Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zhante. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zhante. Pokaż wszystkie posty

1 grudnia 2014

Burza cz.6: Pamiątka z wojska ((Huntik/Revolution, Zhante)



            Następnego dnia budzę się ze spuchniętą, napęczniałą parówką zamiast nogi. Skórę pokrywają cienkie żyłki, a przy każdym dotyku mam ochotę wrzeszczeć z bólu. Rana jest brzydka, rozjarzona i nie zapowiada się, żeby zamierzała szybko się zasklepić. Dante patrzy na nią ponuro i znów przemywa piekącym płynem – spirytus albo jakiś alkohol?
            - Zajmiemy się tobą – uspokoją mnie, gdy zaciskam mocno zęby, a boli bardziej niż chcę to przyznać.
            Ruszamy dalej, mimo, że Dante podejrzliwe na mnie patrzy. Cherit truchta tuż przy nim, czasem biega za drzewo, łapie trop jakiejś zwierzyny i trąca swoich wielkim, czarnym nosem Dantego. Trzyma się ode mnie z daleka, czasem tylko zerknie na mnie jak na kogoś, kto chciałby oderwać mu ogon.
            Zwierzęta nieźle wyczuwają ludzi.
            Jest południe, gdy dochodzimy na skraj lasu. Dante uśmiecha się z zadowoleniem i pokazuje na nędzną, zabitą dechami ruderę.
            - Nasz tymczasowy lokal. Lok i Sophie tam zostali.
            Kiwam głową bez przekonania, ale nie komentuję marnej budki. Zawsze wiedziała, że bazy Rebeliantów to prawdziwe, cuchnące nory, ale nie sądziłam, że skrywają się w tak smutnych, opuszczonych domach, gdzie pewnie nie ma nic poza gołą podłogą.
            - Mieszkała tu kiedyś stara Beth, oddała nam mieszkanko – tłumaczy Dante, rzucając Cheritowi wielki, ciężki badyl. Pies lata po łące, szczekając i podskakując. Od domu dzieli nas jakieś trzydzieści metrów. – Żadne wygody, ale nikt nie zwraca uwagi na takie chatki.
            Zagotowuję w pamięci, by w pierwszym raporcie dla majora Nevilla dodać adnotację, żeby milicja zaczęła zwracać uwagę na takie chatki.
            - Jest woda, no i strych z dobrym widokiem. Łatwo patrolować okolicę.
            Przynajmniej na tyle rozwagi, by się rozejrzeć od czasu do czasu. Mruczę coś w stylu „a-aha” i znowu idziemy w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Zastanawiam się, jak załatwić sprawę z raną – póki co jestem niedysponowana, gdy przyjdzie czas uciekać, ja co najwyżej mogę pokuśtykać do najbliższego krzaka. Wzdycham ciężko. Że też cholerni milicjanci zawsze muszą trafiać.
            - W oddziale mamy nowych i poszli ze mną – wyjaśnia jeszcze Dante. Nie lubi milczeć; zauważyłam to od chwili, gdy się poznaliśmy. Woli rozmawiać, próbuje zrozumieć ludzi, co na dłuższą metę jest trochę męczące. – Oni nawet nigdy nie widzieli flagi Stanów Zjednoczonych.
            - Ile mają lat?
            - Jakieś siedemnaście? Mogli mieć po dwa lata, gdy… no wiesz. Gdy zgasło światło.
            Zawsze mnie fascynowała, że taka gówniażeria chce wspierać i pomagać Rebeliantom. Te bandy zrzeszały stukniętych wariatów, niepogodzonych z losem, głupich marzycieli, ludzi raczej starszych, którzy pamiętali dawny porządek i śnili o nim, wyobrażając sobie jak cudownie byłoby żyć jak kiedyś.
            - Klaus, a może oni mają rację? – spytałam kiedyś naiwnie, gdy mój mentor i przyjaciel uczył mnie jak zawiązywać i rozwiązywać mocne supły i węzły nie do zdarcia. Uśmiechnął się, ukazując wielkie, żółte zęby i pokiwał głową, jakby tłumaczył dziecku, dlaczego niebo jest niebieskie.
            - Nasze Stany nie dałyby sobie rady bez prądu, bez samolotów i wszystkich tych dobrodziejstw starej ery – odparł rezolutnie Klaus, bawiąc się swoim okularem w złotej oprawce. – Nowe czasy potrzebują nowych ludzi. Takich jak Sebastian Monroe, jak ja i… jak ty.
            Po latach zrozumiałam, że Sebastian Monroe nie nadaje się na nowego człowieka dla nowych czasów, ale nie zaczęłam popierać tych samozwańców, bo aż za  dobrze pamiętałam brutalne przebudzenie, gdy stary system padał i trwała anarchia, a  za słabo – samo normalne życie przed Zgaśnięciem.
            Wybrałam najlepszą opcję – odcięłam się od wszystkich i zrezygnowałam, skupiając się na prostych sprawach. Żadnego strzelania, żadnych idei, żadnych wielkich celów, zamiast tego ukrojenie równej kromki chleba i zacerowanie koszuli. Nie chcę się angażować – póki co wychodziło mi to całkiem nieźle.
            - Dante! Jesteś już!
            Ze środka wysunęła się pyzata, blada dziewczyna z ciemnymi blond włosami, w różowej bluzie i zwężanych jeansach. Była naprawdę ładna, a niewiele kobiet i dziewcząt miało czas być  ł a d n y m i  w dobie, gdzie trzeba było przede wszystkim być  d o  s t  s o w a n y m.
            - Cześć, Sophie. Zobacz, kogo spotkałem
            - Kto to jest? – dziewczyna przeniosła na mnie spojrzenie zielonych oczu i zmarszczyła brwi. Skinęłam krótko głową.
            - Zhalia Moon – Dante uśmiecha się i wpuszcza mnie do środka. - Rebeliantka. Uciekła milicjantom. Dzielna kobieta, słowo daje. Przyda nam się w oddziale.
            Sophie unosi sceptycznie brwi, ale Dante jest zajęty snuciem opowieści o naszym spotkaniu. Niewiadomo skąd pojawia się wysoki, chudy blondyn w za dużej skórzanej kurtce i mowa o powrocie do reszty oddziału. Serce zaczyna mi bić mocniej. Jestem tak blisko wsiąknięcia w samo centrum Rebeliantów. Dwójka próbuje mnie wypytywać, ale Dante kończy wszystkie rozmowy i proponuje mi kąpiel.
            Kąpiel! Mam ochotę oddać mu królestwo za tak słodką, ciepłą obietnicę.
            - Fajnie, że jesteś z nami – mówi Lok na odchodne.
            - Każda pomoc się przyda – dodaje Sophie i chyba nawet się uśmiecha.
            Zanim zdążyłam się obejrzeć, w małym, bocznym pomieszczeniu stoi ogromna balia z gorącą, świeżo zagotowaną wodą zmieszaną z najzwyklejszą w świecie deszczówką. Jest jak zbawienie po stresach ostatnich dni.
            Mam ochotę roześmiać się ze szczęścia, gdy zauważam, że obok balii leżą nowe rzeczy – czyste, złożone w kostkę, suche. Wszystko, co noszę teraz, jest brudne, poszarpane, śmierdzące i wilgotne. Ściągam bluzkę i spodnie razem z butami i rzucam je w kąt, świadoma, że pewnie niewiele da się z nich uratować. Ale może pójdą na łaty. Grzechem byłoby wyrzucać dobry materiał, gdy wszystkiego jest tak mało.
            Wchodzę do letniej wody i szoruję się długi czas. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że skóra mnie tak swędziała i piekła. Gdy znów jestem czysta, czuję się jak inny człowiek. Związuję mokre włosy z luźny kucyk i wciągać miękkie, materiałowe spodnie. Należą najpewniej do tej Sophie; są trochę za szerokie i za krótkie, ale ściągam mocno gumę i biorę do rąk koszulkę.
            Koszulkę z krótkim rękawem. 
            Sztywnieje i natychmiast czuję pieczenie na wewnętrznej stronie nadgarstka jakby ktoś przyłożył mi tam rozżarzone węgle. Do tej pory nie zastanawiałam się, co będzie, gdy ktoś zauważy moją pamiątkę po służbie w Milicji. Przełykam głośno ślinę. Mój dotychczasowy strój zasłaniał ślad i nie musiałam się o nic martwić.
            Zakładać koszulkę i opieram się o brzeg balii. Długo wpatruje się w brzydką, poszarpaną bliznę. Nawet, jeśli  nie przypomina już znaku noszonego przez Milicjantów, łatwo się domyślić, czym kiedyś była.
            Znów bolesne ukłucie na nadgarstku.
            Nagle słyszę pukanie i drzwi się otwierają, a do środka wchodzi Sophie.
