Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one-shot. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2020

Perfect [one-shot, Gilmore Girls: A Year in the Life]

gilmore girls revival logan huntzberger gif | WiffleGif


Perfect




Logan Huntzbrger miał w życiu wszystko: pozycję, pieniądze, stanowiska, zaszczyty, talent, ambicję. Był uparty z charakteru, a z czasem nabrał cierpliwości i ogłady właściwej biznesmenowi. Od urodzenia wiedział, że pewnego dnia odziedziczy olbrzymi majątek rodzinny, obejmujący przedsiębiorstwa, wydawnictwa i nieruchomości na całym świecie.
Nauczył się pracować ciężko, choć była to trudna, bolesna i upokarzająca lekcja. Zaraz po studiach stracił kilka milionów na chybionej inwestycji, która skończyła się procesem o plagiat i długo ciągnęła się zanim, przypominając, jak był zadufany i zbyt pewny siebie.
Logan przetrwał. Wypił gorzkie piwo, którego nawarzył, przełknął wstyd i wstał, bardzo powoli. Dziś wiedział, że udało się tylko dlatego, że miał dla kogo. Czuwał nad nim niebiesokooki anioł stróż, pełen ciepła, wsparcia, piękny i mądry, tak piekielnie mądry i bystry.
Był w życiu tylko raz zakochany, nawet jeśli teraz zaręczył się z i n n ą.
Uchylił drzwi sypialni, wnosząc dwie filiżanki czarnej, mocnej kawy, taką jaką lubiła najbardziej. Jeszcze spała, skulona, z policzkiem przyciśniętym do białej poduszki, którą przytulała do siebie ramionami. Brązowe, krótkie włosy – krótsze niż te, które nosiła, gdy ją poznał – rozsypały się po pościeli, niesforne i rozczochrane po nocy. Spała spokojnie, oddychając niespokojnym, równym rytmem. Logan mógł tylko patrzeć, nie śmiał jej przeszkodzić. Uśmiechnął się.
Pamiętał wiersz Bukowskiego. Był o stworzeniu tego nieidealnego świata, z samobójcami, nienawiścią, narkotykami, z błędami, miłością, która nikomu nie pomogła. Kończył się słowami: Ale kiedy [Bóg] stworzył ciebie leżącą w łóżku / wiedział co robi. Logan patrzył teraz na śpiącą dziewczynę i rozumiał ich sens bardziej niż kiedykolwiek.
Rory.
Poruszyła się nagle i przewróciła na plecy, ukazując mu gładką, delikatną twarz z okrągłymi policzkami i zaróżowionymi, rozchylonymi ustami.

I might never be your knight in shining armor
I might never be the one you take home to mother
And I might never be the one who brings you flowers
But I can be the one, be the one tonight

            Logan wiedział, że nie byli sobie dani na zawsze ani nawet na lata – mieli tylko urywki, noce spędzane w hotelach, kilka ukradzionych dni, gdy ona przyjeżdżała do Londynu lub gdy on wracał do Stanów. Zawsze czuł się bezsilny wobec nieustępliwości czasu. Zjawiała się na jeden wieczór, rozpalając go, a potem – znikała. Oboje wiedzieli, że mają tylko d z i s i a j  i  t e r a z.
            Nie był dla niej, a ona nie była dla niego. Upłynęło wiele czasu odkąd zakochał się w bezczelnej młodej dziennikarce na Uniwersytecie Yale, odkąd ukradli razem jacht, odkąd odrzuciła jego zaręczyny. Być może kiedyś, przed laty, mieli szanse, w którą bardzo wierzył. Nie mógł cofnąć czasu, więc chwytał to, co mogła mu dać: ten jeden wieczór, ten jeden poranek, ten jeden pocałunek zanim wsiądzie w samolot.

