Pokazywanie postów oznaczonych etykietą songfick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą songfick. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2020

Perfect [one-shot, Gilmore Girls: A Year in the Life]

gilmore girls revival logan huntzberger gif | WiffleGif


Perfect




Logan Huntzbrger miał w życiu wszystko: pozycję, pieniądze, stanowiska, zaszczyty, talent, ambicję. Był uparty z charakteru, a z czasem nabrał cierpliwości i ogłady właściwej biznesmenowi. Od urodzenia wiedział, że pewnego dnia odziedziczy olbrzymi majątek rodzinny, obejmujący przedsiębiorstwa, wydawnictwa i nieruchomości na całym świecie.
Nauczył się pracować ciężko, choć była to trudna, bolesna i upokarzająca lekcja. Zaraz po studiach stracił kilka milionów na chybionej inwestycji, która skończyła się procesem o plagiat i długo ciągnęła się zanim, przypominając, jak był zadufany i zbyt pewny siebie.
Logan przetrwał. Wypił gorzkie piwo, którego nawarzył, przełknął wstyd i wstał, bardzo powoli. Dziś wiedział, że udało się tylko dlatego, że miał dla kogo. Czuwał nad nim niebiesokooki anioł stróż, pełen ciepła, wsparcia, piękny i mądry, tak piekielnie mądry i bystry.
Był w życiu tylko raz zakochany, nawet jeśli teraz zaręczył się z i n n ą.
Uchylił drzwi sypialni, wnosząc dwie filiżanki czarnej, mocnej kawy, taką jaką lubiła najbardziej. Jeszcze spała, skulona, z policzkiem przyciśniętym do białej poduszki, którą przytulała do siebie ramionami. Brązowe, krótkie włosy – krótsze niż te, które nosiła, gdy ją poznał – rozsypały się po pościeli, niesforne i rozczochrane po nocy. Spała spokojnie, oddychając niespokojnym, równym rytmem. Logan mógł tylko patrzeć, nie śmiał jej przeszkodzić. Uśmiechnął się.
Pamiętał wiersz Bukowskiego. Był o stworzeniu tego nieidealnego świata, z samobójcami, nienawiścią, narkotykami, z błędami, miłością, która nikomu nie pomogła. Kończył się słowami: Ale kiedy [Bóg] stworzył ciebie leżącą w łóżku / wiedział co robi. Logan patrzył teraz na śpiącą dziewczynę i rozumiał ich sens bardziej niż kiedykolwiek.
Rory.
Poruszyła się nagle i przewróciła na plecy, ukazując mu gładką, delikatną twarz z okrągłymi policzkami i zaróżowionymi, rozchylonymi ustami.

I might never be your knight in shining armor
I might never be the one you take home to mother
And I might never be the one who brings you flowers
But I can be the one, be the one tonight

            Logan wiedział, że nie byli sobie dani na zawsze ani nawet na lata – mieli tylko urywki, noce spędzane w hotelach, kilka ukradzionych dni, gdy ona przyjeżdżała do Londynu lub gdy on wracał do Stanów. Zawsze czuł się bezsilny wobec nieustępliwości czasu. Zjawiała się na jeden wieczór, rozpalając go, a potem – znikała. Oboje wiedzieli, że mają tylko d z i s i a j  i  t e r a z.
            Nie był dla niej, a ona nie była dla niego. Upłynęło wiele czasu odkąd zakochał się w bezczelnej młodej dziennikarce na Uniwersytecie Yale, odkąd ukradli razem jacht, odkąd odrzuciła jego zaręczyny. Być może kiedyś, przed laty, mieli szanse, w którą bardzo wierzył. Nie mógł cofnąć czasu, więc chwytał to, co mogła mu dać: ten jeden wieczór, ten jeden poranek, ten jeden pocałunek zanim wsiądzie w samolot.

When I first saw you
From across the room
I could tell that you were curious (oh, yeah)