            - Mam nadzieję, że ciuchy są na ciebie dobre… Straszna z ciebie chudzina i ciężko coś sensownego znaleźć. Gotowa? Mamy spotkanie w szpitalu polowym… - urywa nagle i wpatruje się w jeden punkt z rozdziawionymi ustami.
            Zobaczyła.
            - Parszywa oszustka! – krzyczy. Nie ruszam się z miejsca, nawet nie zasłaniam blizny. Dziewczyna staje w pozycji bojowej, ale kolana jej się trzęsą – jest jeszcze niedoświadczona i trochę się obawia. - Milicjantka, co? Przechytrzyłaś Dantego!
            - Co tu się dzieje?! – do środka wpada Dante, zaalarmowany hałasem. Patrzy najpierw na oburzoną Sophie i jej palec, wyciągnięty oskarżycielsko w moją stronę, a potem widzi bliznę. Nie jest głupcem; dobrze wie, że wszyscy Milicjanci mają na nadgarstku wypalony znak. Rana w takim miejscu n i e  m o ż e  być przypadkiem.
            - Zhalia.
            Mam ochotę dać sobie samej po pysku za to, że stoję bez ruchu, gdy powinnam powiedzieć cokolwiek, zrobić cokolwiek – grać głupią, udawać, że kiedyś dziabnął mnie tu pies, uciekać, atakować. Przełykam ślinę.
            - Co to jest?
            - Jak to co?! – obrusza się Sophie. – Była w Milicji! Okłamała cię!
            Zaciskam oczy na chwilę i zaraz je otwieram. Weź się w garść, powtarzam sobie w głowie. W tej chwili ważą się moje losy. Jeśli niczego nie zrobię, będę tak biernie stała, to kaput. Muszę zareagować zanim padnie strzał. Nawet jeśli ci żałośni Milicjanci mnie puszczą, to ze strony Milicji czeka mnie najstraszniejsza z kar. Za dezercję, za niszczenie mienia, za kilka pomniejszych zabójstw, przez które do dziś budzę się zlana potem.
            - Owszem, byłam – mówię lodowato. – I zapewniam cię, że właśnie dla tego, na świecie nie ma nikogo, kto nienawidziłby ich bardziej ode mnie.
            - Komu chcesz wepchnąć ten kit? – krzyczy Sophie.
            - Usiądźmy. - Dante cicho wskazuje na stojące przy ścianie plastikowe krzesła i pomazany, brudny stolik, po którym chodzi znudzona, senna mucha. – Naprawdę musisz nam wiele wyjaśnić, Zhalia – mówi twardo i czuję, że jest tak samo wzburzony jak Sophie, może tylko mniej to okazuje. - Jesteś Milicjantką, prawda?
            - Byłam – poprawiam mechanicznie i póki co, wciąż mówię prawdę. – Dawno to rzuciłam.
            - Na rzecz Rebeliantów? To dość duża zmiana! – prycha Sophie.
            - Dlaczego? – Dante daje jej znak dłonią, żeby była cicho chociaż przez trzy minuty. Przez moment patrzy mi prosto w oczy tak intensywnie, że coś we mnie pęka. Blokada, która długi czas sprawiała, że byłam obojętna, gdy z naszej wioski ściągano dzieciaków do Milicji, gdy wymuszona więcej plonów niż byliśmy w stanie zebrać, gdy strzelono do Bena Mathesona.
            - W Milicji nikt nie jest niezastąpiony – mówię głosem wypranym z emocji.
            Sama nie wiem, czemu, ale muszę zacisnąć ręce w pięści, bo na mojej ręce otwiera się rana. Piekielnie pali. A w środku, gdzieś na wysokości lewej piersi, czuję paskudny ucisk. Odradza się poczucie porzucenia i wściekłość.
            - Co to znaczy?
            Nie chcę sobie przypominać, a jednak – widzę upadającego chłopaka. Zdaje się, że miał na imię Rick, albo jakoś inaczej, równie pospolicie i nudno. Był w porządku, nigdy nie powiedział niczego za plecami, uczciwy. Nie zasłużył, by go zostawić za łasce, niełasce Teksasu. Więcej go nie widziałam, podobnie jak wszystkich innych żołnierzy, żołnierzy Monroe’a, których się wyrzekł, gdy pojawiło się zagrożenie.
            - Zostawili nas… - szepczę cichutko. Nigdy nikomu nie mówiłam o tamtym dniu na granicy z Teksasem. – Po prostu nas zostawili, bo nigdy nie brakuje rekrutów…
            Stosunki na granicy Republiki Monroe’a i Teksasu zawsze były napięte. Nieustanne patrole, wzajemne grabieże i wisząca groźba wojny. Niech Bóg ma w opiece Milicjanta, który dostanie się w ich ręce. Musiałam zagryźć zęby.
            - To miał być zamach. Na Henry’ego Gretta. Znasz tego starucha? To głupi, spleśniały polityk z Teksasu. Ale miał kiedyś jakieś starcie z generałem Monroe’em – nieświadomie wciąż używam pełnego nazwiska z szacunku i ze strachu, jaki pozostaje w głowie na zawsze.
            - Ale się nie udało – zgaduje Dante.
            - Nie. Wszystko poszło nie tak… Wszystko, co mogło, poszło nie tak! Strzelali do nas jak do kaczek, a gdy… generał Monroe nie przyjmuje do wiadomości, że jego żołnierze ponieśli porażkę.
            - Co zrobił? – z głosu Dantego ucieka zawziętość. Współczuje mi, chociaż nigdy nie chciałam i nie potrzebowałam czyjejkolwiek litości.
            - Powiedział… Powiedział, że to był wybryk niedoświadczonych żołnierzy, o którym nic nie wiedział. I zgodził się oddać nas… Do Teksasu.
            W pokoju zapada cisza.
            Nagle orientuje się, że właśnie wyspowiadałam się ze wszystkiego, co siedziało we mnie od tak długiego czasu. Nigdy nikomu nie powiedziałam, co stało się, że zdezerterowałam, nigdy nikomu nie powiedziałam o Teksasie. Myślałam, że tak dobrego człowieka – tak wyszkolonego, tak bezwzględnego, tak niesamowicie sprytnego – oszczędzą, że mój przyjaciel, mentor, stary Klaus się za mną wstawi, ale nie. Znaleźliby dziesięciu innych, może lepszych, na przykład krzepkich facetów z mięśniami zamiast mózgu. A rzekomych winowajców oddano do Teksasu pod tamtejszy wymiar sprawiedliwości.
            Byłam wtedy taka wściekła, taka rozżalona, zdradzona, że chciałam gołymi rękami wyszarpać serce generałowi Sebastianowi Monroe’owi. Zagryzam mocno wargi.
            - Gdy wstępujesz do Milicji, mógłbyś oddać życie za Republikę Monroe’a. Szkoda, że Republika Monroe’a nie chce nigdy nadstawić karku za ciebie. I właśnie dlatego jestem tu, teraz. Żeby nikogo więcej nie poświęcono dla spokoju Monroe’a.
            Znowu jest cicho. Czuję, że ucieka ze mnie powietrze. Popełniałam błąd, ale zorientowałam się za późno. Otworzyłam wszystkie dawno zasklepione rany; odrodził się żal, za to, że nas zostawiono, porzucono, gdy zaczęły się problemy, odrodziła się wściekłość za te kilka osób, które nie zdołała uciec i za pewno zdychało w męczarniach, odrodziła się chęć pozbycia się generała Monroe’a raz na zawsze.
            Zaangażowałam się, myślę przerażona. Nie tyle zaczęłam popierać Rebeliantów, ale pozwoliłam sobie znów nienawidzić Milicji. Do tej pory nie przejmowałam się niczym, nic mnie nie obchodziło. Najprostsze rozwiązanie, dzięki niemu byłam bezpieczna, zajmowałam się tylko sobą samą. A teraz zaangażowałam się w nienawidzenie, pozwoliłam sobie ulec emocjom.
            Zaangażowanie prowadzi do działania.
            - Przepraszam, że cię oskarżyłam – mówi cicho Sophie i wychodzi z pokoju.
            Gdy zamyka za sobą drzwi, Dante pokrzepiająco ściska moją dłoń.
            - Przykro mi z powodu tego, co się stało.
            Wybuchnęłam. Gdy nazwałam po imieniu, że Monroe zdradził swoich ludzi, zostawił ich, porzucił, wydał, sprzedał za swój spokój, poczułam, że znowu jestem aktywna, pełna emocji, jak burza, gotowa iść, wbrew wszystkiemu.
            To jak przebudzenie z wielomiesięcznej apatii.
            Ogarnia mnie przerażenie, że nagle mam w sercu bunt. Jeszcze słaby, nieśmiały, którego sama nie chce, bo sprowadziłby na mnie klęskę, ale jest. Jest bunt.
            Już nie tchórzostwo, uciekinierstwo, które chowało się na widok każdego Milicjanta, które siedziało w domu przy każdym patrolu i które gotowe było na wszystko, byle tylko być bezpiecznym.