When I first saw you
From across the room
I could tell that you were curious (oh, yeah)

            Gdy się poznali, był jeszcze nieopierzonym dupkiem. Włóczył się po kampusie z Colinsem i Finnem, skacowany – a może jeszcze pijany – po imprezie z poprzedniego wieczora, ubawiony, w poszukiwaniu jakieś dziewczyny, która zawróciła im w głowie w nocy. Dzisiaj nie pamiętał jej imienia i właściwie nie był pewien, czy wtedy też w ogóle zaprzątał sobie nim głowę.
            Rory rozwieszała plakaty zapraszająca na czuwanie po profesorze Archerze Flemmingu. Loganowi przez moment przemknęła przez głowę, że była jego utrzymanką. Zgasiła go krótko i ostro, jak zawsze.
            - Nie lubisz mnie – stwierdził, nieco rozbawiony. Patrzyła na niego z irytacją spod zmarszczonym brwi, zasłaniając się plikiem plakatów. – Nie znasz mnie, a nawet mnie nie lubisz.
            On polubił ją od razu. Spodobała mu się ze swoją zaciętą miną i bystrym spojrzeniem. Miała ładne niebieskie oczy, które przeszywały i rozszyfrowywały go zawsze.
            - Rory! – przypomniała mu, rozzłoszczona, że nie pamięta jej imienia. Podobno spotkali się wcześniej i zachował się jak palant. W to drugie mógł uwierzyć, na studiach nie był najlepszą wersją siebie; ale nie potrafił zozumieć, jak mógł przegapić jak intrygującą dziewczynę.
            - Okej, Rory – powiedział. – Wyglądasz nieźle, złość dobrze ci robi.
            - Nie jest zła, tylko zirytowana – poprawiła go lodowato.
            - Przeze mnie? – podchwycił.
            - Przez ciebie.
            - Bo nie zapamiętałem cię wcześniej? – wciąż nie mógł zrozumieć, jak do tego doszło.
            - Bo traktujesz ludzi z góry!
            Miała rację, choć zrozumiał to dużo później niż by sobie życzył. Wtedy wydała mu się naprawdę zabawna ze swoim moralizatorskim wykładem i idealistycznym podejściem do świata. Oskarżyła go, że traktuje ludzi, jakby byli jego służącymi.
            (Był to pierwszy raz, gdy wytknęła mu błąd. Robiła to później całymi latami, zawsze celnie i bezlitośnie. Gdyby nie to, przegrałby pewnie pół majątku w Vegas, a drugie pół rozdał i przepił.)
            - Nie powinieneś traktować ludzi jakby byli twoimi służącymi! – wycedziła na sam koniec tyrady, jaką mu wygłosiła. Odwróciła się napięcie i już miała odejść, ale nie mógł pozbawić się przyjemności porozmawiania z nią odrobiny dłużej.
            - Właściwie…
            Spiorunowała go wzrokiem, oglądając się przez ramię.
            - Fakt, ze to wolny kraj sprawia, że mogę mówić do każdego z takimi manierami, jakimi mi się podoba. Chociaż zasady cywilizowanego społeczeństwa sugerują, że mogę przez to wyjść na snoba. Jeśli chcesz dalej się dyskutować…
            - Ja nie dyskutuje! – najeżyła się.
            - Okej, dam ci chwilę na zastanowienie się i podyskutujemy – powiedział, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Miał doskonały humor. Drażnienie Rory stało się jego ulubioną rozrywką, wyzwaniem i przyjemnością na całe lata, jeszcze długo po zakończeniu collage’u.
            Wbiła w niego wściekłe spojrzenie.
            - Obiecuję, że następnym razem cię zapamiętam – powiedział, naprawdę szczerze. Nie wydawała się ucieszona ani nawet zadowolona. – A teraz powiedz mi, nie bawiłaś się ani trochę dobrze?
            Nie odpowiedziała nic, zaciskając usta. Posłał jej jeszcze jeden czarujący uśmiech i ruszył do przyjaciół, którzy już byli na następnym piętrze akademika.
            - Pan i władca! – zawołał na odchodne.
            - Słucham? – wychyliła się zaskoczona. – Że film?
            - Tak masz mnie od dzisiaj nazywać!
            Usłyszał jeszcze głośne prychniecie, zanim odeszła rozwieszać swoje plakaty. Pamiętał dokładnie, jak maszerowała, tupiąc głośno i mrucząc pod nosem coś na jego temat.