            Gdy się poznali, był jeszcze nieopierzonym dupkiem. Włóczył się po kampusie z Colinsem i Finnem, skacowany – a może jeszcze pijany – po imprezie z poprzedniego wieczora, ubawiony, w poszukiwaniu jakieś dziewczyny, która zawróciła im w głowie w nocy. Dzisiaj nie pamiętał jej imienia i właściwie nie był pewien, czy wtedy też w ogóle zaprzątał sobie nim głowę.
            Rory rozwieszała plakaty zapraszająca na czuwanie po profesorze Archerze Flemmingu. Loganowi przez moment przemknęła przez głowę, że była jego utrzymanką. Zgasiła go krótko i ostro, jak zawsze.
            - Nie lubisz mnie – stwierdził, nieco rozbawiony. Patrzyła na niego z irytacją spod zmarszczonym brwi, zasłaniając się plikiem plakatów. – Nie znasz mnie, a nawet mnie nie lubisz.
            On polubił ją od razu. Spodobała mu się ze swoją zaciętą miną i bystrym spojrzeniem. Miała ładne niebieskie oczy, które przeszywały i rozszyfrowywały go zawsze.
            - Rory! – przypomniała mu, rozzłoszczona, że nie pamięta jej imienia. Podobno spotkali się wcześniej i zachował się jak palant. W to drugie mógł uwierzyć, na studiach nie był najlepszą wersją siebie; ale nie potrafił zozumieć, jak mógł przegapić jak intrygującą dziewczynę.
            - Okej, Rory – powiedział. – Wyglądasz nieźle, złość dobrze ci robi.
            - Nie jest zła, tylko zirytowana – poprawiła go lodowato.
            - Przeze mnie? – podchwycił.
            - Przez ciebie.
            - Bo nie zapamiętałem cię wcześniej? – wciąż nie mógł zrozumieć, jak do tego doszło.
            - Bo traktujesz ludzi z góry!
            Miała rację, choć zrozumiał to dużo później niż by sobie życzył. Wtedy wydała mu się naprawdę zabawna ze swoim moralizatorskim wykładem i idealistycznym podejściem do świata. Oskarżyła go, że traktuje ludzi, jakby byli jego służącymi.
            (Był to pierwszy raz, gdy wytknęła mu błąd. Robiła to później całymi latami, zawsze celnie i bezlitośnie. Gdyby nie to, przegrałby pewnie pół majątku w Vegas, a drugie pół rozdał i przepił.)
            - Nie powinieneś traktować ludzi jakby byli twoimi służącymi! – wycedziła na sam koniec tyrady, jaką mu wygłosiła. Odwróciła się napięcie i już miała odejść, ale nie mógł pozbawić się przyjemności porozmawiania z nią odrobiny dłużej.
            - Właściwie…
            Spiorunowała go wzrokiem, oglądając się przez ramię.
            - Fakt, ze to wolny kraj sprawia, że mogę mówić do każdego z takimi manierami, jakimi mi się podoba. Chociaż zasady cywilizowanego społeczeństwa sugerują, że mogę przez to wyjść na snoba. Jeśli chcesz dalej się dyskutować…
            - Ja nie dyskutuje! – najeżyła się.
            - Okej, dam ci chwilę na zastanowienie się i podyskutujemy – powiedział, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Miał doskonały humor. Drażnienie Rory stało się jego ulubioną rozrywką, wyzwaniem i przyjemnością na całe lata, jeszcze długo po zakończeniu collage’u.
            Wbiła w niego wściekłe spojrzenie.
            - Obiecuję, że następnym razem cię zapamiętam – powiedział, naprawdę szczerze. Nie wydawała się ucieszona ani nawet zadowolona. – A teraz powiedz mi, nie bawiłaś się ani trochę dobrze?
            Nie odpowiedziała nic, zaciskając usta. Posłał jej jeszcze jeden czarujący uśmiech i ruszył do przyjaciół, którzy już byli na następnym piętrze akademika.
            - Pan i władca! – zawołał na odchodne.
            - Słucham? – wychyliła się zaskoczona. – Że film?
            - Tak masz mnie od dzisiaj nazywać!
            Usłyszał jeszcze głośne prychniecie, zanim odeszła rozwieszać swoje plakaty. Pamiętał dokładnie, jak maszerowała, tupiąc głośno i mrucząc pod nosem coś na jego temat.

Girl, I hope you're sure
What you're looking for
'Cause I'm not good at making promises

            Mijali się w szkole. Widywał ją na zajęciach z angielskiego i na stołówce, gdzie zawsze brała płatki z jogurtem. Nigdy nie przychodziła dość wcześnie, by zdążyć na czekoladowe, wiec zadowalała się kukurydzianym z jogurtem truskawkowym. Obserwował ją. Pracowała w redakcji Yale Daily News, on zjawiał się tam raczej jako gość. Była ambitna i tak piekielnie bystra, że nawet najgorszy temat potrafiła przemienić z dziennikarski smaczek.
            Uwielbiał z nią rozmawiać. Nigdy się nie wycofywała, odbijała każdą jego odzywkę, honorowa, dzielna i uparta. Była jednocześnie zabawna i pociągająca, zupełnie inna niż dziewczyny, z którymi spędzał wieczory. Miał w niej przyjaciółkę i konkurencję.
            Pamiętał jak podeszła do niego na przyjęciu w domu Gilmore’ów. Richard i Emily odnawiali wtedy przysięgę małżeńską. Logan był raczej znudzony – kolejne nudne przyjęcie z podobnymi tartaletkami z łososiem i wyszukanym winem.
            - Nie wiedziałam, że tu będziesz – powiedziała chłodno Rory. Choć nigdy by się tego nie spodziewał, była wtedy zazdrosna o dziewczynę, którą przyprowadził. Nawet nie pamiętał, kogo zabrał; umówił się na przypadkową randkę, żeby nie uschnąć z nudów na przedłużającej się kolacji.
            - To nie ty umieściłaś mnie na liście gości? Ładny garnitur – odparł. – Kaszmir?
            Rory była świadkiem na odnowieniu przysięgi swojego dziadka, Richarda. Zamiast sukienki – a Logan doskonale pamiętał jak bosko wyglądała w sukienkach – nosiła dopasowany, taliowanymi garnitur i białą koszulę.
            - Chcesz zatańczyć? – spytała, a wydawało mu się, że słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
            Uśmiechnął się, mile zaskoczony i poprowadził ją na parkiet.
            Położyła mu ręce na ramionach i spojrzała mu prosto w oczy, lekko zakłopotany. Rory tańczyła fatalnie, była sztywna i myliła kroki. Objął ją w talii i pewnie ujął jej drobną dłonią w swoją.
            - Dlaczego przyszedłeś? – zapytała. Miał wrażenie, że za tym pytaniem kryło się znacznie więcej niż sama chciała przyznać.
            - Open bar.
            Nie uwierzyła.
            - Czy ty kiedyś się ze mną umówisz? – spytała wprost, patrząc na niego błyszczącymi oczami. Omal się nie potknął. Była to jedna z niewielu chwil w jego życiu, gdy zabrakło mu słów. – Flirtujesz ze mną, chyba mnie lubisz… Umówisz się ze mną, kiedyś, kiedykolwiek? Bo lubisz mnie, prawda?
            Nadal nie mógł wydusić z siebie nic mądrego, co zupełnie opacznie zrozumiała.
            - Och… - odsunęła się od niego. – Okej… Jasne, nie ma problemu. Odprowadzę cię do stolika, a potem zapadnę się ze wstydu.
            Roześmiał się serdecznie.
            - Rory, poczekaj – przytrzymał ją mocno. – Rory.
            Wbiła wzrok w czubki swoich lakierowanych butów, dopasowanych do garnituru. Nie pozwolił jej odejść, choć próbowała wykręcić się z uścisku..
            - Chciałem się z tobą umówić – przyznał. Myślał o tym od dnia, gdy rozwieszała plakaty w akademiku. – Po prostu… nie sądzę, że to dobry pomysł – dodał cicho, tak, że muzyka niemal zagłuszyła jego słowa. Rory zmarszczyła brwi, jak zawsze, gdy czegoś nie rozumiała. – Jesteś… wyjątkowa. Jesteś piękna, mądra, niesamowicie inteligentna, bardzo pociągająca – mówił szczerze, patrząc cały czas w jej okrągłą, jasną twarz. – Definitywnie materiał na dziewczynę.
            Mógłby przysiąc, że się zarumieniła.
            - Ale ze mnie żaden materiał na chłopaka. Nie będę udawać, że umiem randkować, bo nie umiem… Związki to nie dla mnie, nie chce zobowiązań. Nie jestem facetem dla ciebie.
            Myślał, że rozzłości ją jeszcze bardziej albo speszy, ale Rory uśmiechnęła się szeroko i wzruszyła ramionami. Przeszył go przyjemny dreszcz, a włosy na karku stanęły dęba.
            - Nie szukam chłopaka – powiedziała. – Po prostu cię lubię i… chciałabym spędzić z tobą trochę czasu. Bez zobowiązań? – zapytała, patrząc na niego spod rzęs. Nie mógł się oprzeć, gdy złapała butelkę piekielnie drogiego szampana i pociągnęła go na górę.