            W mojej głowie pojawia się nagle jeszcze jedna myśl. Pomagam człowiekowi, którego znienawidziłam, który mnie skrzywdził, który odwrócił się ode mnie i innych właśnie wtedy, gdy potrzebowaliśmy przywódcy, który powie To moi ludzie. Nie oddam ich. Ogarnia mnie wstręt do samej siebie.

21 listopada 2014

Burza cz.5: Bojownicy (Huntik/Revolution, Zhante)



            - Nie postawimy warty? – pytam, gdy rozbijamy skromne obozowisko. Dante dźwiga w swoim plecaku zwinięte belki folii, które rozgląda na ziemi, a także wełniany koc. Próbuję odmówić, ale i tak mi go wpycha, twierdząc, że sam zadowoli się płaszczem.
            - Nie ma sensu – wzrusza ramionami, składając z gałęzi śmiesznie mały stosik. Patyki wyślizgują mu się z rąk i zsuwają, przewracając siebie nawzajem. Z ogniska nici, bo Dante Vale – podobno taki geniusz! – nie umie znaleźć suchego drewna.
            - A Milicja? A bandyci?
            - Jesteśmy już naprawdę blisko moich przyjaciół. A ja mam płytki sen.
            Unoszę brwi, bo jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam mężczyzny, który nie przechrapałby smacznie całej nocy. Dante wciąż mnie zaskakuje – a może przeraża – swoim luźnych, śmiałym podejściem do bezpieczeństwa. Do tej pory tyczyło się to tylko mnie i mojej zełganej historyjki, teraz jeszcze nie chce stawiać warty. W porządku, myślę kwaśno, w porządku, ty tu dowodzisz.
            - Zresztą, ja już widzę, że mamy najlepszego obrońcę.
            - Co?
            Dante unosi rękę i wkłada dwa palce do ust, gwiżdżąc z całych sił. Z wrażenia aż zatykam uszy, a chwilę później słyszę radosne ujadanie. Zaraz pojawia się też źródło hałasu – rozczochrany, biały kundel pędzący w naszą stronę przez las.
            - A to co…? – cofam się.
            Psisko jest już przy nas i euforycznie popiskuje, kręcąc się wokół równie ubawionego Dantego.
            - No cześć, cześć, cześć, stary! – uroczyście głaszczą psa po głowie i czochra mu długie, białe futro. – Nie mogłeś beze mnie wytrzymać, kolega, tak? No, już, już! – śmieje się, gdy pies wpycha łeb pod płaszcz i węszy, za pewno szukając czegoś dobrego. – Mówiłem, zostań z resztą! Ich trzeba pilnować, ty stary zwyrodnialcu! I jaki ja mam z ciebie pożytek?
            Pies szczeka głośno.
            - Zhalio – Dante podnosi się z klęczek i wskazuje na mnie. Mruga wesoło, ale wcale nie czuję się przez to bezpieczna. Psisko wlepia we mnie wielkie złote oczy i czeka. Zaczynam w duchu przeliczać, ile zajmuje mu rozszarpanie gardła. – To jest Cherit.
            Bestia wywala język, a ja modlę się, żeby nie przyszło mu do głowy lizać mnie, obwąchiwać albo co te psy jeszcze robią. Nigdy nie przepadałam za dotykiem, a już na pewno nie za dotykiem wielkiego, lepkiego jęzora! Pies szczeka raz i zwala się przy drzewie, koło plecaka Dantego. Oddycham z ulgą; już go lubię. Wyznaczyliśmy sobie granicę, a teraz będziemy siebie akceptować.
            - Zmęczył się, jak mnie szukał po lesie – zaśmiał się, patrząc z uznaniem na wielkiego kundla.
            Nie odzywam się więcej. Dante przyzwyczaił się, że niewiele mówię i nawet przestał wypytywać, mimo, że powinien. Powinien pytać tak długo, aż wiedziałby, jakie płatki śniadaniowe jadłam, zanim zgasło światło. Gdybym to ja była na jego miejscu, sprawdziłabym nowego siedem razy, zanim zaprowadziłabym go do właściwej bazy. Jakiej bazy?, poprawiam się w myśli. Wiadomo, że miejsca spotkań rebeliantów to nory – bo inaczej się tego nazwać nie da! Są obrzydliwie ciasne i nędzne jak wszystkie ich idee.
            - Polubisz moich przyjaciół – uśmiecha się wesoło, wracając do pracy nad ogniskiem. Wciąż strzela dwoma kamykami. Wilgotne drewno się przecież nie zapali. – To naprawdę świetni ludzie, poszedłbym za nimi w ogień. Wierzę w nich! – śmieje się donośnie. Potrafi mówić, chociaż ja nie daję żadnej oznaki, że słucham. Od zawsze byłam tak markotna; pedagog w sierocińcu twierdziła, że nie umiem używać funkcji fatycznej. Trudno, żebym umiała, skoro nawet nie wiem, co to jest.
            Dante rezygnuje z ogniska, ale za to wyciąga z plecaka mały, czerstwy bochenek chleba. Jest ciemny i umączony, wygląda na kiepskiej jakości, ale gdy Dante przełamuje go na pół, dociera do mnie, że jestem głodna jak wilk. Chleb mógłby nie mieć smaku, a ja i tak uznałabym go za najświetniejszy przysmak na całym marnym świecie. Część jego porcji dostaje Cherit.
            Sama nie wiem, czy cieszę się w obecności psa, czy wręcz przeciwnie. Z jednej strony, mogę spać spokojnie, skoro ten ignorant nie zamierzał patrolować okolicy w nocy, a z drugiej, gdyby coś poszło nie tak, gdyby coś się wydało,  nie dam rady już tak łatwo ukatrupić Vale’a i nawiać. Nawet gdyby mi się udało coś mu zrobić, bestia dopadnie mnie w trzy sekundy. A potrafię wyobrazić sobie spokojniejsze sposoby na śmierć niż rozszarpane gardło.
            Odrywam po kawałeczku chleba i żuję w ciszy.
            Dante nie umie milczeć.
            - Tutaj mam tylko kilku ludzi, rozumiesz, mały oddział, bo mieliśmy zadanie – zawiesza tajemniczo głos i gryzie chleb aż ciemna skórka pęka i się kruszy. Nadstawiam ucha, ale nie pytam. To dziwne, że tak urwał. Zupełnie, jakby chciał sprawdzić, czy się zainteresuje. Miażdżę w palcach kawałek chleba. Wie?
            Nie, niemożliwe, jest zbyt głupi, a ja zbyt sprytna.
