znikali bez wieści, pozostawiając zdruzgotane rodziny. Milo słyszał mnóstwo podobnych historii i nie wierzył, że by on – zwykły dzieciak – był wyjątkiem od tej okrutnej reguły.
            Przekraczając bramy Pałacu, uświadomił sobie, że to nie on, ale Ahsoka była wyjątkiem. Ona zażądała jego uwolnienia, a Donar Turia przytaknęła nie z łaskawej litości, ale dlatego, że było jej wszystko jedno, niech już będzie.
            Ahsoka uratowała mu życie, zdał sobie sprawę. Dwa razy.
            Był roztrzęsiony do tego stopnia, że aż zapomniał o najprostszej prawdziwe jego planety: Donar Turia nie odpuszcza.
            Nie miał pojęcia, że w chwili, gdy opuścił bramy Pałacu, Donar Turia kazała przeszukać rejestry fabryk i znaleźć wszystkich o nazwisku Milo. Nie minęło pół godziny, a pod jego domem już stał oddział żołnierzy, zabierając ojca, matkę i osobę, której absolutnie nie powinno tam być – Anakina Skywalkera, który ledwo zdołał uciec z więzienia, już do niego wracał.

*

            - Wojna trwała długo i pochłonęła zbyt wiele istnień – cichy głos Kanclerza niósł się po senacie, odbijając echem od ścian. Padme siedziała wyprostowana, w fioletowej sukni z odkrytymi ramionami, którą Anakin zawsze uważał za ładną.
            - Ale dzisiaj, w tym historycznym momencie, mogę z dumą ogłosić, że wojny klonów zostały zakończone – ostatnie słowa Kanclerza zagłuszyły gromkie oklaski dochodzące z każdego kąta sali.
            Padme – jako jedna z nielicznych – nie podniosła się z miejsca. Nie dlatego, że nie podzielała szaleńczej radości pokoju, ale dlatego, że nie miała siły. Ogarnęła się błogosławiona ulga i spokój. Koniec. Oficjalne ogłoszenie zawieszenia broni rozbrzmiewała w jej uszach jak najmilsza melodia. Poczuła, że łzy staję jej  w oczach. Nadszedł koniec niespokojnych czasów, teraz przyszedł czas na odbudowę, na reformy i postęp, na… rodzinę.
            Uśmiechnęła się, opuszczając budynek senatu. Niedaleko, na lotnisku, przy nowym myśliwcu, czekał ten, którego najbardziej życzyła sobie zobaczyć. Generał Skywalker w pełnym umundurowaniu, z niemym szczęściem wypisanym na twarzy.
            Padme nie czekała ani chwili dłużej. Nie patrząc, że dookoła roi się od pilotów, klonów i Jedi, pobiegła przez lądowisko, gubiąc po drodze szpilki ze złotymi kamyczkami. Anakin nie wahał się ani chwili dłużej – popędził w jej stronę, omal nie wpadając na czerwonego astromecha.
            Złapał ją w biegu, przytulił tak mocno, że zabrakło jej tchu i obkręcił dookoła.
            - Koniec wojny – wyszeptała.
            - Tak – Anakin ucałował delikatnie jej szyje, ściskając szczupłe, zadbane dłonie swoimi grubymi, szorstkimi palcami. – Koniec z bitwami, koniec z walkami, teraz… nadejdzie lepszy czas. Lepszy czad dla galaktyki. I dla nas.
            - Obiecujesz?
            - Obiecuję – w chwili, gdy Anakin pochylił się, by ją ucałować, jego twarz rozmazała się, pozostawiając tylko szary sufit. Padme jęknęła głucho, czując, że świdrujący ból głowy powraca.
            Leżała w kącie jakiejś nędznej celi, pozbawionej okien i drzwi. Spróbowała się podnieść, ale zawrót głowy sprawił, że osunęła się z powrotem na posadzkę. Całą twarz i plecy miała pokryte lepkim potem, a suchość w gardle nie pozwalała jej krzyknąć o pomoc. Nie miała pojęcia, czym zatruła ją Donar Turia, ale jej dni – a może godziny – zostały już policzone. Spróbowała załomotać w którąś ze ścian, ale ciemność znów odebrała jej świadomość.

*

            Ahsoka ocknęła się w małej, ciasnej sali. Zamrugała, zdając sobie sprawę, że, opierając się plecami o jedną ścianę, nogami sięga drugiej. Wzdrygnęła się, próbując rozprostować nogi. Wraz z powracającą świadomością, ogarnął ją gniew. Donar Turia ma układy z Sithami! Prawie splunęła ze wściekłości. I co teraz z Milo? Czy Donar Turia na pewno spełniła jej żądanie?
            Co zrobić, co zrobić, co zrobiłby Anakin?, powtarzała gorączkowo w myślach. Podniosła się na nogach i już miała spróbować znaleźć wyjście, gdy jej wzrok padł na szczupłe, kobiece ciało w kącie celi.
            Bez trudu poznała ten sposób zaplatania warkoczy i znajomą, bladoróżową suknię, którą często widywała, gdy na zebraniach senatu.
            - Padme! – krzyknęła słabo, padając przy pani senator. Co ona tu, na Moc, robiła? Ahsoka nie miała pojęcia, jak Amidala się tu znalazła, ale nie to było jej największych problemem. Kobieta miała chorobliwe bladą twarz i podkrążone oczy. Spała, sycząc cicho, jakby nie mogła w pełni odetchnąć. Trzęsła się w gorączce, cała spocona i zmarznięta. Ahsoka przygryzła wargi i potrzasnęła kobietą.

            - Niech to – zaklęła pod nosem. Musiała się jak najszybciej stąd wydostać. Przysięgła sobie, że ani żaden Sith, ani sztuczki Donar Turii jej w tym nie przeszkodzą.


*
Rozdział trzynasty, oby nie był pechowy :)
Rozdział miał być wczoraj, ale zakupy trochę mi się przeciągnęły. Trochę bardzo. Nie wiedziałam, że można spędzić sześć godzin w  trzech galeriach handlowych i nie kupić głupiej biżuterii.  
Obejrzałam Rebeliantów i jestem zachwycona. Chyba podoba mi się nawet bardziej niż Wojny Klonów - postacie są super, humor jest, akcja też, no po prostu czad.
Niech Moc będzie z Wami!

