Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serca Lód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serca Lód. Pokaż wszystkie posty

3 maja 2018

Serca Lód cz.5: A czas upływa... (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)



`          Jack Mróz wpadł jak burza do kwatery głównej świętego Mikołaja. Po drodze zaliczył bliskie spotkanie z Yeti, niosącym karton czerwonych wyścigówek do zapakowania na gwiazdkowe prezenty dla dzieci. Nawet sie nie obejrzał, gdy wściekły stwór wygrażał mu włochatą pięścią. Zaraz zanim pomknął Zając Wielkanocny, rozdeptując wielkimi łapami samochodziki. Yeti aż huknął.
- Przepraszam najmocniej, pilna sprawa - zaszczebiotała Zębowa Wróżka, lecąca tuż za dwójką Strażników. - Oni naprawdę bardzo się spieszą - uśmiechnęła się słodko, ukazając rzędy ostrych, bialutkich kłów.
Yeti zaryczał z goryczą.
- Jestem pewna, że Mikołaj doceni, że pracujesz po godzinach - Wróżka energicznie pokiwała głową. - Do Gwiazdki zdążysz zrobić nowe auta, jestem przekona! - dorzuciła jeszcze, frunąc w kierunku gabinetu szefa.
Jeszcze przez drzwi usłyszałą przekrzykujących się Jacka i Zająca. Przewróciła oczami i wślizgnęła sie do środka.
Święty Mikołaj, ze swoją wielką, siwą brodą i jeszcze większym brzuchem, siedział za biurkiem zawalonym kulami śniegowymi, miniaturowymi choinkami i prototypami nowych zabawek dla dzieci. Słuchał ze zmarszczonymi brwiami, próbując wywnioskowac cokolwiek ze słów Jacka.
Piaskowy Dziadek przydreptał do Wróżka i bezradnie rozłożył ręce. Złoty pył nad jego głową uformował się w falujący znak zapytania. Zębuszka posłała mu wymowne spojrzenie.
 - Wiem tyle co ty - szepnęła.
 Tymczasem między Zającem a Jackiem wrzało coraz bardziej.
 - Ona tam jest! Jest taka jak ja!
 - Wróćmy może do punktu wyjścia, bo Śniężyca w Wielkanoc…
 - Ona tam jest! Elsa! Muszę sie dowiedzieć wiecej, muszę tam wracać…
 - Kręcisz jak zwykle, jak zwykle…
 - Przecież od tego jesteśmy, żeby chronic dzieci! Obiecałem jej!
 - Obiecałeś nie robić głupich numerów!
 - Muszę tam wrócić, a wy mnie ciągniecie na cholerny biegun!
 - Licz sie ze słowami, chce z tobą rozwiązać sprawę tego śniegu, honorowo, po męsku!
 Mikołaj wstał tak gwałtownie, że biurko aż zadrżało. W całym gabinecie zapanowała śmiertelna cisza. Siwy wbił przenikliwe, zimne spojrzenie w Jacka.
 - Księżyc - zaczął powoli. - Uczynił nas straznikami nie tylko dlatego, żebyśmy nieśli dzieciom radosć, abysmy je chronili i abyśmy dla nich działali, ale także dlatego, że mamy otwarte umysły. Potrafimy rozumieć w sposób najprostszy i najpiekniejszy, a uczymy się tego właśnie od dzieci.
 - Do rzeczy - sapnął Jack.
 - Mówicie o innym świecie. I chociaż to nadzwyczajnie, nadnaturalne, to wiem, że wystarczy uwierzyć, tak, jak dzieci wierzą w nas, choć możemy się wydawać poza pojmowaniem rozumu - ciągnął powoli.
 - Czyli rozumiesz, że muszę tam wrócić! - ryknął Jack. Zając i Zębuszka zaciągnęli go tu niemalże siłą, żeby wspólnie przedyskutować sprawę tajemniczego przejścia. Instynktownie czuł, że powinien sie spieszyć do małej Elsy. - Idę, dość masz gatki z wami!
 - Musisz zapłacić za rozpętanie śnieżycy…! - spróbował ostatni raz Zająć, ale Jacka już nie było. - Nie ujdzie ci to płazem!
 - Mikołaju, ty wiesz, co to było za przejście? - spytała z powagą Zębuszka.
 - Nie mam pojęcia - odparł. - Ale wiesz, nauczyłem sie mu ufac przez te wszystkie lata - wytłumaczył, patrząc w niebo, w poszukiwaniu Księzyca.
 - Ta, dobrą gadkę Jackowi sprzedałeś - burknął Zając. - Teraz zajmuje sie Bóg wie czym, a moje jajka zamarzają w śniegu!
 - Mówił, że spotkał dziewczynkę taką samą, jak on - przypomniała Wróżka. - Myślisz, że to kolejna strażniczka?
 Mikołaj spojrzał spod siwych, krzaczastych brwi, ale niczego nie powiedział.