            A jednak, Dante Vale jest dla mnie zagadką. Przy naszej wspólnej wędrówce dowiedziałam się sporo – że jego matka ma na imię Carla, że chciał zostać bibliotekarzem, że nie umie gotować, że nieźle poluje. Ale jego otwartość sprawia, że nie wiem, czy jest wobec mnie szczery. Być może chce, żebym się jakoś zdradziła…
            Wciąż te same myśli, wciąż ten sam schemat, wciąż te same obawy. Praca szpiega uznawana jest za jedną z najbardziej wykańczających. Nie byłabym taka niepewna, gdyby cholerny major – niech go Monroe powiesi! – nie rzucił mnie na nieznany grunt znienacka i bez przygotowania!
            -  Patrz – uchyla plecak, a ja widzę pistolet. W ciemności nie rozpoznaję, jaki, widzę tylko ciemny kształt. – Zdobyliśmy takich czternaście. No i amunicję.
            Aż gwizdnęłam i pokiwałam głową. Wynik całkiem niezły, jak na leśną partyzantkę. Zapewne rozbili jakiś patrol, po bandycku rozkradli wszystko, co było cokolwiek warte.
            Dante uśmiecha się z zadowoleniem. Mimochodem rejestruję, że jest typowym samcem, który lubi imponować. Taka brawura wielu już zgubiła. Ale jego zgubi coś innego. Przesadna ufność. Dante Vale właśnie pokazał mi, gdzie trzyma broń. Strzelić jest łatwiej niż zamachnąć się nożem. Zamykasz oczy i naciskasz na spust, mocno i jak najszybciej, żeby nie było czasu stchórzyć.
            W nocy mogę zakraść się, zabrać broń. Z nią byłabym gotowa na każdą możliwość.
            - O, może znasz się na ratownictwie? – pyta Dante, strzepując okruszki chleba.
            - Trochę – odpowiadam wymijająco.
            - To dobrze. Widzisz, przydaje się sanitariuszka, a nasza Sophie jest jeszcze za mała, żeby ze wszystkim radzić sobie sama. Może chciałabyś… No, skoro jesteś sama, a Milicja z przyjemnością właduje kulkę w twoją głowę, to pomyślałem…
            Cherit szczeknął wesoło na potwierdzenie tych słów.
            Nawet, jeśli jestem kiepska w wyłapywaniu aluzji, rozumiem, że Dante Vale po raz kolejny wyciąga do mnie rękę. Zupełnie, jakby konsekwentnie od samego początku, ułatwiał mi wniknięcie do jego towarzystwa i zdobycie zaufania.
            - Chcesz mnie wciągnąć do oddziału? – upewniam się cicho. – Dlaczego?
            Dante kładzie się na śliskiej folii. Jest zimna i szeleszcząca, ale przynajmniej odcina od wilgoci i robactwa, które siedzi gdzieś w leśnym listowiu. Zwija plecak w rulon i upycha go sobie pod głową jako najgorszą poduszkę świata.
            - Przecież jesteśmy w tym razem. W tej samej walce – wyjaśnia, przewracając się na drugi bok. - Dawno doszedłem do wniosku, że mogę ci ufać.
            Słowa brzmią mi w uszach dłuższy czas. Wpatruję się w jego plecy okryte tym brzydkim, nigdy niemodnym żółtym płaszczem i mrugam głupkowato. Nie przywykłam, żeby ludzie tak otwarcie, tak po prostu się do siebie odnosili. Przełykam ślinę.
            - Tak. Razem.
            Słyszę, jak Dante wypuszcza ze świstem powietrze, co znaczy, że się śmieje.
            Oficjalnie zostałam włączona w tą żałośną partyzantkę, stałam się rebeliantem, człowiekiem skazanych na porażkę bojowników. I, dziwne, ale ta świadomość od razu poprawia mi humor. Już dawno nie czułam się tak pewnie. Zdobyłam zaufanie Dantego Vale. To pierwszy krok do mojej uwielbionej wolności, do chwili, gdy major Neville zapomni, że  w ogóle mnie spotkał i pozwoli mi odejść. Zamykam oczy i słucham, jak Cherit warczy przez zęby.
            Śni mi się osiedle, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Zwyczajne, pełne takich samych czerwonych szeregowców z białymi okiennicami. Jest noc, zapewne jakaś trzecia, bo księżyc wisi już wysoko nad dachami. Rozglądam się, ale nie ma w nim nic ciekawego – w każdym miejscu znajdzie się kilka podobnych miejsc, tak samo nudnych, z krzywo położonymi płytami chodnikowymi. Dopiero po chwili orientuje się, że wszystko jest jasne, wyraźne, oświetlone, mimo, że do rana jeszcze daleko.
            Latarnie się palą!
            Wdycham ze świstem powietrze i rozglądam się, dostrzegając coraz więcej. Z okien zionie blask nie świec, ale autentycznych lampek podłączonych do kontaktów. Tak dawno nie widziałam kontaktów, że ledwo przypominam sobie ich nazwę. Nie były nam potrzebne, gdy światło zgasło.
            Na ulicy panuje spokój. Latarnie się palą. I to jest niesamowite, tak niesamowite, że nie mogę uwierzyć, że nie ma wyjścia – muszę się obudzić.
            Budzę się w zimnym, ciemnym lesie, gdzie nie ma żadnych latarni, żadnego prądu. Przewracam się na drugi bok, podkładając splecione dłonie pod głowę. Słyszę pochrapywanie Dantego Vale’a i to samo senne warczenie psa. Żadnego światła.
            Nie potrafię zasnąć. W ciemność najgorsza jest bezsenność, bo wtedy zaczynają przychodzić myśli, niepotrzebne, głupie, które wymykają się spod kontroli i sprawiają, że zaczynasz poddawać się jakimś ideom. Zaczynasz myśleć, jak to jest, gdy nie ma Monroe. Gdy nie ma się wypalonej blizny na nadgarstku. Gdy nigdy nie gaśnie światło. Zamykam oczy, ale natrętne myśli – a czasem marzenia – nie chcą odejść. Jaki byłby świat bez Monroe’a? Jaki byłby świat, gdyby prąd nigdy nie zniknął? Kim byłabym ja i kim byłby Dante Vale w tym innym, lepszym świecie? I pojawia się też ostatnie, chociaż sama nie wierzę, że wkrada się coś tak absurdalnego, czego nie potrafię wyrzucić z głowy – jaki byłby świat, który wywalczyliby rebelianci?