But if you like causing trouble up in hotel rooms
And if you like having secret little rendezvous
If you like to do the things you know that we shouldn't do
Then baby, I'm perfect
Baby, I'm perfect for you

            Poprowadziła go na górę po schodach, cały czas trzymając za rękę. Logan nie miał innego wyjścia, jak tylko poddać się i… właściwie nie miał nic przeciwko. Przyjrzał się też z zadowoleniem jak bosko jej pupa wygląda w garniturowych spodniach.
            Przyjęcie odbywało się w rezydencji dziadków Rory. Znała tu każdy pokój i korytarz, bez trudu trafili do gościnnej sypialni. Nie zdążył się nawet rozejrzeć po pomieszczeniu, gdy Rory podsunęła mu butelkę z szampanem, po tym jak sama pociągnęła długi łyk.
            - Żyj chwilą, Huntzberger.
            Westchnął.
            - Na pewno tego chcesz? – upewnił się po raz ostatni. Za nic w świecie nie pozwoliłby skrzywdzić Rory i nie chciał tego sam zrobić. Była grzeczną, ułożoną dziewczyną, która chodziła na randki do kina i wracała do domu przed północą. Nie wpasowywał się w schemat jej chłopaka.
            - Chce… spróbował – powiedziała. Chwyciła kołnierzyk jego koszuli i przyciągnęła go do siebie. Pocałowała go delikatnie i czule, drżącymi ustami, ledwo muskając jego wargi. Jej dotyk był niesamowicie elektryzujący i sam nie wiedział, czy to dlatego, ze to ich pierwszy pocałunek, czy dlatego, że ukrywali  się potajemnie na przyjęciu jej dziadków.
            Gdy się odsunęła, spojrzał na jej garnitur i zażartował:
            - Jakbym całował faceta.
            Zmrużyła złośliwie oczy i pocałowała go znowu, tym razem mocniej, intensywniej, a nadal czule i z niesamowitym wyczuciem. Nogi się pod nim ugięły. Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie. Smakowała słodkim szampanem, a on sam czuł się, jakby się upijał tym pocałunkiem.
            Wiedział, że nie powinni.
            A jednak było idealnie.

And if you like midnight driving with the windows down
And if you like going places we can't even pronounce
If you like to do whatever you've been dreaming about
Baby, you're perfect
Baby, you're perfect
So let's start right now

            Każdy moment z Rory był idealny. Zadziwiała go, imponowała, nakręcała, doprowadzała do szaleństwa i białej gorączki. Nigdy by się nie spodziewał, że będzie miała tak szalone pomysły jak jego. Pamiętał, jak zjawiła się na przyjęciu zaręczynowym jego siostry, nieszczęśliwa i szukająca pocieszenia właśnie u niego. Nie rozpłakała się jednak ani nie rozkleiła; odciągnęła go na bok zupełnie zaskoczonego i poprosiła:
            - Po prostu chodźmy gdzie indziej.
            - Gdzie? – był na każde jej zawołanie, gotów wsiąść w samochód, opuścić szyby i jechać tak szybko, że żadni gliniarze nie złapaliby ich nawet, gdyby próbowali. Czegokolwiek by sobie nie życzyła, spełniłby to choćby zaraz.
            - Gdzieś. Daleko – powiedziała roztargniona. Pamiętał jak bardzo zagubiona i złamana była tamtego wieczoru. Skończyła wtedy staż w gazecie, swoją pierwszą pracę jako prawdziwa dziennikarka i ostatniego dnia usłyszała, że lepiej gdyby zrezygnowała, bo się nie nadaje. Słowa były jak sztylet w jej dziecięce, naiwne, pełne marzeń serce.
            - Daleko? – złapał ją za ramiona i zmusił, żeby spojrzała mu w oczy.
            - Na morze – zdecydowała.
            - Na morze? – powtórzył rozbawiony.
            - Nie masz tu jakiegoś jachtu? – spytała, rozglądając się po porcie pełnym luksusowych motorówek i przepięknych, bogato rzeźbionych statków. Rodzina Logana miała całą flotę pięknych jachtów, ale wszystkie zimowały w schronach w kilka miastach Europy.
            - Chce być z tobą – powiedziała z rozbrajającą szczerością. – Tyko ty i ja. Na morzu – dodała.