Girl, I hope you're sure
What you're looking for
'Cause I'm not good at making promises

            Mijali się w szkole. Widywał ją na zajęciach z angielskiego i na stołówce, gdzie zawsze brała płatki z jogurtem. Nigdy nie przychodziła dość wcześnie, by zdążyć na czekoladowe, wiec zadowalała się kukurydzianym z jogurtem truskawkowym. Obserwował ją. Pracowała w redakcji Yale Daily News, on zjawiał się tam raczej jako gość. Była ambitna i tak piekielnie bystra, że nawet najgorszy temat potrafiła przemienić z dziennikarski smaczek.
            Uwielbiał z nią rozmawiać. Nigdy się nie wycofywała, odbijała każdą jego odzywkę, honorowa, dzielna i uparta. Była jednocześnie zabawna i pociągająca, zupełnie inna niż dziewczyny, z którymi spędzał wieczory. Miał w niej przyjaciółkę i konkurencję.
            Pamiętał jak podeszła do niego na przyjęciu w domu Gilmore’ów. Richard i Emily odnawiali wtedy przysięgę małżeńską. Logan był raczej znudzony – kolejne nudne przyjęcie z podobnymi tartaletkami z łososiem i wyszukanym winem.
            - Nie wiedziałam, że tu będziesz – powiedziała chłodno Rory. Choć nigdy by się tego nie spodziewał, była wtedy zazdrosna o dziewczynę, którą przyprowadził. Nawet nie pamiętał, kogo zabrał; umówił się na przypadkową randkę, żeby nie uschnąć z nudów na przedłużającej się kolacji.
            - To nie ty umieściłaś mnie na liście gości? Ładny garnitur – odparł. – Kaszmir?
            Rory była świadkiem na odnowieniu przysięgi swojego dziadka, Richarda. Zamiast sukienki – a Logan doskonale pamiętał jak bosko wyglądała w sukienkach – nosiła dopasowany, taliowanymi garnitur i białą koszulę.
            - Chcesz zatańczyć? – spytała, a wydawało mu się, że słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
            Uśmiechnął się, mile zaskoczony i poprowadził ją na parkiet.
            Położyła mu ręce na ramionach i spojrzała mu prosto w oczy, lekko zakłopotany. Rory tańczyła fatalnie, była sztywna i myliła kroki. Objął ją w talii i pewnie ujął jej drobną dłonią w swoją.
            - Dlaczego przyszedłeś? – zapytała. Miał wrażenie, że za tym pytaniem kryło się znacznie więcej niż sama chciała przyznać.
            - Open bar.
            Nie uwierzyła.
            - Czy ty kiedyś się ze mną umówisz? – spytała wprost, patrząc na niego błyszczącymi oczami. Omal się nie potknął. Była to jedna z niewielu chwil w jego życiu, gdy zabrakło mu słów. – Flirtujesz ze mną, chyba mnie lubisz… Umówisz się ze mną, kiedyś, kiedykolwiek? Bo lubisz mnie, prawda?
            Nadal nie mógł wydusić z siebie nic mądrego, co zupełnie opacznie zrozumiała.
            - Och… - odsunęła się od niego. – Okej… Jasne, nie ma problemu. Odprowadzę cię do stolika, a potem zapadnę się ze wstydu.
            Roześmiał się serdecznie.
            - Rory, poczekaj – przytrzymał ją mocno. – Rory.
            Wbiła wzrok w czubki swoich lakierowanych butów, dopasowanych do garnituru. Nie pozwolił jej odejść, choć próbowała wykręcić się z uścisku..
            - Chciałem się z tobą umówić – przyznał. Myślał o tym od dnia, gdy rozwieszała plakaty w akademiku. – Po prostu… nie sądzę, że to dobry pomysł – dodał cicho, tak, że muzyka niemal zagłuszyła jego słowa. Rory zmarszczyła brwi, jak zawsze, gdy czegoś nie rozumiała. – Jesteś… wyjątkowa. Jesteś piękna, mądra, niesamowicie inteligentna, bardzo pociągająca – mówił szczerze, patrząc cały czas w jej okrągłą, jasną twarz. – Definitywnie materiał na dziewczynę.
            Mógłby przysiąc, że się zarumieniła.
            - Ale ze mnie żaden materiał na chłopaka. Nie będę udawać, że umiem randkować, bo nie umiem… Związki to nie dla mnie, nie chce zobowiązań. Nie jestem facetem dla ciebie.
            Myślał, że rozzłości ją jeszcze bardziej albo speszy, ale Rory uśmiechnęła się szeroko i wzruszyła ramionami. Przeszył go przyjemny dreszcz, a włosy na karku stanęły dęba.
            - Nie szukam chłopaka – powiedziała. – Po prostu cię lubię i… chciałabym spędzić z tobą trochę czasu. Bez zobowiązań? – zapytała, patrząc na niego spod rzęs. Nie mógł się oprzeć, gdy złapała butelkę piekielnie drogiego szampana i pociągnęła go na górę.