____________
Nowy szablon :) Żeby już poczuć zimę :)

            

22 kwietnia 2014

Burza cz.4: Dante Vale (Huntik/Revolution, Zhante)




         Być może natura obdarowała Dantego Vale’a jakąś dziwną charyzmą, skoro tylu ludzi za nim szło i swego rodzaju odwagą, która coraz częściej zdawała mi się być brawurą, ale zdecydowanie poskąpiła mu podejrzliwości. Już po kilku godzinach w jego towarzystwie stwierdziłam, że jest ufny jak dziecko.
         Na dodatek - sama w to nie wierzę - proponuje mi swoją pomoc, nie zainteresowawszy się ani moimi zamiarami, ani przeszłością. Chciał rozmawiać, mówił o sobie i pytał, jakby naprawdę chciał wiedzieć. Kiedy nerwowo przygryzałam wargę, bo zwyczajnie nie wiedziałam, co mówić, on taktownie kiwał głową, jakby chciał uszanować moją prywatność.
         - Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.
         Sama nie wiem, czy jest na tylu głupi, by nie sprawdzać nowo poznanych ludzi, czy może na tyle podstępny, że już przejrzał moją grę i celowo prowadzi mnie do swojej bazy, by wyciągnąć informacje. Wzdrygam się lekko na samo wspomnienie przesłuchań, których świadkiem byłam w czasie swojej służby w Milicji. Pamiętam, jak bezlitośni oprawcy szurali ostrzami po ciałach skatowanych ofiar, zadając ten sam nudny zestaw pytań. Kto, dlaczego, jak, kiedy, z kim, gdzie szukać. A potem kulka, ale to rzadko, bo naboje są na wagę złota. Istnieją bardziej opłacalne metody, jak topienie.
         - Dlaczego? – spytałam kiedyś starszego przełożonego, nie rozumiejąc okrucieństwa przesłuchujących. Chyba Klausa. To on przyjął mnie i nauczył, jak poruszać się w bezwzględnym świecie Milicji. Z kim rozmawiać, jak chodzić, co mówić, żeby wreszcie zaczęto mnie szanować.
         Spojrzał na mnie i pokiwał głową.
         - Zasłużyli, Zhalio. To samozwańcy, którzy niszczą nasz porządek – odparł cicho.
         Taka odpowiedź całkowicie mi wystarczyło. My, Milicja pod przywództwem Sebastiana Monroe, stworzyliśmy ułożony, sprawiedliwy świat. Wystarczyło się tylko dostosować. Ich wolność, ich ideały, ich prawdy wydawały mi się wtedy idiotyzmami głupich buntowników.
         Nasz porządek. Jak bardzo wierzyłam w ten nasz porządek! Później stał się wyłącznie czymś dotyczącym Milicji w czarnych mundurach. Zdaję się, że teraz znów jestem jego częścią. Przywracam ład, by samozwańcy tacy jak Dante Vale nie burzyli świata, który już powoli zaczyna funkcjonować w jakimś – wymuszonym strachem, ale wciąż – pokoju.
         - Dobrze, że cię spotkałem – uśmiecha się, gdy coraz bardziej kierujemy się na zachód. – Wyszedłem tylko na polowanie, a chyba uchroniłem sarenkę przed innymi myśliwymi.
         Zdążyłam się zorientować, że szuka jakiegoś kontaktu ze mną. Doceniam to, ale wcale nie potrzebuję prowadzonej na siłę konwersacji. Zresztą, sama też bym sobie poradziła, nawet z przestrzeloną nogą.
         - Ale niczego nie upolowałeś – zauważam od niechcenia.
         - Słuszna uwaga – błyska zębami w szerokim uśmiechu. – Trudno.
         Im dłużej idziemy, tym bardziej dokucza mi zraniona noga. Stanowczo odmówiłam, żeby mnie niósł. Gdybym czymkolwiek się zdradziła, nie mogłabym uciec, skoro trzymałby mnie w ramionach. Nie mogłam zacząć od przegranej pozycji. Mimo moich najszczerszych chęci, ból zwyciężył i kulałam.
         - Może jednak ci pomogę? – Dante Vale zbliżył się do mnie i wyciągnął ramię, by mnie przygarnąć. Wystarczyło, żebym odskoczyła, a już zatrzymał się w pół ruchu.
         - Dam radę – odpowiadam hardo.
         Pokazanie własnej siły ma jeszcze jeden cel – rebeliancki nie szukają słabeuszy, ale ludzi twardych i mężnych, których nie złamie byle rana. Chcę mu zaimponować, by w końcu, gdy całkowicie go do siebie przekonam – co może nie być takie trudne – zaproponował mi miejsce w swoim oddziale. A gdy będzie po wszystkim, wrócę do mojej normalności.
         Przez bandaż powoli zaczyna przedzierać się czerwona maź. Nigdy nie lubiłam widoku krwi, a zwłaszcza  s w o j e j  krwi. Ludzie, którzy na nią patrzą, mają w oczach albo obrzydzenie, albo iskry psychopatów. I należy zaznaczyć, że w Milicji szalenie częste jest to drugie.
         - Słuchaj, cenię twoją niezależność, ale... – zaczyna z niemal namacalną troską w głosie.
         - Nie! – ucinam.
         Dante unosi ręce.
         - W porządku, Zosiu-Samosiu.
         Unoszę brwi, ale nie odwzajemniam uśmiechu. Nie wiem, kto z naszej dwójki jest dziwniejszy. Walnięta baba z Milicji z zadaniem wytropienia oddziału buntowników czy głupiutki „rebeliancik” z kuszą, który lata po lasach i ratuje damy z opresji. Po raz pierwszym w życiu, odkąd dorosłam, jestem damą z opresji i potrzebuję kogokolwiek, by utrzymać się na powierzchni.
         - Naprawdę sobie poradzę – powtarzam twardo ze swego rodzaju irytacją, ale gdy ponownie wyciąga rękę, wspieram się na nim całym ciężarem i pozwalam, by mnie prowadził. Słabość mnie zwycięża i gdzieś w środku palę się ze wstydu.
         Jednocześnie... Nigdy nie sądziłam, że ciepło cudzego ciała może być tak uspokajające.
         - Potrzebujesz pomocy lekarza – stwierdza poważnie. Kiwam głową, czując, że rana zaczyna piec. Chyba znowu się otworzyła. Chodzenie o własnym siłach nie była najrozsądniejszym wyjściem. – Niedaleko mam... przyjaciół – mrugnął do mnie porozumiewawczo. Rozumiem doskonale.