When I first saw you
From across the room
I could tell that you were curious (oh, yeah)

            - Ten wygląda nieźle – wycelowała palcem w biały jacht z dwoma masztami. Odbijał światło księżyca tak pięknie, jakby sam świecił na czarnej wodzie. Logan uniósł brwi, zaintrygowany.
            - Nie nasz.
            Rory wzruszyła ramionami i chwyciła go za rękę.
            - Czy to cie kiedykolwiek powstrzymało?

Girl, I hope you're sure
What you're looking for
'Cause I'm not good at making promises

            Zdębiał, patrząc na jacht, który zamierzała ukraść, a potem z rozkoszą pomyślał, że nie mogła podobać mu się bardziej.
            - Mam na ciebie zły wpływ – powiedział uradowany i chwycił ją mocno za rękę. W tamtej chwili czuł, że nigdy nie będzie chciał jej puścić.
            - Chodźmy, Huntzberger! – krzyknęła, biegnąc po pomoście. Po drodze ściągnęła eleganckie czółenka i cisnęła je do wody, jak zbędny balast.
            - Chodźmy!

But if you like causing trouble up in hotel rooms
And if you like having secret little rendezvous
If you like to do the things you know that we shouldn't do
baby, I'm perfect
Baby, I'm perfect for you

            Od tamtych wydarzeń minęło wiele lat. Rozstali się w momencie, gdy wydawało się, że nigdy nie będą chcieli tego samego. Logan nadal trzymał pierścionek, który podarował jej w dniu zakończenia studiów. Był tak pewny, że chcą tego samego – pierwszy raz w życiu gotów złożyć obietnice.
            Kochał ją szczerze i nigdy nie przestał. Była dla niego idealna. Nawet gdy go odrzuciła, nie żałował żadnej chwili, żadnego kłopotu, który mu sprawiła. Po latach, gdy znowu się spotkali, zrozumiał, że ona mogła go chcieć tylko z sentymentu i nostalgii, ale on zawsze będzie jej beznadziejnie oddany.
             - Co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas – powiedziała, choć byli w Londynie. Oboje dorośli, ona była wolnym strzelcem w biznesie dziennikarzy, a on był już zaręczony z młodą francuską. Ale całowała go tak samo jak wtedy po raz pierwszy, w rezydencji jej dziadków. Intensywnie, mocno, szczerze.
            - Vegas – odszepnął i popchnął ją na łóżku. Nie mógł przestać jej całować. I znów, tak jak wtedy w collage’u, umówili się na brak zobowiązań. Tego chciała.
            On był jej zobowiązany sercem na zawsze.

And if you like midnight driving with the windows down
And if you like going places we can't even pronounce
If you like to do whatever you've been dreaming about
Baby, you're perfect
Baby, you're perfect
So let's start right now

            Patrzył, jak Rory budzi się powoli ze snu. Ziewnęła przeciągle i – jeszcze z zamkniętymi oczami – wyciągnęła szyję, jakby węsząc za zapachem świeżo zmielonej kawy. Była tak idealna dla niego. Uśmiechnęła się sennie i wyciągnęła rękę, po omacku wyszukując sznurek od jego piżamowych spodni.

And if you like cameras flashing every time we go out
(Oh, yeah)
And if you're looking for someone to write your breakup songs about
Baby, I'm perfect
Baby, we're perfect

            Logan położył się na niej i pocałował w różowiutkie  usta zanim jeszcze dobrze się rozbudziła. Mruknęła z zadowoleniem i przeciągnęła się jak kotka. Pomyślał o wszystkim, co razem przeżyli: jak uratowali spóźniony numer Yale Daily News, jak ukradli jachy, jak opiekowała się nim po wypadku… Wreszcie ten najpiękniejszy moment, gdy skoczyli razem na spotkaniu Brygady Życia i Śmierci. Nie był wtedy pewien, czy przeżyją, ale przyszło mu do głowy, że nie najgorzej roztrzaskać głowę, trzymając za rękę tak wyjątkową dziewczynę.
            Tak idealną.
            Wiedział, że ich sielankowe Vegas nie będzie trwało wiecznie – w końcu nadejdzie data jego ślubu, a Rory pozna lepszego, właściwszego chłopaka, takiego, którego przedstawi matce i nie będzie musiała trzymać związku w sekrecie. Odsunął od siebie tą myśl i całował ją dalej, tak zapamiętale i gorąco, bo było idealnie.
            Byli idealni dla siebie.

If you like causing trouble up in hotel rooms
And if you like having secret little rendezvous
If you like to do the things you know that we shouldn't do
Baby, I'm perfect
Baby, I'm perfect for you
And if you like midnight driving with the windows down
And if you like going places we can't even pronounce
If you like to do whatever you've been dreaming about
Baby, you're perfect
Baby, you're perfect
So let's start right now





9 lipca 2014

Hit me with your best shot (Avatar:Legenda Aanga, one-shot)