But if you like causing trouble up in hotel rooms
And if you like having secret little rendezvous
If you like to do the things you know that we shouldn't do
Then baby, I'm perfect
Baby, I'm perfect for you

            Poprowadziła go na górę po schodach, cały czas trzymając za rękę. Logan nie miał innego wyjścia, jak tylko poddać się i… właściwie nie miał nic przeciwko. Przyjrzał się też z zadowoleniem jak bosko jej pupa wygląda w garniturowych spodniach.
            Przyjęcie odbywało się w rezydencji dziadków Rory. Znała tu każdy pokój i korytarz, bez trudu trafili do gościnnej sypialni. Nie zdążył się nawet rozejrzeć po pomieszczeniu, gdy Rory podsunęła mu butelkę z szampanem, po tym jak sama pociągnęła długi łyk.
            - Żyj chwilą, Huntzberger.
            Westchnął.
            - Na pewno tego chcesz? – upewnił się po raz ostatni. Za nic w świecie nie pozwoliłby skrzywdzić Rory i nie chciał tego sam zrobić. Była grzeczną, ułożoną dziewczyną, która chodziła na randki do kina i wracała do domu przed północą. Nie wpasowywał się w schemat jej chłopaka.
            - Chce… spróbował – powiedziała. Chwyciła kołnierzyk jego koszuli i przyciągnęła go do siebie. Pocałowała go delikatnie i czule, drżącymi ustami, ledwo muskając jego wargi. Jej dotyk był niesamowicie elektryzujący i sam nie wiedział, czy to dlatego, ze to ich pierwszy pocałunek, czy dlatego, że ukrywali  się potajemnie na przyjęciu jej dziadków.
            Gdy się odsunęła, spojrzał na jej garnitur i zażartował:
            - Jakbym całował faceta.
            Zmrużyła złośliwie oczy i pocałowała go znowu, tym razem mocniej, intensywniej, a nadal czule i z niesamowitym wyczuciem. Nogi się pod nim ugięły. Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie. Smakowała słodkim szampanem, a on sam czuł się, jakby się upijał tym pocałunkiem.
            Wiedział, że nie powinni.
            A jednak było idealnie.

And if you like midnight driving with the windows down
And if you like going places we can't even pronounce
If you like to do whatever you've been dreaming about
Baby, you're perfect
Baby, you're perfect
So let's start right now

            Każdy moment z Rory był idealny. Zadziwiała go, imponowała, nakręcała, doprowadzała do szaleństwa i białej gorączki. Nigdy by się nie spodziewał, że będzie miała tak szalone pomysły jak jego. Pamiętał, jak zjawiła się na przyjęciu zaręczynowym jego siostry, nieszczęśliwa i szukająca pocieszenia właśnie u niego. Nie rozpłakała się jednak ani nie rozkleiła; odciągnęła go na bok zupełnie zaskoczonego i poprosiła:
            - Po prostu chodźmy gdzie indziej.
            - Gdzie? – był na każde jej zawołanie, gotów wsiąść w samochód, opuścić szyby i jechać tak szybko, że żadni gliniarze nie złapaliby ich nawet, gdyby próbowali. Czegokolwiek by sobie nie życzyła, spełniłby to choćby zaraz.
            - Gdzieś. Daleko – powiedziała roztargniona. Pamiętał jak bardzo zagubiona i złamana była tamtego wieczoru. Skończyła wtedy staż w gazecie, swoją pierwszą pracę jako prawdziwa dziennikarka i ostatniego dnia usłyszała, że lepiej gdyby zrezygnowała, bo się nie nadaje. Słowa były jak sztylet w jej dziecięce, naiwne, pełne marzeń serce.
            - Daleko? – złapał ją za ramiona i zmusił, żeby spojrzała mu w oczy.
            - Na morze – zdecydowała.
            - Na morze? – powtórzył rozbawiony.
            - Nie masz tu jakiegoś jachtu? – spytała, rozglądając się po porcie pełnym luksusowych motorówek i przepięknych, bogato rzeźbionych statków. Rodzina Logana miała całą flotę pięknych jachtów, ale wszystkie zimowały w schronach w kilka miastach Europy.
            - Chce być z tobą – powiedziała z rozbrajającą szczerością. – Tyko ty i ja. Na morzu – dodała.