         Skończony idiota właśnie chce prowadzić zupełnie obcą osobę do rebeliantów!
         Gdybym mogła mieć jakiś kontakt z agentami majora, zlikwidowalibyśmy całą ich komórkę w mniej niż godzinę. Gdyby... Tymczasem piękna okazja przechodzi mi koło nosa. Póki co, muszę czekać na spotkanie z jakimś oddziałem milicyjnym, by przekazać raport przez osoby trzecie.
         - W porządku... Ja nie chcę robić kłopotu – mruczę przez zęby, ale nie mam nic przeciwko, żeby wziął mnie na ręce. Jestem zmęczona; w jednym dniu zdarzyło się więcej niż w przeciągu ostatnich trzech miesięcy mojego nudnego życia. Jeszcze rano rozmawiałam z Meggie...
         Właśnie, Meggie. Odkąd odeszłam z Milicji była jedyną osobą, o której myślałam. Budziłam się rano i najpierw zastanawiałam się, czy znowu nie zalewa się łzami, szlochając za zaginionymi synami. Pilnowałam jej, a ona dbała o mnie. Teraz ją zostawiłam. Straciła Bena i straciła Danny’ego – kochanka i przybranego syna. Charlie, dla której była macochą, nigdy nie była wsparciem dla nikogo. Serce mi się ściska, gdy myślę o Meggie. Nie wyobrażam sobie, żeby wzięła teraz sprawy w swoje ręce...
         Zagryzam wargi i obiecuję sobie, że gdy załatwię sprawę Dantego Vale’a wrócę do niej i ułożymy sobie życie od nowa.
         - Nie robisz kłopotu! – kręci głową, wciąż niosąc mnie przez las. Przez chwilę nie wiem o czym mówi, zatopiona we własnych zmartwieniach. Twarz ma lekko spoconą, ale nie zdradza się sapaniem ani westchnieniami.
         - Wszystkich tak ratujesz? – pytam trochę szorstko, co na pewno nie działa z korzyścią na moje zadanie. Powinnam być wdzięczna – tak zareagowałaby normalna osoba. Ja chyba nie jestem normalna. Spogląda na mnie ze zdziwieniem. Z jego perspektywy wyglądam pewnie jak tonący, który konsekwentnie odrzuca koło ratunkowe.
         – Jeśli ktoś potrzebuje... Pomagam – odpowiada z rozbrajającą prostatą. - Tylko razem przetrwamy, rozumiesz? Rebelianci muszą się umacniać wzajemnie, pomagać sobie... By w końcu obalić Sebastiana Monroe’a.
         Mówi z takim przekonaniem, że jestem gotowa złamać przysięgę daną majorowi i iść za nim na koniec świata. Skoro potrafi mówić o swoich ideałach z takim uwielbieniem, znaczy, że naprawdę w nie wierzy. Ludzie potrzebują kogoś takiego na przywódcę. Gdzieś z tyłu głowy plącze mi się myśl, że może rzeczywiście stanowi realne zagrożenia dla obecnego porządku.
         - Dlaczego z nimi jesteś? – pytam cichutko. Mija chwila, zanim gryzę się w język. Nie ma już „oni – rebelianci”, jesteśmy „my”. On i ja w słusznej sprawie. Chyba mam dziś szczęście, bo wcale nie zwraca uwagi na moje pytanie, tylko od razu odpowiada:
         - Pewnie z tego samego powodu co ty.
         Też chce rozszyfrować szajkę postrzelonych napaleńców biegających z kuszami po lasach i napadających na małe oddziały Milicji?
         - Mam dość tego syfu – przyznaje cicho. Patrzy w przód niewidzących spojrzeniem, zamyślony i smutny. Mam wrażenie, że zaraz potknie się o gałąź i oboje runiemy na ziemie. – Chciałbym móc żyć... godnie. Być równy Milicjantowi i rolnikowi. Chciałbym spać spokojnie w normalnym społeczeństwie. Tak jak dawniej.
         Zaczynam się zastanawiać, ile może mieć lat. Przez brodę wygląda na dużo starszego i poważniejszego. Może trzydzieści? Jest niewiele starszy ode mnie.
         - Nie możesz pamiętać jak było dawniej – protestuje, kręcąc głową.
         - Pamiętam – odparł szczerze. – Pamiętam, że nie musiałem się bać, że oddział Milicjantów mnie ucapi tylko za nieoddanie danin w terminach.
         Nie odzywamy się do siebie przez dłuższy czas. Kładę głowę na jego piersi i słyszę, jak wzdycha z rozbawieniem. Tak, jestem słaba i potrzebuję silnego przewodnika, niech tak myśli. Z raportów wiedziałam, że zawsze wyciągał rękę do szpiegów, przyjmując do oddziału i pomagając się zaaklimatyzować. Inna sprawa, że większość demaskował błyskawicznie, a jedynie połowa zdołała wrócić, reszta przepadła bez śladu. Żaden z nich nie miał tak silnej motywacji jak ja.
         Poza tym, niektórzy donosiciele opisywali go jako opiekuńczego i ciepłego. Cicho liczę, że teraz mnie weźmie pod swoje skrzydła i poprowadzi prosto do bazy Rebeliantów.
         - Miałam brata – mruczę po dłuższej chwili. – Zabrali go i przeszkolili na Milicjanta... W tych ich cholernych szkołach... – jąkam się i tworzę nieskładną opowieść, ale on – zamiast dostrzec moje krętactwo – mocniej mnie tuli, jakby spowiadała się z najcięższej przeszłości. – Próbowałam go odbić, ale nic... Więcej go nie widziałam. I to dla niego walczę... Żeby nikogo już nie zabrali.
         - Wywalczymy to – obiecuje Dante, przejęty głupią opowiastką. – Obalimy Sebastiana Monroe’a, a potem przywrócimy energię.
         Niewydarzony głupek, myślę, ale uśmiecham się szeroko i trochę sztucznie. Myśl o energii wydaje się być tak szalona, że żaden zwyczajny człowiek nawet nie zastanawia się, czy kiedykolwiek jeszcze się pojawi. Przez kilka miesięcy po zaciemnieniu mówiliśmy, że to przejściowe, że wkrótce minie – z czasem zrozumieliśmy, że to jedynie czcze gadanie.
         Mimo to, kiwam głową, wciąż się uśmiechając.
____________________________