23 lipca 2015

Serca Lód cz.5: Wina Elsy (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

            - Przecież mamy dbać o dziecięce marzenia! – oburzył się Jack, gdy Zając chwycił go mocno i zarządził, że pójdą z tym do Świętego Mikołaja. – Obiecał Elsie, że się spotkamy! Puszczaj mnie, zarośnięty króliku!
            - Jack, nie wiemy, co tam może być… - próbowała zaoponować Wróżka. – Nie przyszło ci do głowy, że to niebezpieczne? Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim…
            - I ty przeciwko mnie?!
            - Próbuję być rozsądna! – zatrzepotała ze złością skrzydełkami i okrążyła głowę Jacka. – Powinnam teraz zajmować się ząbkami dzieci, a nie tobą!
            - Kto wam w ogóle kazał się wtrącać?! – Jack szarpnął się mocno i odepchnął Zająca Wielkanocnego. – Pryskam. Nara – rzucił przez ramię i, zanim silna łapa Zająca go dopadła, zniknął w przejściu.
            - Zaczekaj, Jack! – krzyknęła Wróżka Zębuszka. – Sterczymy tu jak głupi, a on pojawia się i znika! – westchnęła z pretensją. – Przecież on mnie kiedyś wykończy.
            - Prędzej mnie szlag trafi – dodał Zając z zachmurzoną miną. Zapatrzył się w przejście; zielona kraina, o której mówił Jack naprawdę go kusiła, ale przecież była Wielkanoc – a on miał swoje obowiązki. Nie zamierzał zachowywać się jak Jack Mróz i olewać wszystko dla własnej zachcianki.
            - Mikołaj? – spytała cierpko Wróżka.
            - Mikołaj – przytaknął Zając Wielkanocny.
*
            Jack Mróz uderzył z hukiem o twardą ziemię polany. Potrzebował chwili, zanim obraz przed oczami przestał się trząść. Rozejrzał się z niepokojem po lesie. Ostatnim razem było tu… jaśniej i cieplej. Niebo było ciemne i burzowe, zwiastowało koszmarny czas. Było mroczne. Mroczne w ten straszny, niebezpieczny sposób, który Jack już kiedyś widział. Potrząsnął głową, odganiając głupie myśli.
            Noc była ponura. Jack zarzucił kaptur na głowę i szedł przez ciemny las, postukując laską o korzenie drzew. Powietrze było dziwnie chłodne, nawet wysłużona, za duża bluza nie chroniła go przed powiewami lodowatego wiatru. Coś było nie tak!
            Wietrzne, chłodne miejsce zdecydowanie nie przypominało zielonej krainy, którą zapamiętał z ostatniej wizyty. Paskudna noc. 
            Pałac stał na wzgórzu. Strzeliste wieże sięgały ciężkim, poszarpanym chmurom. Na placu nie było żywej duszy – ani służących, ani dziewczynek. Nawet fontanna nie działała. Jack chwycił mocniej swoją laską i wzbił się w powietrze, podlatując do najniższej wieży. Zajrzał do środka. W szerokim pomieszczeniu krzątało się kilka starszych kobiet. Gotowały; Jack prawie przylepił nos do szyby, wpatrując się w parujący, gęsty barszcz w kotle.
            Jedna z kucharek krzyknęła z przerażeniem na widok chłopca lewitującego w powietrzu. Złapała się za serce i gapiła się na niego, piszcząc ze zdumienia. Jack pomachał się na pożegnanie i podleciał wyżej.
            Pusty pokój, zbrojownia, więcej pustych pokoi, galeria porterów (Poprzedni władcy byli naprawdę paskudni, pomyślał z niesmakiem). Okrążył wieżę i podleciał do kolejnej. Wszystkie okna były zamknięte. W jednym z pomieszczeń dostrzegł zamieszanie i znajomą, rudą czuprynę. Dopadł do szyby.
            Mała Ania spała w ogromnym łóżku na stosie poduszek, a przy niej czuwało dwoje ludzi – wysoki, brodaty mężczyzna i zgarbiona, smutna kobieta. Jack zgadywał, że to rodzice jego przyjaciółek – król i królowa. Pochylali się nad córką i głaskali ją z tak wielką troską, że Jack zaczął się martwić, czy Anka aby nie jest chora.
            Elsy nigdzie nie było widać.
            Wzbił się wyżej i znalazł ją we wschodniej komnacie. Siedziała na parapecie z podkulonymi nogami, zawinięta w puchaty koc i wpatrywała się zapuchniętymi, załzawionymi oczami w tarczę księżyca.
            Jackowi ścisnęła się serce.
            - Elsa! Elsa! – uderzył pięścią w ścianę.
            Ukryła twarz w ramionach i zachlipała żałośnie.
            - To moja wina! Moja wina!
            Jack zamachał laską.
            - Co jest niby twoją winą! Elsa, wpuść mnie! To ja, Jack! Czarodziej! Co tu się wyprawia! – krzyczał, ale dziewczynka zdawała się go nie słyszeć.
            Gdy uniosła główkę i znów spojrzała w niebo, dotarło do niego coś strasznego. Patrzyła niewidzącym, zamglonym spojrzeniem. Nie widziała go. Przestała go widzieć. Nie widziała go!
            Poczuł, że serce zamienia mu się w lodowatą bryłę.
            I nagle, gdy już miał dać jej znak, wyczarować coś na szybie, dostrzegł cień na ścianie pokoju. Plama odznaczała się wyraźnie, nawet w pół mroku widział kształt człowieka. Jack poczuł, że brakuje mu tchu.
            Cień wysunął się na przód i uśmiechnął się szeroko. Jack dobrze pamiętał ten straszny, triumfujący uśmiech. Poczuł, że robi mu się słabo. Mrok.
            Mrok zbliżył się do małej Elsy i  pochylił się nad jej uchem, a po pokoju rozniósł się lodowaty szept:  Przez ciebie Ania prawie umarła…
            Elsa zaniosła się szlochem, a Jack walił pięścią w ścianę, najsilniej jak tylko potrafił.
            - Zostaw ją! Zostaw ją!
            Mrok tylko się roześmiał i machnął ręką. Jack poczuł, że spada. Wypuścił laskę z dłoni i bezwładnie poleciał w dół.
__________________________________________________
Hej, hej :) Kiedy to czytacie, ja pewnie jestem już na wakacjach i wypoczywam :)
Dwa słowa. Ostatnio pisałam gościnny post na bloga ja-i-frozen o tym, jak każdy fan stopniowo wpada w uzależnienie od Krainy Lodu - wspominam o tym teraz, bo rozdział zgadza się tematyką Frozen. Dla mnie była to super sprawa i olbrzymie wyróżnienie, dzięki wielkie, Dziewczyny! Zapraszam Was tam i w ogóle na bloga Dziewczyn, bo jest fantastyczny i warto spojrzeć, zwłaszcza, jeśli uwielbia się Frozen :) Pozdrawiam serdecznie Aley i Veinę!
No, a jak Wam mijają wakacje? 