            Niebo powoli się rozpogadzało. Jeszcze rano nagromadziły się ponure, burzowe chmury, ale wiatr szybko je przegonił. Słońce przygrzewało mocno; każdy promień odbijał się na tafli wody, tworząc lśniącą, magiczną mozaikę. Od wschodu wiał wilgotny, przesiąknięty zapachem morza wiatr.
            Aang uwielbiał dni jak ten. Odkąd skończyła się wojna, z każdym dniem było coraz mniej problemów. Dzisiaj, po prawie siedmiu latach od pokonania Ozaia, czuł, że jego życie jest poukładane, a świat zaczyna powracać do dawno utraconej harmonii. Aang gorąco wierzył, że uda mu się przywrócić całkowity porządek. Czuł, że ma za sobą oddanych przyjaciół, którzy staną przy nim niezależnie od wszystkiego. Jego wizyta w Ba Sing Se była czystą formalność. Wysłuchał długich raportów o powolnej odnowie gospodarki i wznowieniu trasy handlowej z Plemionami Wody. Zaczyna się nowa era, pomyślał. Lepsza era.
            Za nim, na siodle, siedziało rodzeństwo z Plemienia Wody – jego najdawniejszy i najlepsi przyjaciele. Katara miała na sobie zielonkawą suknie z wysokim stanem podarowaną przez Króla Ziemi jak pożegnalny prezent. Materiał był aksamitny i tak lekki, jakby stworzono go z pajęczych sieci. Przy dekolcie ciągnął się kwiecisty wzór wyszywany ciemniejszymi nićmi. Aang obejrzał się i posłał jej pełne czułości spojrzenie. Uśmiechnęła się i bezgłośnie wyszeptała: Kocham cię.
            Obok siostry klęczał Sokka. Aang już z rana zauważył, że przyjaciel jest wyjątkowo nie w humorze. Chodził poddenerwowany i zirytowany wszystkim. Teraz siedział zamyślony i w skupieniu czyścił swój miecz. Wyglądał na pochłoniętego pracą, ale Aang widział, że jego myśli krążą gdzieś daleko.
            - Cieszę się, że lecimy na wyspę Kyoshi! – Katara przeciągnęła się i oparła wygodniej o siodło.
            - Taa… Dawno nie widziałem Suki- mruknął pod nosem Sokka, oglądając się za siebie. Za nimi było tylko morze – tak intensywnie niebieskie, że od patrzenia rozbolały go oczy. Zacisnął dłonie mocniej na mieczu, czując, że ponownie zalewa go fala obaw.
            - Miesiąc to nie tak długo – zaśmiała się Katara, szturchając brata z wymownym uśmiechem.
            - Łatwo ci mówić, skoro masz Aanga ciągle przy sobie – burknął zirytowany.
            - Jesteś dziś jakiś nieswój – siostra przyłożyła dłoń do jego czoła. Sokka odsunął się i strącił jej rękę. – Ciągle tylko marudzisz!
            - Jest okej! To ja, Sokka. Gość od mięsa, marudzenia i kawałów.
            Sokka wzruszył ramionami. Rozparł się wygodniej i odchylił głowę do tyłu. Chłodny wiatr targał mu kucyka i drażnił twarz. Odetchnął głęboko, nie mogąc pozbyć się nieprzyjemnego ucisku pod sercem. Nie potrafił zrozumieć, skąd wziął się drażniący niepokój. Nie bał się wysokości, a ich zadanie w Ba Sing Se było jedynie nudnym wysiadywaniem na naradach. Wszystko wskazywało na to, że świat wreszcie się ułożył i zmierzał ku pokojowi. Po długim miesiącu chciał się cieszyć drogą powrotną, ale z każdą kolejną minutą coraz bardziej się bał.
            - To się nie uda – wepchnął rękę do kieszeni i wymacał ciężący mu skarb.
            Aang przeciągnął się i ziewnął, opierając się o tułów Appy. Niebo było jasne; tak błękitne, że prawie białe. Mieli wspaniałą pogodę na lot, widać los im sprzyjał. Przez całą nos wysłuchiwał bębnienia deszczu o dach i był przekonany, że nie uda im się opuścić Ba Sing Se.
            - Aang! Daleko jeszcze? – Katara przysunęła się bliżej brzegu siodła i pochyliła się nad nim tak, że czuł zapach jej kwiatowych perfum.
            - Już zaraz dolatujemy. Jeszcze chwile i zobaczycie wyspę Kyoshi!
*
            - To Avatar! Avatar Aang! Avatar jest na wyspie!
            Katara wywróciła oczami, patrząc, jak Aang macha do zgromadzonego tłumu i przyjmuje kwiaty od jakiejś dziewczyny. Zawsze drażniło ją, gdy chłopak zaczynał gwiazdorzyć. Wciąż powtarzał, że jest jedynie mnichem, ale ona wiedziała swoje – Aang kochał, gdy ludzie go podziwiali.
            - Aang, pokażesz nam jak władasz  w s z y s t k i m i   żywiołami? – niska brunetka w granatowym futrze ujęła go pod ramię i uśmiechnęła się czarująco. Za nią rozległ się pełen zachęty okrzyk tłumu, przecież wszyscy kochali popisy Avatara.
            - No dobra! Patrzcie teraz! – Aang wyprostował się i przyjął postawę. Przymknął oczy i skupił się, składając dłonie. Odetchnął głęboko i uderzył stopą w podłoże. Ziemia zatrzeszczała, a po chwili wyłonił się potężny pomnik Avatar Kyoshi. – Nieźle, co nie?
            Kilkuletni chłopczyk podbiegł do statuy i przyjrzał się uważnie. Podłubał w nosie i spojrzał na Aanga jak nauczyciel na nieprzygotowanego ucznia.
            - Miała inne usta! – stwierdził tonem krytyka i wrócił do mamy. Kobieta złapała go za ramię i odciągnęła od tłumu, jednocześnie machając przepraszająco do Avatara. Aang ukłonił się i stanął miękko na nogach.
            - Aang znowu zabawia tłum? – Sokka stanął przy Katarze i potarł sennie oko. – Dziewczyny szaleją za Avatarem.