30 grudnia 2014

Gonitwa XII (Gwiezdne Wojny)


            - Tam jest wejście – syknął Milo, wskazując palcem na potężną bramę otaczającą murem imponujący, marmurowy budynek z wysokimi, rzeźbionymi kolumnami i licznymi kotarami w oknach.  – Główne. Drugie prowadzi od kantyny dla pilotów, ale tam zawsze węszą agenci Donar Turii i werbują ludzi.
            - Po co? – spytała tępo Ahsoka, wciąż oszołomiona swoim wybuchem.
            Milo zacisnął zęby.
            - Pod rządami tej krowy nigdy nie było dobrze. Coraz większe podatki, coraz wyższe ceny, coraz niższe płace. Wstrętna paskuda, żyje jak królowa. Masz pojęcie, ile razy próbowaliśmy pozbawić ją władzy? Ale ona jest sprytniejsza – oferuje worek kredytów, cokolwiek i szuka szpiegów, którzy będą jej donosić o buntach. Czyni ich swoimi sługami, którzy są na każde jej wezwanie, którzy sprzedali by dla niej dusze… Żałośni zdrajcy. Wydostają się z nędzy by wpaść w nędze moralną.
            Ahsoka patrzyła na niego poważnie.
            - Ma pod sobą łowców nagród, którzy liżą jej stopy i znajdują tu azyl. Układa się z najgorszymi szumowinami w galaktyce, tylko po to, by mieć więcej, więcej, więcej – burknął z szczerą pogardą. – Grożą pogłoski, że kumpluje się z Sithami.
            - Sithami? – powtórzyła zdumiona Ahsoka.
            - Mniej więcej kilkanaście dni przed tym, jak tu przybyłaś – zamyślił się Milo. – Cyria, piesek Donar Turii, pewnie ja widziałaś, wielka Twi’lekanka, nie umie utrzymać języka za zębami i kłapnęła coś o jakimś lordzie czy innymi hrabi… To ważne?
            - Bardzo – mruknęła Ahsoka. Instynktownie czuła, że jej przybycie na tą zabiedzoną planetę wiązało się z interesami zakładanej Donar Turii z Sithami.
            - Musimy się przedostać na drugą stronę – Milo wychylił się i spojrzał ponuro na potężną bramę. – Dasz radę zrobić to coś… No, te wasze Jedi-Sztuczki?
            Ahsoka pokręciła głową. Poprzedni wybuch nie tylko ją wymęczył, ale także przeraził – nie chciała na razie używać Mocy, a przy każdym ruchu ręce jej dygotały, nieważne, jak bardzo starała się to powstrzymać.
            - W takim razie cię podsadzę – zadecydował Milo i zniknął w ciemności.
            - Stój! – pisnęła cicho Ahsoka, ale chłopca już nie było. Wytrzeszczała oczy, próbując dostrzec coś w ciemności, ale na próżno – mrok był gęsty i nieprzenikniony. Usłyszała tylko hałas kamieni rzucanej niedaleko, może dwadzieścia metrów od jej kryjówki.
            Milo odwrócił uwagę strażników.
            Ponownie wybuchło zamieszanie, a Milo wyłonił się z ciemności tak szybko, jak zniknął. Złapał ją za nadgarstek (co sprawiło, że Ahsokę przeszedł nieznany dotąd dreszcz) i pociągnął w stronę muru.
            - Właź!
            Wdrapała się na jego ramiona, omal nie łamiąc mu stopą nosa i stanęła chwiejnie, wyciągając ręce ku krawędzi muru.
            - Ugh, pospiesz się, jesteś diabelnie ciężka.
            - Odezwał się. Ramiona jak u motylka – odgryzła się Ahsoka, choć Milo miał krzepę jak mało który chłopak w jego wieku. – Znalazło się delikatnie paniątko.
            Podciągnęła się na rękach i usiadła na szczycie muru. Zerknęła na druga stronę i, wciągając ze świstem powietrze, rzuciła się nieznane. Wylądowała twardo na marmurowym placu wśród krzaków dziwnych, obcych roślin. Rozmasowując stłuczoną przy upadku nogę, pognała do bramy i otworzyła ją od wewnętrznej strony. Milo wślizgnął się do środka, a w tej samej chwili padło na nich lodowate światło latarki.
            - Cieszę się, że przyszłaś w odwiedziny, Jedi Tano – odezwał się zaczepny, słodki głos. Na skraju placu stała śliczna kobieta w kremowej, powłóczystej sukni. Uśmiechała się, odsłaniając równe, białe zęby. Za plecami miała cały oddział uzbrojonych strażników.
            - Donar Turia! – Milo splunął z odrazą.
            Kobieta jakby tego nie zauważyła. Zmrużyła oczy i przyjrzała się Ahsoce.
            - Jesteś mi potrzebna, a wciąż mi uciekasz. Doprawdy, lepiej byś na tym wyszła, gdyby nie musiała wciąż cię gonić. Ale wróciłaś, dobrze, że wróciłaś. Ahsoka, prawda? Cudownie, chodź ze mną, porozmawiamy.
            Ahsoka czuła na sobie zdumione i nienawistne spojrzenie Mila, który nie mógł przełknąć, że Donar Turia zamierzała przeciągnąć kolejną osobę na swoją stronę. Ahsoka niewiele rozumiała i nie odpowiedziała, ale premier wyciągnęła w jej stronę ramię i pociągnęła ją do pałacu.