29 czerwca 2015

Serca Lód cz.4: W kątach czai się Mrok (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

            - Jakie pół minuty? - Jack zerwał się na równe nogi, strzepnął jej dłoń i niespokojnie zakręcił się wokół własnej osi. – Latałem tak prawie cały dzień, nie żadne pół minuty!
            - Gdzieś ty w ogóle był?! – tupnął Zając Wielkanocny. – Jeśli to kolejna kretyńska sztuczka, to…
            - To nie jest żadna sztuczka! – oburzył się Jack. – Przysięgam! Byłem tam!
            - Ale gdzie? – dopytywała się zatroskana Wróżka Zębuszka z niepokojem fruwając dookoła Jacka. Próbowała wyciągnąć cienkie ramionka, by go uspokoić, ale odsunął się rozgniewany.
            - Tam jest zupełnie inaczej!! To rzeczywiście przejście, nie macie pojęcia! Księżyc nam to pokazał, jestem pewien – Jack gorączkowo szukał słów. – Księżyc mi to pokazał – powiedział wreszcie z mocą.
            - Niby dlaczego tobie? – Zając podejrzliwie poruszył długimi wąsami.
            - Tam wszyscy mnie widzą! – wyszeptał.
            - Może po prostu wierzą w Dziadka Mroza? – Zając wzruszył ramionami.
            Wróżka Zębuszka potrząsnęła tęczowym łebkiem i wylądowała na szczycie laski Jacka z bardzo poważną miną.
            - Jack, rozumiemy, jakie to dla ciebie ważne, żeby czuć wiarę dzieci. I bardzo się cieszymy, że  tam wszyscy, nawet dorośli, tak?, cię widzieli.
            - Nie o to chodzi! Ja tam po prostu byłem! Nie jako bajka dla dzieci, ale jako normalny człowiek. I spotkałem kogoś takiego jak ja.
            - Co to niby znaczy? – fuknął Zając.
            Jack uśmiechnął się na wspomnienie dziewczynki z niesamowitą mocą. Była wyjątkowa; tego był absolutnie pewien. Tak mądrego i bystrego dziecka nie spotkał nigdy wcześniej.
            - Elsa potrafi czarować. Tak jak ja.
            Z zadowoleniem obserwował zaskoczenie na twarzach przyjaciół. Wróżka przymknęła oczy i spojrzała z zamyśleniem w tarczę księżyca.
            - Może Księżyc wysłał cię tam specjalnie dla niej?
*
            Księżniczka Elsa czekała na swojego Czarodzieja następnego dnia i jeszcze następnego. Codziennie siadała na dziedzińcu, tuż przy fontannie i wypatrywała. Początkowo towarzyszyła jej Anna, ale mniejsza szybko się znudziła; Czarodziej pojawił się i przepadł, jak przypadkowy gość.
            Ale Elsa zbyt go pokochała, by tak po prostu zapomnieć. Czasem w snach wyobrażała sobie, że coś ją przerasta i że cała zamarza; zawsze wtedy budziła się spocona i przestraszona. Była pewna, że Czarodziej mógłby ją uspokoić, pocieszyć, zrozumieć bardziej niż ktokolwiek inny! Byli tacy sami. Przysięgał, że będą się razem bawić i że nauczy jej wszystkiego, co sam umiał. Po kilku smutnych dniach Elsa się poddała.
            Czarodziej ją porzucił. Odleciał daleko ze swoją sękatą laską.
            Niechętnie czarowała, chociaż Ania wielokrotnie ją prosiła i namawiała. Była zbyt zraniona. Po raz pierwszy w życiu ktoś ją tak po prostu odrzucił.
            Tamtej tragicznej nocy do późna siedziała na okiennym parapecie w cienkiej koszuli nocnej i wpatrywała się w księżyc. Niebo było wyjątkowo jasne; tuż nad horyzontem skrzyła się przepiękna zorza. Gdy przymykała oczy, zdawało się, że widzi nadlatującego Czarodzieja, który pędzi ku niej, wymachuje swoją laską i krzyczy, że już nigdy więcej się nie spóźni. Ale gdy tylko je otwierała, nikogo już nie było.
            Nagle na sąsiednim łóżku coś podskoczyło; Anka się przebudziła i natychmiast poderwała. Z pościeli wynurzyła się ruda główka.
            - Elsa! Zorza!
            - Wracaj do łóżka – odmruknęła z zamyśleniu siostra.
            - Daj spokój, jak wstaje zorza, to ja też muszę! – Ania zeskoczyła z łóżka i przypadła do okna, wpatrując się w niebo jak zaczarowana. – Bo skoro niebo nie śpi, to trzeeeba się bawić! Koniecznie trzeba!
            - To baw się sama! – Elsa ziewnęła.
            - Sama nie ulepię bałwana! – szepnęła i chwyciła siostrę za falbankę koszuli nocnej. Elsa już chciała ją skrzyczeć, lecz napotkała proszący, rozanielony wzrok Ani. Nie miała serca jej odmówić.