When I first saw you
From across the room
I could tell that you were curious (oh, yeah)

            - Ten wygląda nieźle – wycelowała palcem w biały jacht z dwoma masztami. Odbijał światło księżyca tak pięknie, jakby sam świecił na czarnej wodzie. Logan uniósł brwi, zaintrygowany.
            - Nie nasz.
            Rory wzruszyła ramionami i chwyciła go za rękę.
            - Czy to cie kiedykolwiek powstrzymało?

Girl, I hope you're sure
What you're looking for
'Cause I'm not good at making promises

            Zdębiał, patrząc na jacht, który zamierzała ukraść, a potem z rozkoszą pomyślał, że nie mogła podobać mu się bardziej.
            - Mam na ciebie zły wpływ – powiedział uradowany i chwycił ją mocno za rękę. W tamtej chwili czuł, że nigdy nie będzie chciał jej puścić.
            - Chodźmy, Huntzberger! – krzyknęła, biegnąc po pomoście. Po drodze ściągnęła eleganckie czółenka i cisnęła je do wody, jak zbędny balast.
            - Chodźmy!

But if you like causing trouble up in hotel rooms
And if you like having secret little rendezvous
If you like to do the things you know that we shouldn't do
baby, I'm perfect
Baby, I'm perfect for you

            Od tamtych wydarzeń minęło wiele lat. Rozstali się w momencie, gdy wydawało się, że nigdy nie będą chcieli tego samego. Logan nadal trzymał pierścionek, który podarował jej w dniu zakończenia studiów. Był tak pewny, że chcą tego samego – pierwszy raz w życiu gotów złożyć obietnice.
            Kochał ją szczerze i nigdy nie przestał. Była dla niego idealna. Nawet gdy go odrzuciła, nie żałował żadnej chwili, żadnego kłopotu, który mu sprawiła. Po latach, gdy znowu się spotkali, zrozumiał, że ona mogła go chcieć tylko z sentymentu i nostalgii, ale on zawsze będzie jej beznadziejnie oddany.
             - Co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas – powiedziała, choć byli w Londynie. Oboje dorośli, ona była wolnym strzelcem w biznesie dziennikarzy, a on był już zaręczony z młodą francuską. Ale całowała go tak samo jak wtedy po raz pierwszy, w rezydencji jej dziadków. Intensywnie, mocno, szczerze.
            - Vegas – odszepnął i popchnął ją na łóżku. Nie mógł przestać jej całować. I znów, tak jak wtedy w collage’u, umówili się na brak zobowiązań. Tego chciała.
            On był jej zobowiązany sercem na zawsze.

And if you like midnight driving with the windows down
And if you like going places we can't even pronounce
If you like to do whatever you've been dreaming about
Baby, you're perfect
Baby, you're perfect
So let's start right now

            Patrzył, jak Rory budzi się powoli ze snu. Ziewnęła przeciągle i – jeszcze z zamkniętymi oczami – wyciągnęła szyję, jakby węsząc za zapachem świeżo zmielonej kawy. Była tak idealna dla niego. Uśmiechnęła się sennie i wyciągnęła rękę, po omacku wyszukując sznurek od jego piżamowych spodni.

And if you like cameras flashing every time we go out
(Oh, yeah)
And if you're looking for someone to write your breakup songs about
Baby, I'm perfect
Baby, we're perfect

            Logan położył się na niej i pocałował w różowiutkie  usta zanim jeszcze dobrze się rozbudziła. Mruknęła z zadowoleniem i przeciągnęła się jak kotka. Pomyślał o wszystkim, co razem przeżyli: jak uratowali spóźniony numer Yale Daily News, jak ukradli jachy, jak opiekowała się nim po wypadku… Wreszcie ten najpiękniejszy moment, gdy skoczyli razem na spotkaniu Brygady Życia i Śmierci. Nie był wtedy pewien, czy przeżyją, ale przyszło mu do głowy, że nie najgorzej roztrzaskać głowę, trzymając za rękę tak wyjątkową dziewczynę.
            Tak idealną.
            Wiedział, że ich sielankowe Vegas nie będzie trwało wiecznie – w końcu nadejdzie data jego ślubu, a Rory pozna lepszego, właściwszego chłopaka, takiego, którego przedstawi matce i nie będzie musiała trzymać związku w sekrecie. Odsunął od siebie tą myśl i całował ją dalej, tak zapamiętale i gorąco, bo było idealnie.
            Byli idealni dla siebie.