            - Przykro mi, że spotkało cię tu tyle nieprzyjemności.
            - Eeee…
            - Nie jesteś tu przypadkiem, wiesz? Bardzo mi na tobie zależy, jesteś podobno bardzo utalentowana i bardzo mądra, a mi potrzeba takich ludzi. Widzisz, niełatwo być dobrym rządcą, gdy otaczają cię głupcy i łgarze. Jesteś mi bardzo potrzebna…
            Ahsoka wyplątała się z jej uścisku, nie słuchając słodkiego trajkotania.
            - Co będzie z Milo?
            - Z kim? – Donar Turia zatrzepotała rzęsami i rozejrzała się ze zdziwieniem. – Z tym dzieciakiem?
            - Wypuść go i daj to, czego zażąda, a ja…
            - Pomożesz mi, tak? – roześmiała się podekscytowana Donar Turia. Klasnęła w dłonie i przywołała jakiegoś strażnika, wyszeptała mu instrukcję na ucho i znów pociągnęła Ahsokę do swojego pałacu. – Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, kochanie.
            - Czego ty chcesz? – Ahsoka strąciła jej gładką, wypielęgnowaną rękę ze swojego ramienia. Nerwowo zastanawiała się, o jaką pomoc może chodzić. – Dlaczego tu jestem? Po co jestem ci potrzebna?
*
            Ahsoka, wbrew sobie, założyła nową, bladozieloną sukienkę z granatowymi zdobieniami na rękawach i zjadła pierwszy porządny posiłek od dawna. Donar Turia dopiero wtedy zaprosiła ją na marmurowy taras pełen egzotycznych roślin. Wszędzie unosił się słodki, odurzający zapach kolorowych kwiatów, wyjątkowo rzadkich i wyjątkowo pięknych.
            Donar Turia stała przy poręczy i wpatrywała się w zamyśleniu w nierozkwitnięty, czarny pąk. Ahsoka zbliżyła się do niej nieśmiało. Pomyślała, że ten obłędny taras, pełen rzeźb na poręczach, ekskluzywnych roślin i marmurowych płyt z błyszczącymi kamyczkami na krawędziach, stanowi obrzydliwy kontrast dla nędzy, która wyzierała z każdego kąta pospolitych dzielnic tej planety.
            - Czego  ty ode mnie chcesz?
            - Mogłabym ci niczego nie tłumaczyć, ale… Mamy jeszcze trochę czas do przybycia Mistrza.
            Ahsoka nadstawiła uszu. Mistrza?
            - Zobacz – Donar Turia uśmiechnęła się z blaskiem w oczach.
            Uniosła dłoń, a Ahsoka ujrzała, jak jedno z krzeseł chybocze się lekko, a po chwili delikatnie szybuje ku górze, drżąc lekko. Po chwili opadło z trzaskiem na ziemię, gdy Donar Turii zabrakło silnej woli.
            Ahsoka rozdziawiła usta.
            - Widzisz, jestem wrażliwa na moc, choć nieźle to ukrywam – zachichotała, opierając się o murek. – Moi rodzice nie wysłali mnie do świątyni i chwała im za to, gdziekolwiek teraz są. Prowadziłabym nędzne życie Jedi, pozbawione przyjemności. Nawet nie wiesz, ile ty tracisz, Ahsoko. Życie może być o wiele przyjemniejsze, gdy dasz się trochę ponieść emocjom. Po latach okazało się, że Moc może być przydatna w rządzeniu… Nawet nie wiesz, jak ciężko jest przepchnąć niektóre ustawy!
            Ahsoka cofnęła się o krok, rozumiejąc jej tok myślenia. Jedi nie łaknęli władzy, byli strażnikami pokoju, pragnęli pomagać, a nie rządzić. Donar Tura chciała wykorzystać swój talent do sterowania innymi – wpłynąć na kilku posłów, ministrów czy innych senatorów i uczynić siebie jedyną panią smutnej, wynędzniałej planety.
            - Mistrz chciał mnie sprawdzić, czy nadaję się na jego uczennice – szepnęła Donar Turia, a jej oczy zapłonęły niepokojącym, niezdrowym plaskiem.
            - Jaki mistrz? – warknęła ostro Ahsoka.
            - Byłaś moim wyzwaniem, Ahsoko, wyzwaniem, które wypełniłam wzorowo.
            Ahsoka poczuła ostrzegawcze pulsowanie z tyłu głowy. Coś – nie… ktoś! – nadciągał, ktoś pełen gniewu… Ahsoka znała tego człowieka, na pewno już go spotkała, ale nie mogła sobie przypomnieć, gdzie. Zbliżał się Sith – tego była pewna.
            - Co prawda, było trochę kłopotów. Ten Anakin, chłopczyk trochę za bardzo węszył. I ten drugi, ale obaj przepadli bez reszty. A ta durna senator na zawsze zapamięta, żeby nie wpychać nosa w nie swoje sprawy.
            Zanim zdumiona Ahsoka zdążyła zapytać o swoim przyjaciół, poczuła ostry, urwany ból w plecach, a potem padła na brzuch od ciosu paralizatorem.
            Zdążyła jeszcze dostrzec, że Donar Turia kłania się wzruszona i uśmiecha czarująco.