            - No… Niech ci będzie!
            Anka roześmiała się z zachwytem, złapała siostrę za rękę i pociągnęła schodami na dół, do największej sali w pałacu, do sali tronowej, gdzie rodzice udzielali audiencji i wysłuchiwali skarg poddanych. Stał tam tylko tron, więc było mnóstwo miejsca do zabawy! Można było zaczarować całą posadzkę w lodowisko!
            - Czary-mary! – zawołała Ania, wbiegając do sali tronowej.
            Elsa stanęła na środku i zakręciła młynka dłońmi. Blask, którym rozbłysły jej dłonie, był tak jasny, że niemal nieprawdziwy. Wyrzuciła ręce w górę, a sufit wybuchnął światłem od lodowych fajerwerków. Śnieg zaczął lekko prószyć; opadał na ziemię powoli i cicho, skrzący i śliczny. Anka skakała w górę, piszcząc z radości. Próbowała złapać na język jak najwięcej płatków. Elsa nawet nie próbowała jej uciszać – jeśli pobudzi całą służbę, trudno! Może i oni przyjdą się pobawić!
            Tupnęła mocno i nagle całą posadzkę pokrył lód. Ania ledwo mogła złapać równowagę; ślizgała się w swoich wełnianych ciapach, raz po raz zanosząc śmiechem. Koniec końców wylądowała w śnieżnej zaspie. Elsa wyobrażała sobie, jak wściekli będą rodzice, gdy jutro zastaną powódź z roztopionego śniegu.
            Nabrała puchu i zaczęła formować ogromną kulę, a później drugą, trochę mniejsza. Trzecia wyszła zupełnie niekształtna, ale stwierdziła, że bałwan powinien mieć ciekawy wyraz twarzy, a nie taki okrągły, tępawy.
            - Cześć, jestem Olaf – powiedziała grubym, gardłowym głosem. Oczy zrobiła mu palcem, tak samo uśmiech – zostały ciemne dziurki. – Trochę brakuje mi ciepła!
            Ania zeskoczyła z zaspy i z piskiem rzuciła się na Elsę i na Olafa.
            - Kocham cię, Olaf!
            To była najlepsza zabawa, jaką kiedykolwiek zrobiły – urządziły wielką bitwę na śnieżki, ślizgały się jak na prawdziwych łyżwach, turlały się z większych zasp. Elsa ledwo dyszała po takim wariactwie.
            Ania wspinała się na coraz to wyższe zaspy. Elsa patrzyła, jak zsuwa się z nich ze śmiechem i pomyślała, że skakanie jest dużo zabawniejsze od jazdy. Cisnęła śniegiem i tuż pod nogami Anki pojawiła się wielka góra. Gdy mała skoczyła, stworzyła następną. Ania popatrzyła na nią z zachwytem – to było najlepsze co do tej pory robiły!
            - Hopla! – krzyczała uradowana. Czuła się tak, jakby naprawdę latała. – Wyżej, wyżej!
            Elsa z przerażeniem zorientowała się, że Anka skacze szybciej i szybciej; już nawet nie patrzyła, czy ma grunt pod nogami. Pędziła w ciemno…
            - Anka, czekaj! – dłonie Elsy drżały niespokojnie. – Wolniej!
            - Dawaj! – wrzasnęła Ania i skoczyła z góry tak wysokiej, że prawie sięgała sufitu. Elsa wpadła w panikę, krzyknęła i rzuciła się, by ratować siostrę. Wełniany bucik poślizgnął się na lodzie i Elsa poleciała, prawie wybijając sobie zęby. Zdążyła podnieść głowę, by zobaczyć, ze Anka leci na łeb, na szyję! Ledwo zdołała wyciągnąć rękę, by zaczarować śnieg i złagodzić upadek małej… I wtedy chybiła; zamiast trafić w posadzkę, uderzyła Anię.
            Anka runęła na podłogę, nieruchoma i ledwo żywa. Elsa wrzasnęła i pobiegła ku niej, przewracając się i potykając na śliskim, ośnieżonym podłożu. Dysząc ciężko, dopadła siostry. Była blada i cicha, taka… taka zimna! Elsa zamarła, z przerażeniem potrząsając drobnym ciałkiem.
            - Anka, Anka! – zawodziła. Nawet nie zwróciła uwagi, że wśród rudej plątaniny włosów siostry pojawił się biały kosmyk. – Mamo! Tato! – ryknęła ze szlochem. – Jack! Czarodzieju! Jack!
            Płakała nad siostrą i krzyczała z przerażenia. Nie umiała powstrzymać strachu; a im bardziej się bała, tym zimniej robiło się w sali. Pociemniało. W kątach czaił się Mrok.
___________________
W piątek skończyłam gimnazjum. Nie macie pojęcia, jaki to był pracowity rok. Pracowite trzy lata. Średnią mam niezłą, wynik egzaminu jako-taki, dokończyłam wszystkie sprawy, wydałam ostatni numer gazety, której byłam redaktorem naczelnym przez ostatnie dwa lata… Zamknęłam jakiś etap. Bardzo dobry etap.
Rozdział miał być wczoraj, ale miałam problemy z internetem :c 