            - O tak. – wycedziła przez zęby. – Szaleją.
            Aang pochylił się i uniósł ręce, przenosząc ciężar na lewą nogę. Zatoczył łuk, a za nim zaczął się tworzyć ogromny, wodny pomost. Opuścił powoli ręce, zamrażając i tworząc lodowate dekorację.
            - Ach… - pełne podziwu westchnienie przetoczyło się przez tłum poruszonych widzów. Słońce prześwitało przez lodową rzeźbę, rozświetlając ją od środka. Aang poczuł, że sam jest sobą zachwycony.
            Katara zacisnęła ręce w pięści.
            - Idę poszukać Suki – oznajmił Sokka. – Trzeba pokazać dziewczynom jak walczy  p r a w d z i w y  wojownik.
            - Znowu zaczynasz? – Katara mrugnęła do niego i odwróciła się, patrząc jak Aang krąży wśród rozkrzyczanego, radosnego tłumu na kuli z powietrza. – Zaczekam tu na niego.
            - Tiaaa… Widzimy się niedługo.
*
            Suki zbiła rękę przeciwniczki i przeskoczyła w bok, wykręcając jej ramię. Dziewczyna pisnęła, ale nie pozwoliła się przewrócić, nie chciała jeszcze przegrać. Wsunęła stopę pomiędzy nogi koleżanki i podcięła ją. Suki zachwiała się i wypuściła przeciwniczkę.
            - Nieźle, Aina.
            Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i czekała na ruch Suki. Pochyliła się i stanęła w pozycji obronnej. Krążyły wokół siebie jak dwie pantery, obie gotowe do ataku.
            Suki pierwsze zaatakowała. Zamachnęła się i kopnęła, ale Aina była równie szybka – zablokowała kopnięcie przeciwną nogą i odskoczyła, robiąc w locie przewrót. Wylądowała miękko i już miała rzucić jakaś kąśliwą uwagę, gdy zdała sobie sprawę, że Suki jest już przy niej. Wciąż kucając, Aina wsparła się na rękach i wyrzuciła nogi przed siebie.
            - Argh!
            Suki cofnęła jedną nogę, ale nie upadła. Zamiast tego złapała nogę Ainy i przewróciła ją na drugą stronę. Była tak skupiona, że nie zdołała zablokować niezdarnego kopnięcia w tył. Aina trafiła w pierś; Suki zagryzła zęby z bólu, ciesząc się, że mundur wojowniczki chociaż trochę zmniejszył siłę.
            Aina przeturlała się kilka metrów dalej i natarła na Suki z impetem. Ta jednak złapała ją za ramię i – wykorzystując siłę rozbiegu – obróciła ją o sto osiemdziesiąt stopni i puściła. Aina nie zdołała utrzymać równowagi i ciężko runęła na ziemię.
            Suki rozejrzała się. Pozostałe pary wojowniczek jeszcze ćwiczyły, jedynie kilka siedziało po skończonej walce. Klasnęła głośno w dłonie, przerywając trening. Kilkanaście wymalowanych na biało twarzy natychmiast zwróciło się w jej stronę.
            - Na dziś wystarczy!
            Ty Lee podniosła się z ziemi i przeszła na rękach przez całą salę. Suki zaczęła sprzątać maty i nawet nie zauważyła, kiedy przyjaciółka stanęła przy niej. Ty Lee wyskoczyła i obróciła się w locie, stając na palach.
            - Co jest?
            - Piękny chłopiec tu jest! – zachichotała wesoło. – Widziałam, że stoi w drzwiach.
            Suki zarumieniła się, ale nie powstrzymała uśmiechu.
            - Sokka przyjechał?
            - Zostawiam was! – odparła śpiewnie Ty Lee, robiąc zgrabną gwiazdę. Mrugnęła do Suki i wyszła z sali tanecznym, lekkim krokiem, jakby niósł ją jakiś szalony wiatr radości.
            Suki odetchnęła i poprawiła mundur. Poskładała szybko pozostawiane wachlarze i miecze; lubiła porządek na sali treningowej. Przelotnie zerknęła w lustro, czy pod nie zmazał starannego makijażu wojowniczki Kyoshi. Otrzepała szeroką spódnicę i spojrzała na otwarte drzwi.
            - Cześć, Suki! - Sokka wszedł do środka pewnym, męskim krokiem. Suki od razu poznała jego przemądrzałą minę człowieka, który na wszystkim zna się najlepiej. Skrzyżował ręce na piersi i rozejrzał się po sali.
            - Witaj, Sokka.
            - Wracaliśmy z Ba Sing Se… Pomyślałem, że może wpadniemy, no wiesz... Do was, tak, może wpadniemy do was. Ludzie do siebie wpadają wiesz, nie? Tak po prostu, bo mają po drodze, nie? Więc przyszedłem tu, do sali treningowej. Tu się ćwiczy, tia… - Sokka czuł, że plącze się we własnych słowach. Podrapał się po karku, wzdychając ciężko. Co ty pleciesz, chłopcze z bumerangiem?
            Suki uśmiechnęła się rozbawiona, doskonale rozumiejąc, że to dłuższa i bardziej chaotyczna wersja „Tęskniłem, cieszę się, że cię widzę”. Dopiero teraz zauważyła, że przy boku chłopaka zwisa długa pochwa w brązowo-zielonych barwach Królestwa Ziemi.
            - Nowy miecz?
            - Tak. Wojownik zawsze musi mieć przy sobie dobrą broń – odparł, dumnie prezentując ciemne, wyszlifowane ostrze. Napis na odwrocie głosił Walka jest wychowawczynią wolności. – Musi zawsze być gotów.
            - O, tu nie musisz się bać. W razie czego, wojowniczki obronią wyspę. Możesz być pewien – Suki uśmiechnęła się z przekorą. Sokka zmarszczył brwi.
            - Doprawdy?
            - A chcesz się przekonać?
            Sokka odłożył pochwę z mieczem i uśmiechnął się zawadiacko.
            - Ktoś tu się prosi o przegraną, co? Pokaż, co potrafisz!