            - Mój panie, hrabio… Zrobiłam wszystko, co trzeba było, jak chciałeś.

9 listopada 2014

Gonitwa XI (Gwiezdne Wojny)

            Milo padł przed siebie i przekoziołkował na dach sąsiedniego domu. Pociski przecięły powietrze nad jego głową i rozbryznęły się gdzieś na ścianie jednej z dalszych, wyższych kamienic. Milo przywarł do dachu i modlił się w duchu, by lodowate światło latarek żołnierzy go nie dopadło.
            Ahsoka przykucnęła na drugim dachu, wciąż niezauważona w ciemności. Podczołgała się do samej krawędzi i wyjrzała. Na dole czterech strażników rozglądało się z wycelowaną w górę bronią. Wystarczyło, żeby Mili na chwilę podniósł głowę, a rozwaliliby go na kawałki.
            - No już, działaj! – mruknęła do samej siebie.
            Za duża koszula szeleściła na wietrze. W powietrzu unosił się gorzki, gryzący zapach spalin, towarzyszący fabrykom na każdej planecie.
            - Wyłaź, mały skurwysynie!
            - Bo strzelę!
            - Jazda, jazda!
            Ahsoka poszukała wzrokiem twarzy Milo, ale chłopak leżał nieruchomo, niby trup, jakby próbował wtopić się w jedno z dachem. Zagryzła zęby. Nie mogła pozwolić, żeby jej zadanie skończyła się porażką na samym początku.
            Odetchnęła głęboko i pozwoliła, żeby wszystko odpłynęło – głód, zmęczenie, zmartwienia i upokorzenia ostatnich dni. Wszystko opuściło ją wraz z wydychanym powietrzem, pozostawiając jedynie spokój, spokój właściwy rycerzowi Jedi.
            Później wszystko było błyskawicznie. Zerwała się na równe nogi i zadarła ręce wysoko w górę. Wielka koszula trzepotała na wietrze jak peleryna, jak wielka biała flaga na wysokim dachu.
            - Hej…!
            Zaparła się nogami w płaski dach i użyła wszystkich swoich sił, by zatrzymać w locie błyszczące pociski i zmienić kurs ich lotu. Machnęła dłonią, a atak pokierował się w kierunku zdezorientowanych, przestraszonych żołnierzy. Poczuła, że na jej czole pojawiają się pierwsze krople potu. Tak silne użycia Mocy nie powinny jej sprawiać kłopotu, a jednak – w ostatnich dniach nie miała czas się wyspać ani porządnie zjeść. Przygryzła wargi tak mocno, że górna aż pękła.
            Czuła, że w jej sercu otwiera się nowa granica – granica czegoś większego, czegoś, czego do tej pory nie mogła – albo nie chciała – używać. Potęga tak wielka, że aż ogłupiająca. Przymknęła powieki i poczuła, że ogarnia ją przyjemny, pewny siebie mrok. Musi uratować Milo, musi zdobyć lekarstwo, musi znaleźć Anakina… I byle jacy żołnierze jej nie przeszkodzą.
            Skoncentrowała się na rurze w kamienicy za plecami strażników, na każdym nieszczelnym zaworze, na najmniejszej przerwie… i uderzyła! Gaz zaczął się ulatniać z cichym, złowieszczym sykiem. Ahsoka pstryknęła palcami i jedna z giwer wypaliła.
            Wszystko eksplodowało. Odłamki gruzu poszybowały w górę, odrzucone siłą wybuchu, pchane żółto-szarym dymem.
            Milo przeturlał się dalej od krawędzi dachu i z przerażeniem patrzył, jak tumany kurzu wzbijają się na ulicy. Tak potężnego wybuchu nie widział jeszcze nigdy, chociaż w fabryce katastrofy były na porządku dziennym. Wpatrywał się w dogasający ogień i głośno przełknął ślinę.
            Uratowała go.
            A jednocześnie wysadziła pół ulicy…
            Spojrzał na Ahsokę z niepokojem. Przykucnęła i próbowała wyrównać oddech, twarz miała bladą i chorobliwe spoconą, a ręce – drżące i niepewne. Odzyskiwała panowanie po ogromnym wysiłku. Milo nie śmiał się odezwać; po prostu się jej przyglądał.
            W gruncie rzeczy była chuda i brzydkawa, z wystającymi obojczykami i krzywymi kolanami. Niepozorna dziewucha, jakich pełno w każdym miejscu w galaktyce.
            Ale miała taką władzę!
            Wariatka, westchnął w duchu zszokowany. Co ona nawyprawiała?
            Na dole zaczął zbierać się tłumek ludzi, krzyczeli i zasłaniali usta mankietami i chusteczkami, byle tylko nie wdychać kwaśnych, być może trujących oparów. Zaraz odnajdą zwęglone ciała. Milo wzdrygnął się, ale wstał i przeskoczył na sąsiedni dach.
            - Co ja narobiłam…? – wyszeptała Ahsoka, gdy przy niej kucnął. – Widziałeś to? Na Moc, ja ich…
            - Przymknij się – Milo nie lubił, gdy ktoś się bał albo próbował mu się zwierzać. Ahsoka zamierzała to zmieszać, a tego by nie zniósł. – Musimy iść, póki nikt nas nie zobaczył. Jedi Tano, weź się w garść!
            Ahsoka machinalnie wstała na drżących kolanach. Milo musiał ją dźwignąć, żeby utrzymała równowagę. Chuda, ale ciężka.
            - Uratowałaś mnie – zauważył, gdy pomagał jej zsunąć się po brudnej, oblepionej zgnilizną rynnie.
            Wzrok Ahsoki był zmącony i nieobecny.
            - Zrobiłam za dużo… O wiele za dużo.
            - Zastrzeliliby mnie, gdybyś nie.. – Milo poczuł, że zaczyna brakować mu słów. Gdyby nie co? Gdyby nie zrobiła wielkiego „bum”? – Gdybyś nie interweniowała. Nie wiedziałem, że potrafisz takie rzeczy, Jedi Tano.
            - Ja też nie.
            Ahsoka szła ślepo za Milo, przypominając sobie wszystko po kolei. Pamiętała to dziwne uczucie, które porwało ją znienacka. Było tak silne, tak obłędne, tak odurzające, że nie potrafiła mu się oprzeć. Poznała jakiś dziwny rodzaj mocy, który czynił ją silniejszą.
*