No i wreszcie wakacje! Wyjeżdżam w drugim tygodniu lipca. A jak Wasze plany? Jak odczucia po zakończeniu roku?

21 kwietnia 2015

Serca Lód cz.3: Jack Mróz i księżniczka Elsa (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)


            Elsa cofnęła się dwa kroki, zasłaniając zamarzniętymi palcami usta. Wpatrywała się w srebrnowłosego czarodzieja, gorączkowo próbując wymyślić, co robić: uciekać, krzyczeć czy się tłumaczyć. Wszyscy najbliżsi wiedzieli, że potrafi bawić się lodem, ale ktoś obcy mógł uznać ją za wariatkę albo wiedźmę. Zagryzła mocno wargi.

            - To pobawimy się? – bąknęła Ania. Patrzyła to na czarodzieja, to na siostrę, czując jak atmosfera gęstnieje. Powoli ogarniała ją panika. Było coś onieśmielającego w przestraszonej twarzy Elsy i zdumieniu chłopca. – Bawimy się? Tak czy nie?
            - Anka, nie teraz – Elsa wyprostowała się dumnie. – Przepraszam za ten incydent – powiedziała z największym spokojem, na jaki było ją stać.
            - Incydent? – szepnął czarodziej.
            - Ona ma na myśli czary – wyjaśniła uprzejmie Anna.
            - Myślę, że powinien pan już iść.
            Czarodziej nagle odzyskał rezon. Poderwał się na równe nogi, jakby pchał go wiatr i zakręcił swoją oszronioną laską.
            - Bo co?
            - Bo zawołam straże.
            - Sama sobie nie poradzisz?
            Elsa zacisnęła pięści. Obcy śmiał wyzywać ją na pojedynek!
            - Znikaj stąd, Anka! – syknęła przez zęby. Siostra poznała ten ton: Elsa używała go rzadko, tylko wtedy, gdy coś naprawdę ją rozwścieczyło: kiedy zabrała jej ulubioną lalkę albo rozlała sok marchewkowy na nowe koronki do sukienki. Schowała się na fontanną.
            Elsa machnęła ręką. Nauczy już tego wandala manier! Nic ją nie obchodziła opinia wiedźmy, przeklętej albo wariatki – niech mówią, co chcą. Z ziemi wyrosły olbrzymie sople, które każdego by unieruchomiły, ale tamten był szybszy – poderwał się do lotu, machnął laską i… Elsa poczuła, że z nieba sypią płatki zimnego śniegu.
            Prawie opadła na kolana.
            - Czary! – szepnęła Anka, wybiegając zza fontanny. – Takie jak twoje! Czary!
            Zakręciła się dookoła, klaskając w ręce i śmiejąc się głośno. Wystawiła język i czekała, aż jakiś płatek spadnie prosto na nią.
            - Jak…? – Elsa zbliżyła się do niego i przyjrzała się badawczo.
            - A jak ty? – spytał, kucając przed dziewczynką.
            - Tak po prostu – bąknęła nieśmiało. – Nie wiedziałam, że ktoś jeszcze potrafi…
            - Czarować? – podsunął czarodziej. – To niezła frajda, co?
            Elsa rozpromieniła się i wyrzuciła ramiona w górę. Zanim chłopak zdołał się zorientować, na jego głowę runęła zaspa śniegu. Ryknął śmiechem, wygrzebując się z białej góry.
            - Ty łobuziaro! To ja jestem tutaj od robienia żartów!
            - Teraz masz konkurencję! – prychnęła i wzniosła wysoko królewską główkę.
            - Zróbmy bitwę! – Anka podskoczyła, podbiegła do nich i złapała za rękę najpierw siostrę, a potem czarodzieja. – Na śnieżki!
            Elsa uśmiechnęła się ślicznie.
            - Jestem księżniczka Elsa z Arendelle, a to moja młodsza siostra – dygnęła tak, jak uczyła ją mama.
            Czarodziej zgiął kolano, jak przystało przed członkiem rodziny królewskiej.
            - Jestem Jack Mróz – uśmiechnął się szeroko.



            Jack padł bez sił na dziedziniec i wyciągnął się w słońcu. Obok niego runęła Elsa, zwijając się ze śmiechu. Oboje byli zgrzani, czerwoni i cali w białym puchu. Nagle, z wielkim piskiem, skoczyła na niego Anka, turlając się i chichocząc.
            Jack nigdy wcześniej nie miał takiej frajdy z czarowania. Po raz pierwszy spotkał kogoś podobnego, kogoś, kto dzielił jego dar. Nie miał pojęcia, skąd małolata miała swoje zdolności, czy została obdarzona przez Księżyc czy może taka się urodziła, ale wiedział na pewno: znalazł bratnią duszę.
            - Ania! Elsa! – po dziedzińcu poniósł się krzyk młodej kobiety. Jack rozejrzał się niespokojnie.
            - To mama! – Anka zsunęła się z jego brzucha. – Przyjdziesz jutro się pobawić? – spytała, wbijając w niego proszące spojrzenie wielkich, słodkich oczu. – Z tobą jest dużo weselej!
            - Mi też jest z wami weselej! – zaśmiał się Jack, złapał dziewczynkę i podrzucił do góry, jakby nic nie ważyła.
            - To ja idę! Powiem mamie, że zaraz przyjdziesz – krzyknęła rezolutnie i pognała wprost na szeroką werandę boczną.
            Elsa podniosła się, otrzepała sukienkę i spojrzała nieśmiało na Jacka.
            - Kim jesteś, Jacku Mrozie?
            - Mówiłem już, że czarodziejem – wzruszył ramionami, ale oczy mu się śmiały.
            Dziewczynka utkwiła oczy w czubkach niebieskich pantofelków.
            - Myślałam, że tylko ja… że jestem jedyną taką. Że tylko ja jedna jestem inna.
            - Człowiek czuje się trochę samotny, co? – Jack westchnął cicho. Przez całe stulecia zdążył się przyzwyczaić do smutnego uczucia, że jest inny od wszystkich, niepasujący element, w który nikt nie wierzy i którego nikt nie dostrzega. – Ale teraz nie będziesz sama! Nauczę cię wszystkiego, co umiem! Będziemy się razem bawić!
            - Jak przyjaciele? – szepnęła z nadzieją Elsa.
            - Jak najlepsi!
            Elsa przytuliła się mocno do jego nóg, sięgała mu ledwie do bioder. Pochylił się i wziął ją na ręce.
            - Dzisiaj w nocy pójdę do moich przyjaciół, ale jutro wrócę.
            - Pokażę ci, jakiego bałwana potrafię zrobić.
            - Nie mogę się doczekać – Jack wybuchnął śmiechem.
            Elsa zeskoczyła z jego ramion i ukłoniła się, jakby nagle przypomniała sobie, że jest księżniczką, pomachała i odbiegła w podskokach.
            Jack patrzył za nią przez chwilę, a potem odwrócił się i pozwolił, by wiatr go porwał i wyrzucił wprost w niebo. Beztrosko pofrunął ponad miastem, wymachując laską.
            Bez trudu odnalazł polanę na środku zielonego, wiosennego lata. Opadł spokojnie na ziemię, płosząc dwie jaskółki i bez wahania wbiegł w tajemnicy portal, który zaledwie dwanaście godzin wcześniej przeniósł go do cudownej krainy.
            Zakręciło mu się w głowie, przekoziołkował bezwładnie i runął ciężko na lodowaty, przemarznięty chodnik miasta. Jack jęknął głucho; poprzednim razem lądowania była przyjemniejsze.
            - Jack?! – usłyszał zdumiony głos Zębowej Wróżki.
            Podniósł ciężką głowę i ujrzał starych przyjaciół: Zająca Wielkanocnego i Zębuszka.
            - Jeszcze tu jesteście? – uśmiechnął się szeroko. – Ooo, to takie słodkie, że się martwicie i na mnie czekacie! Ale ty, Zając, nie masz roboty w Wielkanoc? Masz czas sterczeć tu cały dzień aż wrócę?
            Zębuszka podfrunęła do niego i przyłożyła mu tęczową dłoń do czoła.
            - Jack, nie było cię jakieś pół minuty – szepnęła cicho. – Jesteś pewien, że wszystko z tobą dobrze?
  