If you like causing trouble up in hotel rooms
And if you like having secret little rendezvous
If you like to do the things you know that we shouldn't do
Baby, I'm perfect
Baby, I'm perfect for you
And if you like midnight driving with the windows down
And if you like going places we can't even pronounce
If you like to do whatever you've been dreaming about
Baby, you're perfect
Baby, you're perfect
So let's start right now





29 stycznia 2015

Zawsze będę (Star Wars, one-shot)



         - Nie ruszaj tamtych kabli! – warknął Han, unosząc zaparowane gogle i mierząc dziesięcioletnią córkę najsroższym ze swoich spojrzeń. Dziewczynka uśmiechnęła się ujmująco, ale tym razem nie rozpuściła irytacji ojca. Posłusznie odsunęła się od uszkodzonego mechanizmu i zajęła przestawianiem dźwigni i wciskaniem guzików.

         Han przetarł zaparowane gogle rękawem starej koszuli i ponownie pochylił się nad otwartym włazem. Silnik podświetlny Sokoła Tysiąclecia zajęczał nieszczęśliwie, jakby miał żal do swojego właściciela za zapomniany przegląd techniczny, błysnął i ponownie zamilkł. Han zaklął cicho, ale podejrzewał, że córa i tak usłyszała i od tej pory będzie powtarzać obelgę przy każdej okazji.

         - Nie ruszaj! – krzyknął jeszcze raz i usłyszał stłumione westchnienie i to samo przekleństwo, które sam przed chwilą powiedział. Chociaż nie był wrażliwy na Moc i nie miał o niej bladego pojęcia, wiedział doskonale, kiedy jego uparta córka go słucha, a kiedy próbuje realizować swoje własne zadania – a w tym przypadku pobawienie się uszkodzonym mechanizmem Sokoła.

         Jaina z rezygnacją usiadła przy włazie i przewiesiła nogi przez krawędź dziury, tak, że machała pozdzieranymi butami tuż koło nosa Hana. Ilekroć próbował się skupić, przekręcić śrubkę albo zespawać kabel, stopy córki migały mu przed oczami. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że Jaina celowo go drażni, czeka, aż uda się go zezłościć, a potem zacznie bijatykę albo ucieknie i zmusi, by za nią gonił przez całą rezydencję.

         Zamiast tego, zanim zdążyła się zorientować, poderwał się na równe nogi i złapał ją za kostki, tak, że miała głowę na wysokości jego kolan. Jaina zapiszczała z uciechy i spróbowała się wyrwać, ale bezskutecznie.

         - Ze mną nie wygrasz, dzieciaku! – zawołał, ale pozwolił jej zejść na ziemie i zaraz wdrapać się na plecy. Śmiech rozbrzmiewał w całym pomieszczeniu, odbijał się echem o  ściany i pewnie niósł po całej rezydencji, nawet tam, gdzie Jacen i Anakin byli pochłonięci oglądaniem holofilmów.

         Jaina wybuchnęła śmiechem i spróbowała stanąć na jego ramionach, ale nie pozwolił. Ściągnął ją z pleców i złapał pod ręce, zakręcił, wywołując kolejną salwę pisków i śmiechów. Dopiero, gdy zaczęła zapominać, że w przerwie między jednym krzykiem a drugim, należy zaczerpnąć tchu, postawił ją na podłodze i sam opadł na ziemię.

         Dziewczynka westchnęła, zawiedziona końcem psot, ale usiadła obok niego i położyła głowę na szerokim ramieniu ojca. Ona i Jacen byli wiernymi kopiami Hana Solo, nawet kopiowali jego sławny na całą galaktykę uśmiech.

         - Jestem głodna – oznajmiła po chwili, jakby w nadziei, że dostanie jakieś słodycze, ale ojciec pokręcił tylko głową.