            Obi-Wan spędził w obskurnej kantynie długą, męczącą dobę. Lata doświadczenia nauczyły go, że informacje najłatwiej znaleźć wśród szumowin albo obsługi kuchni. Barman nie był zbyt rozmowny, ale drobni przestępcy szybko wzięli go za swego i pozwolili przesiedzieć przy ich stole całą noc.
            Nosił czarny, niewyróżniający się z tłumu płaszcz i broń przy pasie. Na ramieniu błyszczały mu metalowe bransolety – właściwie nie wiedział, czemu je założył, ale wydały mu się pasujące. Potargał włosy i brodę, a nawet trochę się usmolił, by wyglądać bardziej po chuligańsku.
            Przedstawił się nazwiskiem Ben. Był małomówny i zgryźliwy, ale sprawiał wrażenie człowieka hardego, więc szemrane towarzystwo dało mu milczące przyzwolenie, by razem z nimi pić.
            - Czy znacie kobietę imieniem Cyria? – spytał, spędziwszy w tym obrzydliwym towarzystwie trzecią godziną. Kompani od kielicha wybuchnęły rzężącym, pijackim śmiechem i zaczęli się poszturchiwać.
            - Ładniejsze tu znam! – prychnął któryś i pociągnął długi łyk, przeraźliwie siorbiąc.
            - Słyszałem o niej trochę – Obi-Wan skinął głową wymiajjąco.
            - Układa się z Donar Turią i myśli, że jest lepsza!  Zdradziecka szmata!
            Kenobi skrzywił się nieznacznie. Nauczono go, że kobiecie należy okazywać szacunek. Maniery jego nowych przyjaciół pozostawiały wiele do życzenia.
            - A jest taka jak my. Nie ma nic – dodał któryś z robotników, pijący już czwartą butelkę na koszt Obi-Wana. – Pracowała w szwalni, ale uczciwa robota to dla niej za mało.
            Kenobi uniósł brwi, zastanawiając się w duchu, czy którykolwiek z jego kompanów zrobił w życiu coś uczciwego. Cyria, przyjaciółka Donar Turii, była silna nie tylko fizycznie. Gdy pierwszy raz ją spotkał, poczuł aurę człowieka skrzywdzonego i bardzo nieszczęśliwego. Nie był w stanie przebrnąć przez siatkę oszustw premier, ale mógł trafić w jakiś jej słaby punkt. Nawiązać kontakt z Cyrią!
            - Donar Turia podała jej rękę – wyjaśnił któryś poważnym tonem. – Wyciągnęła z burdelu i zaproponowała pracę. Teraz frajerka jest na każde jej zawołanie.
            - Sprzedajna i tyle – rzucił szczerbaty chłopak, najmłodszy z całego towarzystwa. Twarz miał poszarganą, spaloną, a wyraz twarzy – ubawiony i pusty. Obi-Wan przymknął oczy. Dzieciak mógł mieć siedemnaście lat, nie więcej. W innym miejscu, na innej planecie może szkoliłby się na prawnika albo mechanika, tu był skazany na powolny, smutny upadek na dno, w odmęty mułu.
            - Sam z nią pogadaj – barczysty misiek wskazał ruchem głowy siedzącą w kącie Twi’lekankę. Obi-Wan uniósł oczy i dyskretnie przyglądał się kobiecie. Rozmawiała z jakimś mężczyzną, którego twarzy nie widział. Wydymała usta i rysowała palcem po stoliku, próbując być zalotna. Nie była; była jedynie śmieszna, smutna, niewłaściwa.
            Jej towarzysz odszedł z pustym kuflem tak szybko, jak się pojawił.
            Kenobi wstał i szybko przemierzył salę, brnąć prosto w stronę Cyrii. Miał cichą nadzieję, ze Twi’lekanka go nie rozpozna. Był przebrany, ale twarz wciąż ta sama, z tymi samymi błękitnymi oczami i zamyślonym wyrazem twarzy.
            - Ben.
            - Cyria.
            Obi-Wan pomyślał, że to najgłupszy początek rozmowy, nic nie wnoszący, pozbawiony sensu. Machnął na barmana i pozwolił, by Cyria przejęła stery. Mówiła trochę nieśmiało, ale chwila wystarczyło, by wróciła do swojej naturalnej pozy – wulgarnej i pewnej siebie.
            - Praca dla premier ma swoje minusy, ale to dobry biznes. Lepszy niż… - Cyria zawahała się i przez moment Kenobi dostrzegł w jej oczach wielki wstyd i smutek pełen upokorzenia. Nie dokończyła zdania, gładko przechodząc do innego tematu.
            Obi-Wan poczuł coś na kształt litości. Wyczytał, że dawniej mogła być piękna, czarująca, taka, jak powinny być wszystkie kobiety. Ale nędza i niewola odebrały jej słodycz i uczyniły z niej istotę zaniedbaną, tępą, ciemną, zabiedzoną. Ostatki urody błyskały na jej twarzy, gdy się uśmiechała.
            Widział przed sobą dziecko, niewinne stworzenie w czterdziestoletnim, półnagim, obwisłym ciele. W nieszczęśliwych oczach zobaczył wielki zawód, szalony żal do świata.
            - Czasem trzeba kogoś porwać albo uciszyć – przyznała wymijająco.
            - Słyszałem, że macie jakąś Jedi – Kenobi dyskretnie zahaczył o Ahsokę. Była przyczyną wszystkiego – gdyby nie jej zniknięcie, pewnie prowadziłby teraz operacje na froncie.
            - Zwiała, a jej potrzebna – przyznała Cyria.
            Ma długi język, zauważył.
            - Ty ją uprowadziłaś ze Świątyni Jedi?
         - Trzeba było – Cyria wzruszyła ramionami. – Premier jej potrzebuje. To klucz do całego planu.
         - Jakiego planu? – Obi-Wan poczuł, że zaczyna przekraczać granicę i staje się za bardzo dociekliwy. Cyria znów wzruszyła ramionami.
            - Kogo obchodzi polityka. Jakiś lord coś mówił, ale gówno mnie to interesuje.
            Obi-Wan skinął głową. Cyria nie była zła: była zagubiona, ogłupiała i nieświadoma. Gdy świat ją raz przeraził, postanowiła pokazać, że jest dość silna i dość pewna. Znał takie jak ona – odrzucały sama siebie, odsłaniały piersi i nazywały siebie kobietami wyzwolonymi i wolnymi. Żadna z nich nie była szczęśliwa.
            - Lord? - powtórzył.
            - A może Hrabia? Czy to takie ważne?