Hit me with your best shot
Why don't you hit me with your best shot?
Uderz mnie najlepiej jak potrafisz
Potrafisz w ogóle?

            Suki zmarszczyła brwi i wycofała się w głąb sali treningowej. Wysunęła prawą nogę do przodu, a lewą lekko ugięła. Obie ręce miała na wysokości klatki piersiowej, dłonie były napięte i wyprostowane. Zmrużyła oczy i śledziła ruchy Sokki, który powoli do niej podszedł. Starała się nie spuszczać oczu z twarzy; doświadczenie nauczyło ją, że wojownik może zwodzić, ale jego oczy zawsze pozostaną odbiciem duszy.
            Chociaż postawa Sokki była pewna i zwycięska, oczy miał pełne niepokoju i przeskrzone, jakby w wysokiej gorąco. Suki szybko zauważyła, że jest rozkojarzony. Już wiedziała, że może to wykorzystać na swoją korzyść. Nie zamierzała przegrać, a już na pewno nie z tak zarozumiałym (kochanym) bufonem. Dziś był zwycięski dzień.

I'm gonna getcha getcha getcha getcha
I tak cię dorwę!

            - Może powinien pozwolić damie wygrać? – uśmiechnął się Sokka, mrugając do dziewczyny.
            - Dama wygra bez twoich forów – Suki przesunęła lewą nogę i ruszyła do ataku. Jej pieść prawie wbiła się w brzuch chłopaka, ale ten odskoczył i założył dźwignie na jej nadgarstek. Zdała sobie sprawę, że nie jest to dobry, bolesny uchwyt, ale nie dla tego, że Sokka nie potrafił go wykonać, ale dlatego, że ją oszczędzał. Zacisnęła mocno zęby, wściekła, że nie traktuje jej poważnie.
            Wyrwała się i odskoczyła kilka kroków.
            - No co jest? Chłopiec z bumerangiem nie umie już walczyć?

Hit me with your best shot
Fire away
I'm gonna getcha getcha getcha getcha
Dalej! Uderz mnie jeśli potrafisz!
Ognia!
Bo ja w końcu cię dorwę!

            Suki była sprytna; poruszała się na palcach, na lekko ugiętych nogach tak szybko, że żaden cios jej nie dosięgnął. Kiedy Sokka zamachnął się tak, by ja objął i powalić, wykręciła się i on – z całą siłą jaką chciał włożyć w atak – runął na ziemię. Pozbierał się z ziemi rozjuszony.
            - Nieźle. Jak na dziewczynę – dodał celowo.
            - Jestem dumna z bycia dziewczyną – odparła, przywierając do niego plecami. Chciał się obrócić i ją złapać, ale szła za nim krok w krok i nieważne, jak bardzo się starał, wciąż byli do siebie odwróceni tyłem.

One way or another I'm gonna find ya
I'm gonna getcha getcha getcha getcha
One way or another I'm gonna win ya
I'll get ya, I'll get ya
Znajdę sposób, żeby cię znaleźć
I wtedy cię dorwę
Znajdę sposób by wygrać
Zwyciężę i cię dorwę

            Suki wyciągnęła wachlarz z pochwy przez pasku. Rozłożyła go ze świstem i odwróciła się przodem do przeciwnika, wyciągając broń przed siebie. Trochę na pokaz, wykonała kilka szybkich cięć. Wachlarz przeciął powietrze ze głuchym świstem.
            - Możesz walczyć na poważnie? – spytała, widząc, że na ustach Sokki wciąż czai się wesoły uśmieszek. Sama też nie była poważna. Jego obecność działała jak silna tabletka optymizmu, czuła się pewniejsza i bardziej radosna. Gdyby okazał choć trochę waleczności, może pozwoliłaby mu wygrać. Może niech gość ma trochę radości?
            - Ależ walczę. Walczę bardzo poważnie! Nie chciałbym, by przegrana cię uraziła.
            - Już ty się o mnie nie martw!

Well you're the real tough cookie with a long history
Of breaking little hearts, like the one in me
That's okay let's see how you do it
Put up your dukes, let's get down to it
Jesteś jedną z tych twardzielek po przejściach
Złamiesz moje małe serce?
Zobaczymy, czy sobie poradzisz
Dajesz, jedziemy!

            Sokka już dawno nie bawił się tak dobrze. Po miesiącu spędzonym w Ba Sing Se czuł, że jego tyłek jest wysiedziany ponad normę. Przy Suki wszystko było prosto; mogli sobie pożartować i poprzepychać się jak gdyby cały świat należał tylko do nich. Zastanawiał się, czy jej nie ustąpić i nie przegrać dla  j e j satysfakcji. Wiedział, że zwyciężyłby bez problemu, ale przegrać na własnym terenie było upokarzającą i smutną rzeczą.
            Czuł ostry zapach jej potu za każdym razem, gdy zbliżała się do niego, by zaatakować.   Miał wrażenie, że obojgu przestawało chodzić o zwycięstwo, a bardziej o ścieranie się, dotyk i samą rywalizację, które z nich zdominuje drugie.
            Suki zamachnęła się i zerwała gumkę z jego kucyka. Włosy opadły mu na twarz i zasłoniły na chwile widzenie. Zanim zdążył je odgarnąć, zamachnęła się i zgrabnym kopnięciem posłała go na ziemię. Runął  na i tak już obolały od długiego lotu tyłek.

Hit me with your best shot
Why don't you hit me with your best shot?
 I'm gonna getcha getcha getcha getcha
Uderz mnie najlepiej jak potrafisz
Potrafisz w ogóle?
I tak cię dorwę!