         
*
Trzymajcie za mnie kciuki, błagam. Jeden dzień za mną, zostały przyrodnicze, matma i angielski....

31 stycznia 2015

Serca Lód cz.2: Nie rozmawiam z nieznajomymi! (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

Słodkie, prawda? :)



            Jack Mróz poczuł, jakby ktoś huknął go w głowę cegłą. Przed oczami zawirowała mu mieszanka wszystkich kolorów, błysków i świateł, od których aż go zemdliło. Chciał krzyknął, ale głos uwiązł mu w gardle. Zachwiał się i upadł na kolana, dysząc ciężko. Musiał pooddychać głęboko, by się uspokoić. Laska wypadła mu z rąk i leżała kilka metrów przed nim na krzaku malin.
            Nagle Jack zdał sobie sprawę, że nie otocza go już zaśnieżone, zmarznięte miasto. Klęczał na miękkiej, zieloniutkiej trawie – tak zielonej, że prawie nierzeczywistej. Wytrzeszczył oczy i rozejrzał się dookoła, wodząc wzrokiem po wysokich, rozłożystych drzewach, przez gałęzie których przebijało się ciepłe, wiosenne słońce. Jack wystawił twarz ku jego promieniom i uśmiechnął się szeroko.
            Zapowiadała się przednia zabawa.
            Ruszył niespiesznie, ciesząc się miękkością trawy pod stopami i świergotem skowronków. Powietrze był rześkie i świeże, przyjemnie łaskotało gardło. Wymachiwał swoją laską i pogwizdywał starą przyśpiewkę.
            - Niech Zając żałuję, że ze mną nie poszedł – zachichotał. – Taka Wielkanoc by mu się na pewno spodobała.
            Już wkrótce znalazł się na ulicach jakiegoś miasta. Domy były niskie i skromne, ulice popękane, ale utwardzone i zakurzone, a wszędzie słychać było wesoły gwar rozmów. Jack jak przez mgłę przypomniał sobie, że tak mogłoby wyglądać jego rodzinne miasto.
            Grupka dzieciaków przebiegła koło niego ze śmiechem. Jakiś szczerbaty dzieciak wpadł na niego i runął na plecy. Jack wytrzeszczył oczy, ale nie był jeszcze na sto procent pewien.
            - Przepraszam, psze pana – wybełkotał chłopak i pobiegł dalej.
            Jack uśmiechnął się zwycięsko, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę jest widzialny, jest prawdziwy, nie jest tylko cieniem, bajką. Coraz bardziej mu się tutaj podobało. Nie mógł pozostać dłużny cwaniakowi.
            Dyskretnie pstryknął palcami, a pod stopami dzieciaka – ni stąd ni zowąd – pojawił się lód. Chłopak poślizgnął się i o mało nie wybił przedniego zęba. Jack nie powstrzymał triumfującego uśmiechu.