28 grudnia 2013

Burza cz.3: Rebeliant (Huntik/Revolution, Zhante)


         Jesteśmy niedaleko jeziora, w którym utopiłam pierścionek z niebieskim kwiatkiem. Dostałam go od opiekunki w sierocińcu, jeszcze gdy byłam bardzo małym dzieckiem. Mogłam mieć... może pięć lat? Gdy odeszłam z Milicji, musiałam zerwać ze wszystkim, co było wcześniej. Zerwałam także z dzieciństwem, musiałam się wyzbyć wszystkiego, co było częścią tamtej Zhalii Moon. Żeby zapomnieć, żeby odzyskać moje człowieczeństwo. Żebym znów wzdrygała się na widok rozszarpanego ciała.
         Z każdym obrotem koła jestem coraz bardziej nerwowa. Zupełnie jakbym straciła swoją profesjonalność i doświadczenie. Podobno dawniej byłam naprawdę dobrą aktorką i potrafiłam przekonać każdego. Teraz nawet Danny, który od zawsze ignorował i błędnie odczytywał ludzkie emocji, widzi, że coś się dzieje.
         Splatam i rozplatam palce, rozdrapuje skórki, cmokam – jestem jak cholerny kłębek nerwów.
         Na próżno staram się skupić myśli na czymś innym niż moim zadaniu, ale każdy temat wydaje się teraz mniej ważny. Myślę o Maggie i o tym, jak bardzo się teraz zamartwia i tęskni za Benem, myślę o moim pokoiku i rzeczach, które mieszkańcy już sobie zawłaszczyli. Nie byłam szczególnie lubiana i nie przywiązałam się do nikogo, pewnie trochę się dziwili, czego może chcieć ode mnie Milicja, ale szybko zapomnieli. Myślę o głupiej Charlie i o tym, co zamierza teraz zrobić.
          Uparcie wbijam wzrok w pozdzierane czuby butów, nie chcę nawiązać kontaktu z nikim, a wiem, że Danny od czasu do czasu zerka na mnie i bardzo chce coś powiedzieć, ale chyba się mnie boi. Potrzebuję swojej samotności, a nie czczej rozmowy.
         Kiedy przyjdzie czas, dostanę sygnał. Mam pół minuty na ucieczkę, będą do mnie strzelać i mnie gonić, będę kolejnym celem. Jeśli wtedy dostanę strzał, całe moje zadanie wezmą diabli. Potem muszę się do nich dostać, przekonać, żeby wzięli za swoją.
         „Zhalia Moon. Lat 28. Schwytany Rebeliant z Oddziału St. Diany stacjonującej niedaleko granicy z Federacją Georgii. Zaaresztowana za posiadanie broni palnej” – legenda nie brzmi wiarygodnie, ale musi wystarczyć, przynajmniej na wsiąknięcie do ich bandy. Z czasem wymyślę coś lepszego, dojdą szczegóły i będę mogła czuć się trochę bezpieczniej.
         - Zhalia – Danny wreszcie się odzywa.
         Unoszę wzrok i widzę jego zatroskaną, dziecięcą twarz. Jest podobny do swojej siostry, Charlie, ale zupełnie inny od ojca, Bena Mathesona. Wnioskuję, że urodę odziedziczył po matce. Mimo, że jest prawie dorosły, wyższy ode mnie, nadal ma delikatną twarz dziecka. Zwłaszcza te czerwone, przekrwione usta i duże, szaro-niebieskie oczy.
         – Coś wymyślę, uciekniemy, obiecuję – mówi cichutko, prawie niesłyszalnym szeptem, jakby bał się, ze któryś z Milicjantów przejmie się konspiracyjnymi planami. Uśmiecham się mimowolnie. Głupiutki dzieciaku. Milicji nie da się uciec. Chyba, że ci na to pozwolą albo jesteś Dante Vale’m. Rozbawiona mrużę oczy, ale nie gaszę jego buntu, nie widzę sensu.
         Kiwam tylko głową i już mam powiedzieć, że już niczego się nie boję, gdy nagle krzyżuję spojrzenie z majorem Neville’m.
         Delikatnie unosi głowę, a to oznacza, że między drzewami zamajaczył mu jeden z Rebeliantów albo po prostu uznał, że nadszedł stosowny moment. Potrzebuję ćwierć sekundy dla samej siebie, oddycham tak, jakbym po raz ostatni miała styczność z powietrzem i już, jestem gotowa.
         Teraz! Trzydzieści sekund.
         Napinam wszystkie mięśnie i odwracam się przodem do brzegu wozu. Raz. Nabieram powietrza w płuca i zaraz znów wypuszczam je ze świstem. To trochę tak, jakbym zapomniała jak się oddycha. Dwa. Wóz podskakuje na kamieniu. Milicjanci patrzą na mnie podejrzliwie, ale chyba uznają, że zemdliło mnie od nierównej drogi i kiepskiego jedzenia. Trzy. Nie będzie odwrotu, nie mogę sobie pozwolić na choćby moment zawahania.
         Skaczę.
         Przez ułamek sekundy jestem w locie, unoszę się ponad wszystkim, jestem absolutnie wolna od Milicji i od Sebastiana Monroe’a, nawet od samej siebie. Lecę i nic mnie nie zatrzymuje do chwili, w której ląduje w wilgotnym rowie. Koziołkuję i boleśnie obijam sobie kolana. Zaraz zrywam się na równe nogi i biegnę w las.
         Słyszę za sobą krzyki, ale nie mam czasu się obejrzeć. Żołnierze są w pierwszej chwili zdumieni, zaraz potem dociera do nich, że próbuje uciec. Pada pierwszy strzał, trafia w drzewo zaledwie pół metra od mojej głowy. Nie mam czasu nawet myśleć, ale przez głowę i tak przelatuje mi satysfakcja, że marnują kulę na kogoś takiego jak ja.
         Kule są teraz cholernie cenne, warte naprawdę wiele. Każda zmarnowana jest jak wyrzucony chleb w godzinie największe głodu. Niejedna śmignęła koło mojej głowy, a jednak jeszcze jakoś żyje, serce wciąż pompuje krew. Jak długo?
          Szybciej! Potykam się o korzenie, a skrępowane ręce tylko przeszkadzają w biegu. Zaczyna mi brakować oddechu, a za sobą słyszę rżenie koni, ruszyli w pościg. Zyskałam kilka sekund na zaskoczeniu, ale teraz dogonią mnie w mgnieniu oka.
         I wtedy czuję piorunujący ból w nodze. Upadam, lecę wprost w błotnista kałużę i jakieś zielsko, prawie wyję. Zaciskam pięści, usiłuję się podnieść, ale łokcie ślizgają mi się na błocie. Klnę pod nosem w każdym znanym mi języku, łapię się gałęzi i wstaję.
         Kulka tylko mnie drasnęła, tyle szczęścia.
         Teraz mój bieg przypomina jakieś niezdarne podskoki, kuleję i co chwila tracę oddech, przyćmiona bólem. Jęczę, chrypię, warczę jak dzikie, zranione zwierzę. Milicja siedzi mi na ogonie i wiem, że nie ucieknę daleko. Prawie upadam.
         Nagle czyjeś ramiona łapią mnie i przyciągają do siebie tak mocno, że nie mam szans uciec. Próbuję się wyrwać, ale kimkolwiek jest napastnik, jest silniejszy ode mnie i nie mam możliwości wydostania się z żelaznego uścisku. Próbuję gryźć, kopię jedną nogą, ale on uparcie trzyma.
         - Uspokój się – szepcze mi koło ucha. – Jestem przyjacielem.
         No akurat, uważaj, bo uwierzę. A jednak, nie mam wyjścia, przestaję się rzucać. Chyba nie zamierza poderżnąć mi gardła, a szarpanina moje zwrócić uwagę Milicji. Nie mogę zobaczyć jego twarzy, ale mam nadzieję, że to nie jeden z grasujących po bezludnych terenach przestępców. Szczególnie dużo było ich zaraz po zaciemnieniu, wtedy, gdy ludzie uciekali z miast do spokojniejszych rejonów. Napadali, grabili, gwałcili i mordowali. Prawo dżungli, zwycięża silniejszy.
         Szłam do miejsca, gdzie organizowały się początkowe wojska. Nie wiem, czego tam szukałam, przecież nie zamierzałam dołączyć do formującej się dopiero Milicji. Miałam trzynaście lat i dwie brudne lalki w plecaku zamiast broni, a w sercu wyłącznie strach. Spotkałam czwórkę przyjaciół, zmierzali w odwrotnym kierunku niż ja, a jednak – wzruszeni albo moim wiekiem, albo bezbronnością – przygarnęli mnie, dali jeść i pozwolili odpocząć. Nocowaliśmy w lesie. Obudziły mnie czyjeś kroki, usłyszane z daleka. Wpełzłam w wysokie pokrzywy, parzyły niemiłosiernie, ale byłam niewidoczna i chyba tylko to uratowało mi życie.