14 września 2014

Gonitwa X (Gwiezdne Wojny)


            Milo prowadził pewnie przez ciemne zakamarki ulic. Ahsoka początkowo starała się zapamiętywać drogę, ale przy szesnastym zakręcie zgubiła się i zrezygnowała. Podążała za nim, mając nadzieję, że chłopak nie zamierza oddać jej w ręce policji. Zamiast kraść lekarstwa, mógłby odebrać nagrodę (w ciemności dostrzegła plakaty ze swoim niewyraźnym, rozmazanym zdjęciem) i kupić je legalnie. Musiała zaryzykować.
            Ruszyli stromymi schodami w górę. Ahsoka zadarła głowę i zobaczyła mgliste, zamazane światła w budynku daleko, daleko przed nimi. Czuła, że niedawno tu była. Moc podpowiadała, że właśnie w tym budynku zamknięto ją, gdy zjawiła się na zabiedzonej, zapomnianej planecie.
            - Ciszej, Jedi, ciszej! – mruknął, gdy stanęła na nieosłonięte przewody.
            Gdzieś za ich plecami zaszurały kroki. Ahsoka nie miała pojęcia, czy to kot, bezdomny czy strażnik.
            - I szybciej!
            Milo był okropnym towarzyszem – marudził, krytykował albo w ogóle się nie odzywał, obrażony  na cały świat. Ahsoka go nie znosiła, ale szanowała. Szanowała, bo codziennie rano wstawał do pracy, by mama miała co włożyć do garnka, bo próbował chronić tych, których kochał, bo starał się być dobrym człowiekiem.
            Im wyżej się wspinali, tym zabudowała stawała się bogatsza. Pozbijane, zapchlone budy i chwiejące się kamienice zastępowały stabilne, szare budynki z wysokimi kominami, z których wydobywał się duszący, czarny dym. Nad wejściami migotały światła, a gdzieniegdzie kręcili się strażnicy.
            Milo przywarł do ściany, ciągnąć ją za sobą.
            - Fabryki są czynne bez przerwy.
            Ahsoka sunęła za nim przyklejona do ściany. Miała wrażenie, że oddycha zbyt głośno. Wciąż była bosa, zmęczona, głodna i pozbawiona swojej ukochanej broni – miecza świetlnego. Wiedziała, że musi powierzyć swój los – i los Milo – Mocy. Zaufać sobie i zaufać Mocy. Odetchnęła i wykonała kilka ćwiczeń uspakajających, jakich nauczył ją Anakin.
            Pozostawał jeszcze Anakin. Kiedyś wydawało jej się, że czuła jego obecność – rozgniewaną, zawistną, przerażoną. Później oddaliła się od miejsca, w którym była uwięziona – dziś zgadywała, że była to siedziba premier Donar Turii – i straciła z nim kontakt. Czasem zastanawiała się, czy może zmęczony umysł nie płata jej figli. Odetchnęła głęboko, pozbywając się wszelkich zbędnych myśli.
            Milo skręcił gwałtownie. Znaleźli się w ślepym zaułku. Jakieś chude, poskręcane zwierzę żarło mniejsze tuż koło kontenerów ze śmierdzącymi odpadkami. Milo postawił nogę na ścianę, chwycił się rynny przy kamienicy i zaczął się wspinać. Kiepsko sobie radził – znoszone budy nie chciały trzymać się chropowatej powierzchni, zsuwał się i pocił, psiocząc w nieznanym Ahsoce języku.
            Rozejrzała się ostrożnie i ruszyła za nim. Za każdym razem, gdy bose palce dotykały ściany, czuła, jakby miliony naostrzonych igiełek wbijały jej się w ciało. Była już prawie na szczycie, gdy Milo wyciągnął do niej rękę i pomógł wejść na dach. W pierwszej chwili rozdziawiła usta i gapiła się na niego zaskoczona. Był to pierwszy serdeczny, pomocny gest. I zapewne jedyny.
            Przeszli dachem kamienicy, maskowani ciemną, bezgwiezdną nocą. Ahsoka zerkała w dół na budynki fabryk. Zadymione kominy przysłaniały jej widok na ogromne krajalnice, stosy kamieni i ludzi w rękawicach, dźwigających sprzęty. Nawet z wysokości czuła odrażający smród dymów.
            Budynki stały tak blisko, że przez trudu udawało im się przeskakiwać z jednego na drugi. Odległość wahała się od metra do półtorej, a w niektórych miejscach rozwieszono siatki i sznury na brudną bieliznę. Przy którejś takiej linie Milo zatrzymał się i zgarnął kilka ciuchów.
            - Przebieraj się! - cisnął w nią spłowiałą koszulą i spodniami.
            - Niby po co?
            Lubiła swój strój – nawet, jeśli był w paru miejscach usmolony, przetarty i przepocony, to wciąż pozostawał funkcjonalny i wygodny. Domyślała się, że wkrótce dojdzie do walki, a wtedy będzie potrzebowała zwinności i szybkości. Koszula do kolan tylko utrudniła by sprawę.
            - Dostaniemy się do pałacu od strony kantyny – wyjaśnił cicho Milo. – Donar Turia ma na swoich usługach paru łowców nagród, a oni uwielbiają burdele podobne do tego. Musisz wtapiać się w tłum, wyglądać jak ktoś od nas.
            Ahsoka zmarszczyła nos. Pamiętała kantynę, o której mówił Milo. Ostatnim razem, gdy tam była, została ponownie schwytana, a chwilę wcześniej c z u ł a Anakina. Może gdy znów się tam pojawi, odnajdzie jakieś potwierdzenie, że obecność mistrza to nie głupie złudzenie. Mogli ją zapamiętać – w swoich ubraniach była tą poszukiwaną Jedi, w byle jakich szmatach – przypadkową Torgutanką.
            - Odwróć się! – burknęła i odeszła jak najdalej.
            Jako Jedi rzadko miała styczność z mężczyznami – znaczy, owszem, widziała ich, spotykała na każdym kroku, ale byli to żołnierze, towarzysze, przyjaciele, a nie mężczyźni, którym wolno pożądać. Chociaż nie czuła od Milo choćby krztyny sympatii, wciąż głupio jej było rozbierać się przy obcym.
            Pochyliła się i pozbyła ubrania, wciągając za dużą, męską koszule i skórzane spodnie z pustą pochwą na broń. Swój strój zrzuciła z dachu na stertę kontenerów w nadziei, że nikt nie zwróci na nie uwagi. Za duża koszula była zdecydowanie zbyt rozchełstana. Zebrała materiał i zasłoniła dekolt.
            - Idziemy! – Milo przeszedł ostrożnie po desce przerzuconej na drugą kamienicę.
            W chwili, gdy Ahsoka miał ruszyć w ślad za nim, na twarz chłopaka padło ostre, zimne światło.
            - Stać! Co tam robisz, dzieciaku!
            Milo stał sparaliżowany i patrzył tępo na strażnika zaledwie przez sekundę. A potem zrobił najgłupszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy – zaczął uciekać. Zanim Ahsoka zdążyła krzyknąć, padły pierwsze strzały.
*
            Nell był człowiekiem z natury przyjaznym i towarzyskim. Nawet w obliczu zagrożenia złapaniem, gdy szli przez zadymione, brudne uliczki, nie przestawał mówić. Anakin starał się ignorował gadaninę i cierpliwie wyciszał Mocą pogłos niosący się po ścianach, ale w głębi serca miał wrażenie, że mężczyzna jest podstawionym szpiclem, który celowo wyprowadził go z więzienia, by jeszcze pogłębić jego winę, a teraz daje sygnał strażnikom.
            Nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem ponownie nie popełnił błędu. Jego mistrz, Obi-Wan z pewnością potwierdziłby taką opinię i dodatkowo zbeształ za brak rozsądku. Chociaż wyrósł z czasów, gdy nosił przy uchu padawański warkoczyk, wciąż liczył się ze zdaniem mentora i za każdym razem czuł się trochę winny, gdy po raz kolejny robił po swojemu i wszystko się sypało. Może gdyby posłuchał Padme, zaczekał aż sprawa zostanie załatwiona dyplomatycznie, teraz nie włóczyłby się po jakiś zapchlonych tunelach, ale ściskał w ramionach Ahsokę.
            Właśnie, Ahsoka.
            Nastoletnia padawanka była jedynym powodem jego pobytu na tej zadymionej, nieprzyjaznej planecie. Kiedy tylko dowiedział się, że zniknęła, rzucił wszystko bez słowa, uruchomił starek i zjawił się tam, gdzie poprowadziła go Moc. Odkąd stracił kontakt ze Smarkiem, miał wrażenie, że jakaś jego cząstka roztrzaskała się. Ten brak stale go wykańczał.
            - Słuchasz mnie, przyjacielu?
            - Musimy się pospieszyć – mruknął roztargniony. – Gdzie my, tak właściwie, idziemy?
            Nell uśmiechnął się.
            - Do mojego domu! To już niedaleko!
            Anakin znał wielu ludzi podobnych do swojego nowego towarzysza. Wyrastali z nędzy i nie potrafili się z niej wyrwać, zaharowywali się, by dać jak najlepsze życie swoim dzieciom. Albo stawali się najgorszymi kreaturami Galaktyki, albo najszczerszymi, najbardziej oddanymi kompanami, którzy ostatnią krztynę chleba dzielą na cztery, by dla wszystkich starczyło.
            Wyprowadził go z więzienia, tak, jakby uciekał stamtąd po raz setny. Dobrze wiedział, gdzie są patrole, którędy trzeba odbić, a gdzie szczególnie uważać. Anakin czuł, że pomoc dzięki jego pomocy – pomocy zwykłego prostata – dał radę wymknąć się bez wzbudzania sensacji.
            Nell był drukarzem, wesołkiem i ojcem. Tyle dowiedział się ze snutej opowieści pełnej anegdotek o tym, jak jego córka stworzyła pierwszy rysunek albo najstarszy syn rozpoczął pracę w fabryce. Wciąż powtarzał, jaka jego zona jest cudowna. Anakin słuchał tego z jakimś rozczuleniem, czując, że pod jego czaszką kłębią się myśli o Padme. Na pewno będzie wściekła, że tak namieszał…
            Nell wprowadził go do ciemnego, zgrzybiałego korytarza. W środku unosił się lepki, wilgotny zapach zgnilizny i szczyn. Na stopniu drzemał usmolony, tłusty robotnik. Nell podszedł do niego i potrząsnął ramieniem.
            - Przeziębisz się, przyjacielu – powiedział troskliwie. – Jeśli nie masz gdzie iść, zapraszam cię do mnie.
            Bezdomny wybełkotał coś po pijaczkowemu.
            - Chodź! – Nell złapał go za ramię i spróbował podnieść, ale był za chudy i za słaby, by choćby poruszyć ogromne cielsko. – No już!
            Nagle jakieś drzwi otworzyły się szeroko i ze środka wyszła chuda kobieta w długiej, granatowej koszuli nocnej. Wyglądała jak krzyżówka upiora z kościotrupem. Twarz miała bladą, zmęczoną, przepełnioną jakąś niepojętą udręką, cierpieniem znanym tylko najstarszym męczennikom.
            - Nell… - głos, który się z niej wydobył, był jednocześnie jękiem, płaczem i westchnieniem głębokiej ulgi. Padli sobie w ramiona, całując się tak, jakby nie widzieli się co najmniej trzydzieści lat. Anakin wbił wzrok w czubki butów, odrobinę zażenowany pokazem czułości.         Wśród westchnień i mokrego odgłosu całowania słyszał powtarzające się „Tęskniłem!”, „Tak się bałam.”, „Kochanie…”.
            Nell wreszcie oderwał się od kobiety i objął ją mocno. Bieda uczyniła z nich najtwardszą, najbardziej oddaną parę na całej planecie. W najgorszych, najcięższych chwilach wciąż za sobą szaleli.
            - To mój drogi przyjaciel – Anakin Skywalker – powiedział z typowym dla siebie rozbawieniem.
            Gdy kobieta przestawała wpatrywać się w męża, na jej twarz powracał nieszczęśliwy, chłodny wyraz. Anakin miał wrażenie, że dźwiga ona wszystkie troski swojej rodziny, których jego pogodny towarzysz nie dostrzegał.
            - Witaj, pani – skłonił się. – Jestem generał Skywalker, a twój mąż bardzo mi pomógł.
            - Potrafi pomóc wszystkim, ale nie własnej rodzinie – mruknęła kobieta, ale w głosie zabrakło złości. Za bardzo kochała męża, by móc się na niego gniewać.
            Weszła do środka, a za nią podążyli dwaj mężczyzny. Anakin rozejrzał się po skromnej, ale czystej izbie i wyczuł coś, co go zaskoczyło i uszczęśliwiło. Ahsoka! Ahsoka tu była! Zaledwie… kilka godzin temu? Czuł ją tak wyraźnie, jak przed porwaniem.
            Już miał pytać, gdy w pomieszczeniu rozległ się rozrywający, skrzeczący kaszel. Anakin poczuł, że od samego słuchanie zaczyna boleć go gardło.
            - Mały jest chory – westchnęło udręczona matka. – A twój głupi syn chce ukraść lekarstwa ze szpitala dla strażników! Zostawił list… Nawet nie wiem, kiedy wyszedł. To wszystko przez tą parszywą przybłędę!
            - Kogo? – Nell podszedł do śpiącego synka i zaczął głaskać go po głowie z ojcowską czułością.
            - Była tu taka Jedi… Hano? Pano? Dano? – kobieta przylgnęła do męża. – Poradzimy sobie, prawda?
            - Tano – poprawił Anakin. – Ahsoka Tano.
            Poczuł, że ogarnia go rezygnacja. Już prawie chwycił Ahsokę, już prawie ją znalazł, był w miejscu, gdzie ona stała zaledwie kilka, może kilkanaście godzin temu. Wymknęła mu się i gdzieś zniknęła. Ponownie poczuł, że Moc, świat, Galaktyka sprzymierzona jest przeciwko niemu.
            - Tak, możliwe – kobieta pokiwała głową.
            - Znasz Jedi Tano? – tuż przy udzie Anakina rozległ się pokorny, zadziorny głosik. – Pomogła mi.
            - Sania! – Nell zerwał się na równe nogi i objął córkę. – To moja pociecha – uśmiechnął się szeroko do Anakina. – Ma na imię Sana. Sana! Na część naszej planety, na cześć domu, na cześć ojczyzny.
            - Jedi Tano wróci z lekarstwami – dodała dziewczynka. – Razem z Milo wszystko załatwią.
            Anakin zagryzł usta. W co ta Ahsoka znowu się wpakowała?
*
            Padme była naprawdę rozgniewana. Chodziła w kółko po komnacie, którą przydzieliła jej premier Donar Turia i kipiała wściekłością. Najpierw zostawił ją Anakin, uciekł z więzienia i postawił w sytuacji, gdy musiała tłumaczyć jego i siebie, bo przecież grał jego ochroniarza. A teraz dodatkowo zniknął Obi-Wan Kenobi i również o to obwiniała ją Donar Turia. Miała serdecznie dość.