            Znudzony zwyczajnym spacerem, zawędrował w mniej uczęszczana uliczkę i skoczył na dach, wzbijając się na lodowatym wietrze ponad miastem. Śnieg zawirował mu w białych, sczochranych włosach, a podmuch rozdął kurtkę, wdzierając się pod spód. Zaśmiał się, uszczęśliwiony, przelatując ponad chmurami. O tak, to bez dwóch zdań była wolność.
            - On lata!
            - Anka, chodź stąd!
            Zesztywniał, słysząc zaniepokojone głosy z dołu. Zmarszczył brwi i zanurkował na ziemię, opadając z gracją na rozgrzany słońcem, brukowany dziedziniec z fontanną na środku. Gładkie, marmurowe kolumny zapierały dech w piersiach, podobnie jak spadziste dachy i bogato zdobione rzygacze w kształcie głowy smoka.
            - Po królewsku – zauważył z uznaniem Jack.
            Stary, chuligański głosik w jego głowie podpowiedział mu, że takie miejsca kryją więcej bogactw niż Święty Mikołaj zgromadził w swoich przepastnych magazynach. Chętnie by obejrzał coś nie coś. Podrzucił laskę, zastanawiając się, ile udźwigną kieszenie starej, wysłużonej bluzy.
            - Czarodziej! – pisnął ktoś cieniutkim, wesołym głosikiem.
            Jack okręcił się na pięcie i dostrzegł dwie dziecięce postacie w sukienkach, stojące tu przy fontannie. Mniejsza, z rudymi warkoczykami i okrąglutką, zarumieniona buzią, stała tuż przed nimi, wpatrując się w niego z figlarną ciekawością. Uśmiechała się, zauroczona jego lądowaniem, miętoląc w palcach koronkę żółtej sukienki.
            - Cześć, dzieciaku…
            - Anka, odsuń się od niego! – zakomenderował poważniejszy głos.
            Dziewczynka zmarszczyła spiczasty nosem i cofnęła się dwa kroki, zrównując się z wyrośniętym chudzielcem w granatowej sukience ze srebrnymi zawijasami – Jack dałby sobie rękę uciąć, że to siostry.
            Druga była wyższa i szczuplejsza, chuda jak szkapa, blada i poważna; miała niebieskie, rozświetlone oczy i jasne, niemal białe włosy, zaplecione w jeden, gruby warkocz spływający po karku. Zaciskała usta z niepokojem i mierzyła Jacka oceniającym spojrzeniem, które wcale mu się nie spodobało.
            - Ale Elsa! – powtórzyła Anka z wyrzutem. – To czarodziej! - powtórzyła wyraźnie, w obawie, że siostra nie do końca ją zrozumiała. – Tak jak ty.
            Starsza oblała się rumieńcem, ale ani na moment nie straciła hardej miny.
            - Bzdura. Niech pan stąd idzie, tu nie wolno wchodzić.
            - Hej, hej! – zachichotał Jack. Bojowość małej po prostu go rozbrajała. – Spokojnie, mała. Twoja siostra ma rację, nie ma się czego bać.
            - Nie co dzień widuje się ludzi spadających z nieba – odparła chłodno dziewczynka, a Jack wybuchnął serdecznym śmiechem. Przemawiała jak jakaś wysokość albo księżniczka -  tak poważne słowa w ustach małolaty brzmiały niedorzecznie. Widuje się! Spadających!, powtórzył z myślach z rozbawieniem.
            - Robi pan czary? – wtrąciła ruda Anka zza pleców siostry.
            - Prawdziwe czary – zapewnił z błyskiem w oku.
            Anka wciągnęła powietrze ze świstem i wyrwała rączkę z silnego uścisku siostry, podbiegając do Jacka.
            - Pokaż! – zawołała, ukazując ogromną przerwę po brakujących jedynkach.
            - Anno! – krzyknęła rozgniewana Elsa. – Zostaw tego oszusta, idziemy stąd! – oznajmiła, zbliżając się do Jacka. Podeszła w jego stronę, gniewnie stukając obcasami w bruk dziedzińca. Jack dziwił się w duchu, że płyty wytrzymały siłę grzmotów. Taki chudzielec, a jak tupie, zakpił w myśli.
            - Przecież to tylko zabawa – Jack uniósł ręce w obronnym geście.
            - Nie rozmawiam z nieznajomymi – odparła twardo, prychając wściekle.
            - No bez przesady! – przewrócił oczami. Upartość tej małej Elsy, kimkolwiek była, zaczynała go powoli drażnić. – To tylko zabawa – powtórzył. – Straszna z ciebie nudziara.
            Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i zmierzyła go ostrym spojrzeniem. Jack miał wrażenie, że z jej niebieskich oczu zaraz buchnął błyskawice, gotowe go spalić. Wciągnęła ze świstem powietrze i…
            Zrobiła coś dziwnego, ale Jack nie dostrzegł co, bo w tej samej chwili lodowata, śniegowa kulka poleciała wprost na niego i rozbiła mu się na nosie. Zachwiał się i runął na podłogę.
            - Śnieg…?
            Śnieżki w środku wiosny były jego specjalnością!
            Zmarszczył brwi i zdmuchnął resztki zimnej brei z nosa. Gdy on płatał takie figle innym, wydawały się zabawne, ale powoli zaczynał zmieniać zdanie. Stąd na małolata wzięła śnieg?
            Spojrzał na nią ze zdumieniem. Miała niepewną, speszoną minę, jakby przed chwilą zrobiła coś bardzo niedobrego. Po rzucanie we mnie było niedobre, skwitował Jack. Nagle zobaczył coś, co kompletnie zbyło go z pantałyku.
            Czubki palców dziewczynki były zamarznięte i pokryte szronem.
            Z wrażenia nie mógł wykrztusić słowa: siedział z szeroko otwartymi ustami, wgapiając się w małą istotkę, która – tak jak on – potrafiła robić czary.