         - Nie przypominam sobie, żeby kuchnia była zamknięta – stwierdził, czochrając rozpuszczone włosy. Jaina miała równie gęste i ładne włosy jak jej matka, księżniczka Leia Organa Solo, ale nigdy ich nie czesała ani nie kręciła, zbyt zagoniona, by mieć czas na takie „babskie bzdury”, jak zwykł mawiać Jacen. Pędziła, żeby wszystko zobaczyć, wszystko przeżyć, wszystkiego doświadczyć.

         - Zrobisz mi coś...? – westchnęła przymilnie, ale pokręcił głową.

         - A Moc łapek nie dała? – dźgnął ją lekko w żebro i wrócił do pracy.

         Siedziała jeszcze chwile, ale zaraz ruszyła w stronę kuchni w poszukiwaniu czegoś, co można by było szybko przyrządzić, a najlepiej zjeść od razu. Han podejrzewał, że zmusi starego, złotego droida Threepio, żeby jej coś przygotował, bo sama była zbyt leniwa, by zajmować się czymś tak prozaicznym jak gotowanie.

         Chwile potem usłyszał odległy trzask drzwiczek i uradowany okrzyk, spowodowany najpewniej odnalezieniem ciasteczek. Han westchnął cicho. Miał w domu trzy niemożliwe żarłoczne bestie, które znalazły każdy schowany smakołyk.

         Pochylił się jeszcze raz nad silnikiem i ponownie podjął się próby naprawy. Jeden z przewodów zaskwierczał ostrzegawczo, błyskając niebezpiecznie. Han cofnął rękę, nie mając ochoty składać ofiary ze swojej krwi, ale już wiedział, że tamten uszkodzony mechanizm, który Jaina chciała reperować, ma związek z problemem z silnikiem.

         Westchnął cicho i skupił się; delikatnie odsłonił pokrywę ostrym pilnikiem i kleszczykami zaczął przekręcać kolejne trybiki. Ciepło buchnęło mu w twarz, w chwili, gdy dotknął czerwonego mechanizmu. Burknął coś pod nosem, mrużąc oczy, ale zignorował dym i nie zamierzał odpuścić.

         Już miał odłączyć jeden z kabli zasilania, gdy usłyszał krzyk, a potem huk upadku.

         Zerwał się na równe nogi, omal nie uderzając głową w krawędź włazu i omiótł spojrzeniem sytuacje. Poczuł, że ręce zaczynają mu się pocić, a serce przyspiesza trochę za bardzo.

         Jaina leżała bez ruchu niedaleko uszkodzonego mechanizmu z przerwanymi kablami. Zdawała się być słaba i bezwładna, skulona w pozycji płodowej, jakby ktoś nią rzucił.

         - Cholera jasna! – wrzasnął Han, biegnąc do dziecka.

         Jaina była uparta, tak samo jak on i Leia, a może nawet bardziej. Nieważne, że prosił, żeby nie dotykała, przestrzegał, że może okazać się niebezpieczne, ona musiała iść po swojemu, zrobić wszystko, węgle własnego widzi misie. Działała zgodnie z zasadą, ja będę pierwsza, której nic się nie stanie, nieważne, że prosił „nie wsadzaj tam nogi”, ona i tak by weszła, nawet gdyby miała stracić całą kończynę.

         Delikatnie uniósł swoją małą dziewczynkę i niepewnie, drżącą dłonią, zmierzył puls. Był. Odetchnął z ulgą, całując jasne czoło. Twarz miała spokojną i senną, zupełnie nieświadomą, jakiego stracha napędziła ojcu. Straciła przytomność, to wszystko. Han próbował się uspokoić, ale palce i tak mu drżały.

         Spróbował ją ocucić. Uderzył lekko blady policzek, modląc się, żeby znów ujrzeć błyszczące oczy córki w kolorze koreańskiej whisky. Drgnęła i zamrugała powiekami, krzywiąc twarz. Spróbowała przysłonić ręką oczy, zaślepiona intensywnym światłem paneli jarzeniowych.

         - Tato...? – bąknęła cicho, prawie płaczliwie.

         Han nie był w stanie mówić; westchnął ciężko i ucałował ją w czoło przejęty i wzruszony, a przede wszystkim wdzięczny, chociaż nie wiedział komu. Jaina poruszyła się lekko w jego ramionach, wciąż obolała.