            Sokka jęknął, odgarniając włosy do góry. Suki stała nad nim z triumfalną miną zwycięzcy, ale oboje wiedzieli, że ostateczna walka się jeszcze nie skończyła. Przez jego głowę przemknęła myśl, że nigdy wcześniej nie wydawała mu się tak niesamowita.
            - Poddajesz się?
            Sokka zerwał się na równe nogi i wziął ją z zaskoczenia. Zanim zdołała się zorientować, stał już za nią i obejmował ramieniem od tyłu. Miażdżący uścisk mógł ją unieruchomić, ale Suki miała ręce przy ciele. Skupiła się i rozepchnęła ramiona chłopaka, natychmiast uciekając z jego pola zasięgu.
            - Nieźle jak na chłopczyka – zachichotała, przedrzeźniając go.
            Sokka zaatakował jeszcze raz, ale Suki uchyliła się i jego ręka przeszła ponad ramieniem przeciwniczki. Przez kilka krótkich sekund ich twarze były tak blisko. Coś w spojrzeniu dziewczyny sprawiło, że Sokka stracił chęć do walki, a nabrał ochoty na coś zupełnie innego. Suki pocałowała go szybko, a zaraz potem kopnęła w udo.

You come on with a come on, you don't fight fair
But that's okay, see if I care
Knock me down, it's all in vain
I'll get right back up on my feet again
Czekaj, nie grasz fair!
Ale co tam, to bez znaczenia
Możesz mnie powalić
Ja i tak się podniosę

            - A niech cię! – warknął, łapiąc się za nogę. – To było bardzo nie w porządku!
            - To było bardzo przebiegłe – poprawiła go. – To teraz już się poddajesz?
            Sokka podniósł się i zacisnął pięści, ale Suki w mgnieniu oka była przy nim. Wbiła dwa palce pod żebro tak mocno, że poczuł, jak całe powietrze wybija mu się z płuc. Padł bez ruchu na maty, przeklinając Ty Lee, która nauczyła wojowniczki blokowania czakry.
            - Teraz jest już jasne, że przegrałeś! – Suki klasnęła w dłonie, patrząc, jak Soka niezdarnie próbuje wstać. – Zaraz mi nie, nie zrobiłam tego mocno.
            - Nie chcę wiedzieć, jak jest mocno – wyjęczał obolały chłopak.
            - Chyba coś ci wypadło – Suki uklękła przy nim i uniosła niebieski naszyjnik. Sokka przeklął swoją bezmyślność. Mógł się domyślić, że w czasie walki błyskotka wypadnie mu z kieszeni.
            Suki ostrożnie wzięła w dłonie naszyjnik i obejrzała ze wszystkich stron. Na niebieskiej wstążce zawieszono medalik z symbolem Plemienia Wody – rodzinnej ziemi Sokki. Od niego odbiegały dwa sznureczki czarnych, błyszczących koralików, a pod nim – srebrny, półprzezroczysty kamień. Dziewczyna zacisnęła dłonie na naszyjniku i spojrzała na chłopaka błyszczącymi oczami.
            Sokka miał niepewną minę.
            - Czy to… Czy to jest to, co myślę, że jest? – spytała wzruszonym głosem.
            Chłopak wydał z siebie nieartykułowane „Yhym”. Chciał stać w czasie, kiedy wręczy Suki nauczyjnik, a nie leżeć pokonany i zbity jak ostatni dureń. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażał i nawet nie bardzo wiedział, co powinien powiedzieć. Skupił się na lekkim mrowieniu w palcach – oznaczało to, że czucie powoli zaczynała wracać.
            - Och – Suki tez nie bardzo wiedziała, co powinna powiedzieć. Przekładała naszyjnik z ręki do ręki, starając się ignorować niezręczna ciszę, jaka pomiędzy nimi zaległa. Czuła na sobie wyczekujący wzrok Sokki i coraz bardziej nie wiedziała, co powinna zrobić. – Co to znaczy? Co znaczy ten naszyjnik?
            Całe ramię go świerzbiło, gdy władza powracała do członków. Podniósł się niepewnie i uklęknął koło Suki.
            - Znaczy, że jesteś najdzielniejszą, najładniejszą, najsilniejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek spotkałem. Lubię cię najbardziej na świecie. Em, znaczy, lubię różne rzeczy. Lubię mięso na głębokim tłuszczu, ale ciebie nie lubię w ten sposób, co mięsa, tylko wiesz, no, inaczej…
            Suki przyłożyła mu zimny palec do ust i pocałowała delikatnie. Tak jak wtedy na Wężowej Grobli.
            - Jaka jest odpowiedź? – spytał z duszą na ramieniu, gdy już się od niego odsunęła.
            - Och, tak, tak, tak! Oczywiście, że tak!
            Przytuliła się do niego i pocałowała po raz drugi – mocniej i zachłanniej niż wcześniej. Sokka odsunął się stanowczo i wyjął z jej dłoni naszyjnik. Odgarnął włosy i zapiął go na bladej szyi. Uśmiechnął się. Miał wrażenie, ze błyskotka wygląda lepiej na Suki niż w gdziekolwiek indziej – jakby to było najwłaśniwsze miejsce.
*
            - Mówiłem ci! – zachichotał Aang, zaglądając przez drzwi do sali treningowej.
            - Nie, to ja ci mówiłam! – zaprotestowała Katara, patrząc, jak Suki pomaga wstać jej bratu. Chłopak lekko kulał po swojej porażce. – Od początku wiedziałam, że jakoś dziwnie się zachowuje.
            - Myślałaś, że jest chory! A ja wiedziałem, że chce coś zrobić!
            - Och, nie kłóć się już ze mną! – Katara wywróciła oczami i pociągnęła go w stronę targu. – Przecież wiesz, że mam rację, nawet jak nie mam racji.



Pierwszym songfick jaki kiedykolwiek napisałam. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze będę próbować czegoś takiego. Nie oglądałam jeszcze Glee, ale zaczęcie mam w planach od bardzo dawna. Widziałam jedynie covery z serialu na youtubie. W ten sposób zrodziło się to opowiadanie… Tłumaczyłam dość swobodnie, mam nadzieję, że jest w porządku.
Pozdrawiam J