            Sama musiała dźwigać dyplomatyczne obowiązki i znosić kłamstwa, jakimi zasypywała ją Donar Turia. Na każdym kroku, w każdej sprawie. Próbowała się wyślizgnąć i wybadać, gdzie zniknął Obi-Wan albo gdzie ukrywa się Anakin, ale na każdym kroku napotykała strażników-ochroniarzy. Była sprytna i nie raz już dawała sobie radę z takimi problemami, ale tym razem nie mogła się nigdzie ruszyć bez obstawy. U w i ę z i o n a.
            Węszyła w pałacu. Wypytywała służbę, ale ci zbywali ją albo ignorowali, co tylko pogłębiało jej zniechęcenie. Nie przywykła do takiego traktowania. Znalazła przejść z korytarzy do kantyny, gdzie spał Anakin, gdy przybyli na tą nędzną planetkę zapomnianą przez Senat i Kanclerza.
            Wróciła właśnie z obiadu, gdzie wysłuchiwała półgodzinnej mowy o tym, jak bardzo oszukana i zawiedziona czuje się Donar Turia w związku z ucieczką obojga Jedi.
            - Przecież Obi-Wan nie uciekł – zauważyła chłodno Padme. Pogodziła się już, że premier uważa jej męża za bandytę i mordercę, przestała go bronić, uświadomiwszy sobie, że tylko zachęca kobietę do dalszego narzekania. – Był wolny i mógł opuścić…
            - Zniknął! Może mnie okradł? Skąd mam to wiedzieć, moja droga? Dookoła siebie mam tyle oszustów i krętaczy… Czasem już jestem zmęczona, wiesz?
            Padme nie odpowiedziała. Oszustów i krętaczy, co? Ty przebrzydła hipokrytko!
            Najwięcej czasu spędzała w swoich pokojach, ale nawet tam czatowały na nią służące z misami owoców i strażnicy. Za każdym, gdy napotykała kogoś z nich, ogarniał ją szał. Najchętniej rzuciłaby planetę w diabły i wróciła do swojego zwyczajnego życia.
            Znudzona położyła się na łóżku. Pościel szeleściła przyjemnie i pachniała jakby dopiero co skroplono ją pachnidłami. Przypominała Donar Turię. Jej oddech był jak powiew ciężkich, przesadzonych perfum. Padme wsunęła dłonie pod pachy i pomyślała o Anakinie.
            Gdzie był? Jak sobie radził? Czy zdrów? Trzymał się jakoś?
            Martwiła się tak bardzo, że niemal czuła, jak jej włosy siwieją. Za każdym razem, gdy wpatrywała się w lustro, szukała jasnych, białych pasemek, ale niczego nie znajdowała. A mimo to, przez ostatnie stresy czuła  się jakby miała trzynasta lat, a nie trzydzieści.
            Im więcej czasu spędzała w swoich czterech ścianach, tym więcej rozmyślała. Niepewność zmieszana ze zdenerwowaniem kotłowała jej się pod czaszką . Miała wrażenie, że jeszcze chwila i wyważy drzwi, porozstawia strażników po kątach i zażąda od Donar Turii prawdy.
            Zerknęła w lustro. Dwa warkocze, w które rano wplotła cztery złote wstążki, pozostały idealnie ułożone i nawet jedno pasmo się nie wysunęło. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Jak każda kobieta była odrobinę próżna i lubiła pięknie wyglądać.
            Korytarze jak zwykle były ciche, ale Padme nauczyła się już, że kiedy straci czujność, natychmiast pojawi się służąca albo strażnik. Szła spokojnie, oglądając obrazy. Głównie portrety Donar Turii – na wszystkich wyglądała tak właściwie, że Padme miała wrażenie, że chyba by ją poparła.
            Rozejrzała się po ścianach i po raz kolejny zwróciła uwagę na coś, co nurtowało ją dłuższego czasu. Kamery śledziły każdy ruch w korytarzach. Gdyby tylko znalazła nagrania, mogłaby sprawdzić, czy Anakinowi udało się bezpiecznie uciec. Odetchnęła głęboko, zebrała materiał bladozłotej sukni i ruszyła w poszukiwaniu właściwego pomieszczenia.
            Gdyby był z nią Anakin albo Obi-Wan mogłaby zapytać kogokolwiek, a oni za pomocą Mocy dowiedzieliby się prawdy. Musiała grać sama najróżniejszymi sposobami. W kieszeni miała przygotowany paralizator – na wypadek gdyby ktoś za bardzo się nią zainteresował.
            Usłyszała hałas w bocznej odnodze korytarza. Zatrzymała się  i wyjrzała ostrożnie. Przy ścianie stał droid i majstrował przy kamerze. Po chwili odsunął się i odwrócił. Padme dostrzegła w jego dłoniach zapis z kamer. Prawie westchnęła. Szczęście musiało jej sprzyjać! Teraz wystarczyło, że pójdzie za droidem, a on zaprowadzi ją prosto do miejsca, gdzie będzie mogła zobaczyć wszystkie nagrania.
            Droid założył czystą kartę i pojechał korytarzem na swoich metalowych, skrzypiących kółeczkach. Padme podążała za nim, chowając się za każdym razem, gdy droid skręcał. Nieźle radziła sobie w śledzeniu; nauczyła się nawet chodzić tak, by wyciszać stukot obcasów.
            Droid przekręcił jeden z przycisków, a właz otworzył się z charakterystycznym tchnięciem pary. Padme przestała się skrywać – wpadła za robotem do środka i wycelowała w niego paralizatorem. Chociaż broń była przeznaczona na istoty żywe, droidy traciły po niej kontrole nad swoimi obwodami.
            Robot zapiszczał i wypuścił ze szczypiec zapis. Padme podniosła taśmę i rozejrzała się. Dookoła było mnóstwo podobnych, czarnych rolek. Niektóre pokryły się kurzem. Poczuła, że znalezienie tej z korytarza, którym przebiegł Anakin, będzie niemal niemożliwe. Przeniosła wzrok na trzymaną w rękach i uśmiechnęła się krzywo. Przecież od czegoś trzeba zacząć.
            Podeszła do pulpitu i wsunęła taśmę. Ekran zamigotał, a po chwili ukazał się obraz korytarza. Padme zniecierpliwiona patrzyła na pustą drogę i czekała, ale nic się nie wydarzyło. Nie pojawił się nawet głupi droid sprzątający! Nacisnęła strzałkę do przodu i przewinęła niemal całą taśmę. W chwili, gdy miała dać sobie spokój, mignęła pomarańczowa istota.
            Padme cofnęła i zatrzymała film, omal nie zachłystując się powietrzem. Ahsoka! Ahsoka Tano! Rozpoznała swoją małą przyjaciółkę bez trudu. Była bosa i uciekała przed czymś. Nagranie mogło pochodzić sprzed kilku, może kilkunastu dni. Była tutaj… Była tutaj, a nikt nie mógł przebywać na salonach bez wiedzy Donar Turii.
            - Padme!
            Odwróciła się zaskoczona. W drzwiach stała Donar Turia – uśmiechnęła, wytworna, nienaganna jak zawsze.
            - Co ty tu robisz?
            Padme nie zamierzała się tłumaczyć. Musiała się dowiedzieć, czemu Ahsoka tak rozpaczliwie uciekała i gdzie teraz jest. Postąpiła krok do przodu.
            - Gdzie jest Ahsoka? Przecież tu była!
            Donar Turia znów się uśmiechnęła. Podeszła tak blisko, że Padme znów poczuła jej słodki, ciężki oddech.
            - Jest mi potrzebna – wyjaśniła cichutko. Zanim Padme zdążyła coś powiedzieć, poczuła ukłucie na swoim nadgarstku i zimny płyn w żyle. Ostatnim, co zobaczyła, była pusta strzykawka w ręce Donar Turii.
_____________________________
Zapraszam do udziału w ankiecie :)