         - Nie cierpię elektrowstrząsów – westchnęła cichutko, pozwalając, by wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju, który dzieliła z bratem bliźniakiem, Jacenem. Chciała coś powiedzieć, wytłumaczyć się, ale nie potrafiła znaleźć słów. Wydusiła w końcu krótkie : – Przepraszam.

         - Daj spokój, dzieciaku – mruknął Han, naciskając łokciem klamkę i wnosząc ją do pokoju. W duchu przeklinał własną nieostrożność. Gdyby tylko był przezorniejszy, zabezpieczył kable, być może Jainie nic by się nie stało. – Zaraz zadzwonię po droida medycznego.

         Już miał wstać i odejść, gdy chude palce zacisnęły się na jego ręce i delikatnie zatrzymała. Jaina patrzyła na niego ze skruchą i czym na kształt strachu i strasznego poczucia winy; chociaż niczego nie mówiła, zrozumiał.

         - Przepraszam – bąkneła jeszcze raz.  – Powinnam była cię słuchać. Teraz jesteś zły.

        Han skrzywił się lekko. Owszem, był wściekły, ale nie na Jainę. Jeśli czegokolwiek nauczył się od Luke’a Skywalkera, to tego, że nikt nie jest odpowiedzialny za jego uczucia, jedynie on sam. Musiał się nauczyć za nie odpowiadać, rozumieć samego siebie, ale nikogo nie obciążać. W tej chwili był raczej zły na samego siebie, że nie zdołał upilnować dziecka.

         - Powinnaś – przyznał, siadając obok. Pogłaskał dziewczynkę po czole i przez chwilę milczał. – Ale nie jestem zły.

        Wydawało mu się, że w brązowych oczach córki zatańczyły iskierki ulgi. Chciał, żeby Jaina, Jacen i Anakin, byli najszczęśliwsi na świecie. Żeby nie musieli nigdy robić niczego wbrew sobie. Żeby byli zdrowi, bezpieczni... Na pewno nie chciał, żeby jego ukochana córa poznała ból.

         - Więc dlaczego...? Czuję, że coś jest nie w porządku.

         Han uśmiechnął się krzywo. Oczywiście, Moc.

         – Wiesz, że jesteś całkiem jak ja?

         Jaina uniosła brwi całkiem tak, jak czyniła to jej matka za każdym razem, gdy udało mu się ją zaskoczyć. A nie łatwo było zaskoczyć księżniczkę Leie Organę Solo.

         - Zawsze musiałem zrobić wszystko po swojemu – westchnął, pozwalając, by małe, gładkie ręce bawiły się jego dużymi dłońmi. – Spotkałem na swojej drodze wielu ludzi... I teraz, jak tak myślę, to zaskakująco często źle wybierałem. I przez to cierpiałem.

         Jaina zmarszczyła brwi, ale się nie odezwała.

         - Zrobiłem całkiem sporo głupot. Ale wiesz, wszystko się ułożyło. Mam najwspanialszą żonę na świecie i troje genialnych dzieciaków, chociaż mnie nie słuchają – dodał z krzywym, cierpkim uśmiechem. Jaina leciutko się zarumieniła, ale minę wciąż miała poważną i zamyśloną, jakby rozważała słowa ojca.

         - Co chcesz powiedzieć? Jesteś zły, bo jestem jak ty i... robię głupoty?

         - Chciałbym cię chronić. Od całego zła, które siedzi w Galaktyce. Ale przecież nie dam rady. Musisz sama się wielu rzeczy dowiedzieć... Złości mnie, kiedy nie potrafię się tobą zająć jak trzeba, co zrobić. Przyjdzie jeszcze wiele takich sytuacji, że nie będę mógł obronić cię przed bólem...

         - To znaczy, że muszę sama sobie radzić? Bez ciebie? - Jaina wcale nie wydawała się zadowolona; skrzywiła się i popatrzyła na niego z mieszaniną strachu i niepewności. Odszukał jej dłoń i uścisnął.

         - Dzieciaku – Han spojrzał głęboko w oczy córki. – Nieważne, co się będzie działo, ja zawsze będę przy tobie. Nie przeżyję za ciebie życia, nie przecierpię wszystkiego, ale zawsze będę, słyszysz? I zawsze możesz do mnie przyjść.

         Jaina uśmiechnęła się, podniosła się chwiejnie i ucałowała policzek ojca.