         Najwidoczniej była to jedna z takich band. Zabrali wszystko, a przede wszystkim żywność. Gdy ludzie są głodni, działają nierozważnie i nie tyczy się to jedynie mężczyzn. Poderżnęli gardło i zostawili, ku uciesze leśnej zwierzyny i much. Zniknęłam stamtąd, przerażona i skrzywdzona.
         Mój wybawca i napastnik, sama nie wiem, jakie są jego zamiast, naciska na mnie i zmusza, żebym przykucnęła, wpycha w krzaki malin. Cudownie. Czuję gryzące liście na całej skórze, drapiące kolce. Coś musnęło przed chwilą moją łydkę. Mam nadzieję, że to tylko robak. Nawet oddech wydaje się teraz głośny i może zwrócić uwagę Milicji.
         - Gdzie jest ta suka? – pokrzykuje ze złością jeden z Milicjantów. Przez szczeliny między gałązkami doskonale widzę ich mundury i prychające konie. Jestem niewidoczna, skryta za gąszczem, a oni najwidoczniej nie są aż tak przejęci zadaniem, by szczególnie mnie szukać.
         - Wracajcie – słyszę głos majora i wiem, że ratuje mi skórę.
         Prędzej czy później dostrzegliby moje ubrania. Dla naszej wspólnej korzyści woli, żeby nie szukali mnie szczególnie intensywnie. Słyszę jeszcze, że zawracają konie i odjeżdżają. Dopiero wtedy pozwalam sobie odetchnąć z ulgą, ale zamiast tego wychodzi mi kwik pełen bólu.
         - Nieźle oberwałaś – przemawia cicho nieznajomy i powoli wstaję, odciążając moje ciało. Dopiero teraz orientuje się, że ma niski, poważny głos, a wiec najpewniej jest już dorosłym mężczyzną. – Możesz wstać?
         Niepewnie odwracam się przodem do niego, syczę z bólu, a jednak udaje mi się usiąść i spojrzeć mu prosto w twarz.
         Trzydzieści lat, pewnie coś koło tego, ale nie mogę być pewna, bo przez brodę każdy wygląda starzej niż jest w rzeczywistości. Nosi śmieszny, żółty płaszcz, tyleż dziwaczny, co niepraktyczny, bo rzuca się w oczy. Na ramieniu nosi cos na kształt kuszy, jakąś lichą broń, nie jestem w stanie ocenić. Podejrzewam, że to jeden z narzędzi powstałych w myśl zasady „potrzeba matką wynalazku”. Gdy odcięto nas od prądu, nauczyliśmy się robić wszystko ze wszystkiego.
         Ma ciemne, kasztanowe włosy, niepraktyczne, bo zbyt krótkie, by je związać, ale dość długie, by opadały na twarz i wpadały do oczu. Ma wysokie, mądre czoło i łagodną linię warg.
         Trwa to chwilę, ułamki sekundy, a jednak na moment nasze oczy się spotykają. Moje, wilgotne, błyszczące od bólu, zmarszczone i smutne, ciemne. I jego piwne. Właściwie nie, nie potrafię powiedzieć, jakiego koloru ma oczy. W świetle słońca przypominają płynny miód, są złote i... szlachetne. A więc w świecie, gdzie mordujemy, by przeżyć, pozostał jeszcze ktoś o świeżym, szlachetnym spojrzeniu, czystych oczach.
         Staram się zapamiętać jak najwięcej, by później wielokrotnie móc odtwarzać w pamięci jego twarz. To taki nawyk, którego nabrałam służąc w Milicji.  W ten sposób z łatwością mogłam odszukać każdego, kto wydał mi się podejrzany i wydać stosowne polecania przy tworzeniu jego portery pamięciowego.
         - Co zrobiłaś Milicji? – pyta i klęka przede mną, dotykając draśniętej nogi. Rozdziera już i tak podarty materiał spodni i przygląda się ranie, a jednocześnie sprawia wrażenie, jakby bał się jej dotknąć brudnymi rękami.
         Potrzebuję chwili, by się otrząsnąć. Nie mogę tracić czasu na użalanie się nad sobą i chociaż noga pali mnie żywym ogniem, muszę się zorientować, jak wygląda sytuacja w okolicy. Gdzie stacjonuje tutejszy garnizon Milicji i czy gdzieś niedaleko jest jakiś oddział Rebeliantów, z którymi mogłabym nawiązać kontakt na samym początku, by jakoś dotrzeć do Dantego Vale’a. Nie mam czasu zadawać się z jakimś kłusownikiem, bo tym prawdopodobnie zajmuje się ten mężczyzna, nawet jeśli uratował mi życie.
         - Nie chcesz, to nie mów.
         Próbuje się podnieść, ale powstrzymuje mnie, kładąc rękę na udzie. Odruchowo się wzdrygam i próbuję zabrać nogę. Nienawidzę, gdy skóra dotyka skóry. Jedynie Maggie ma prawo mnie dotknąć znienacka, nikt więcej.
         - Dziękuję – mówię chłodno i ponownie zbieram się do podniesienia. – Mam u ciebie dług.
         - Nieważne – kręci głową rezolutnie, choć pewnie zdaje sobie sprawę, że Milicja nie jest szczególnie miła dla tych, którzy wspierają uciekinierów. – Najchętniej ukatrupiłbym cholerne psy.
         Unoszę brwi. Mimo, że zerwałam z Milicją, nadal reaguje podejrzliwie, gdy ktoś buntuje się przeciw jedynej słusznej władzy. Wygłaszanie takich opinii jest tak samo ryzykowne, jak głupie. Nikt nie lubi wrogów państwa.
         - Naprawdę nieźle sobie poradziłaś – mówi dalej spokojnie. Wyciąga z workowatego, ciemnego plecaka wodę i polewa moją nogę. Syczę, zaciskam zęby, bo okazuje się, że najwidoczniej zamierza odkazić moją ranę. – Nie każdemu udaje się uciec Milicji – dodaje z uśmiechem uznania. Też bym nie dała rady, gdyby major Neville mnie dałby mi pozwolenia.
         - Miałam dać się zaszczuć?
         Spogląda na mnie i widzę, że zastanawia się, kim jestem i za co zostałam pojmana. Pewnie widzi zabiedzoną, wychudzoną kobietę ze smutną, poszarzałą twarzą. Bardzo możliwe, że budzę jego litość. Sprawia wrażenie porządnego człowieka.
         - Nie kochasz Milicji, co? – uśmiecha się ze zrozumieniem, a ja staję się czujna i pozwalam, żeby owinął moją nogę jakimś bandażem. Albo trafiłam na kapusia albo na Rebelianta, właściwie sama nie wiem, która z możliwości jest bardziej prawdopodobna.
         Majstruje przy zamku, a po chwili uwalnia moje ręce, a kajdanki chowa do plecaka. Rozcieram otartą skórę, masuje nadgarstki.
         - A znasz kogoś, kto kocha? – odpowiadam ostrożnie. To jedna z tych odpowiedzi, która nie daje rozmówcy pełnego obrazu, po której stronie jestem. Zawsze z boku, zawsze bezpiecznie, zawsze pomiędzy, lojalna tylko sobie.
         - Nie – przyznaje szczerze. – Cholerni tchórze tłamszą słabszych.
         Nic nie odpowiadam, ale w duchu unoszę brwi. Czyżbym trafiła na jakiegoś obrońcę ludzkości, takiego, którzy w pożarze zamiast ratować swoją skórę wyprowadzałby słabych i bezbronnych i rzucałby się w ogień po kwilące dzieci?
         - To, wracając, co na ciebie mają?
         - Zalazłam za skórę Sebastianowi Monroe’a i jego pieprzonemu systemowi – mówię pierwszą bzdurę, która przyjdzie mi do głowy, a on uśmiecha się, zupełnie jakbym zyskała w jego oczach. Jakiś buntownik czy co? Jestem coraz pewniejsza, że mam styczność z przedstawicielem samozwańców zwanych górnolotnie Rebeliantami.

         - Nie ty jedna – stwierdza pojednawczo. – A tak w ogóle, jestem Dante Vale.