Rok. Minął rok od pierwszej części >.< Aż mi wstyd, że tak zaniedbałam to opowiadanie. Na angielskim siedziałam z N., która strasznie shippuje Jackselę i wywiązała się taka rozmowa, po której mnie tknęło, żeby odkurzyć to opowiadanie :)
Wpisując tytuł za pierwszym razem machnęłam Strażnicy Lodu/Kraina Marzeń i dłuższy czas nie mogłam się zorientować, co właściwie jest nie tak :)

A teraz lecę do fryzjera <3 Dziś wieczorem mam wielki bal :) 

23 grudnia 2013

Serca Lód cz.1: Przejście (Strażnicy Marzeń/Kraina Lodu)

         Z każda minutą robiło się coraz ciemniej, na ziemię powoli zapadała kurtyna zmierzchu, a z każdego kąta i zakamarku ulicy biły złowrogie, ponure cienie. Śnieg sypał gęsto, tłukł w okna, rozpryskiwał się na ziemi, szalał w powietrzu, miotał się w szaleńczym, białym tangu. Wieczór wyjątkowo nieprzyjemny na spacery, a opuszczanie ciepłych domostw wydawało się najgorszym z możliwych pomysłów. Śnieg w takich chwilach nikogo nie cieszył, a jedynie doprowadzał do szewskiej pasji kierowców, którzy musieli jakoś poprowadzić samochód przez oblodzone drogi.
         Śnieżyca w Wielkanoc. Idealnie.
         Kilkoro dzieci z kwaśnymi, niezadowolonymi minami przyglądało się wirującym płatkom z nosami przylepionymi do oszronionych szyb. Niektóre cieszyły się, że jutro z samego rana przed domem postawią podobiznę królika ze śniegu, inne tylko się krzywiły, przygotowane na rychłe nadejście wiosny. Tymczasem natura postanowiła spłatać im figla. Natura albo... Jack Mróz.
         Zając Wielkanocny wyskoczył z tunelu i rozejrzał się po zasypanej ulicy. Wszędzie było biało i nawet, gdyby jakieś dziecko bardzo chciało, nie zdołało by znaleźć żadnego jajka. Być może gdyby spróbowało, jedyne co by zyskało, to uszy odmrożone przez Jacka Mroza.
         Kamienice pochylały się smutno nad białymi ulicami, zupełnie jakby ciężar wyjątkowo śnieżnej Wielkanocy, zniechęcił je do dumnego i prostego prezentowania kunsztu architekta. Zaparły się jednak głęboko w ziemię i żaden podmuch ostrego, lodowatego wiatru nie był w stanie zachwiać potężnych konstrukcji ani przedrzeć się przez grube ściany do ciepłych mieszkań.
         Z daleka gdzieś z końca ulicy dobiegł śmiech. Znajomy, a jednocześnie znienawidzony, cwaniacki śmiech, który doprowadzał zająca do szewskiej pasji. Gdzieś za zakrętem czaił się Jack Mróz, pewnie przysiadł na jakimś murze i robił komuś na złość.
         Zając ruszył pędem, trzymając się cieni rzucanych przed starą kamienicę. Tak jak się spodziewał, Jack przysiadł na dachu blaszanego garażu, zaraz za pniem lipy, i co jakiś czas rzucał w okno śnieżką. Coraz bardziej zirytowana pani domu wygląda z niepokojem, ale nie mogła zobaczyć psotnika, schowanego za drzewem.
         - Jack Mróz – przemówił. Jack podskoczył zdumiony, rozejrzał się i zaraz zobaczył, kto zdecydował się do niego zagadać w mroźny, wiosenny wieczór. Uśmiechnął się szeroko i pomachał, zupełnie ignorując wściekłą minę Zająca. Chyba przywykł, że przy takich numerach tamten ma ochotę rozszarpać go na strzępy, a krwią ozdobić pisanki.
         - O, cześć! No, dawno się nie widzieliśmy, Wielkanoc mamy, to pewnie sporo roboty, co? Jak idzie malowanie jajeczek? – roześmiał się kpiąco, wstając z dachu. Na granatowej kurtce osiadły mu białe płatki śniegu, tworząc fantazyjną, wilgotną mozaikę.
         - Śnieżyca w Wielkanoc? – warknął Zając. – Stary numer.
         - Ale nadal zabawny! – zachichotał Jack, zeskakując z dachu. Bose stopy miękko uderzyły w zaspę, zupełnie jakby nie czuł zimna. – Nie podoba ci się?
         - Wyobraź sobie, że nie – łapy Zająca zacisnęły się niebezpiecznie i Jack wyczuł, że najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej zniknie mu z oczu. Wolał nie sprawdzać na własnej skórze, jak twardy i jak celny może być jego bumerang. Ale nie mógł się powstrzymać przed jeszcze jednym figlem...
         Zgarnął trochę śniegu i błyskawicznie uformował niewielką śnieżkę. Zanim Zając zdążył mrugnąć, w jego stronę poleciała lodowata kulka i rozprysnęła się na pyszczku. Zamrugał zdumiony, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się przed chwilą stało i przed chwilę stał nieruchomo. Otrzeźwiło go dopiero ucieszone parsknięcie Jacka.
         - Pożałujesz! Pożałujesz! – wybuchnął wściekle, rzucając się pędem za Jackiem, który już wzniósł się w powietrze i poszybował między spadającymi na ziemię płatkami śniegu. Zanosił się przy tym tak głośnym śmiechem, że ledwo udawało mu się zaczerpnąć powietrza w przerwach między salwami rechotu.
         Przemierzył długimi susami uliczkę i wypadł na skrzyżowanie, ale Jack i tak był kilkanaście metrów dalej, obejrzał się i tylko pomachał, by zaraz zanurkować w dół ulicy i zniknąć w białej zamieci. Zająć był blisko zakrętu, gdy o mało nie wpadł na znajome kolorowe, pstre piórka.
         - Ząbek – warknął trochę ostrzej niż zamierzał. Nie było sensu gonić Jacka, pewnie zdążył już gdzieś zniknąć w tej zawiei. Ale jeszcze będzie wiele okazji, by się policzyć. – Jesteś w terenie?
         Przyjazna, zarumieniona twarzyczka Zębowej Wróżki pojaśniała od uśmiechu na widok dobrego przyjaciela. Na kolorowych, złotych, zielonych, purpurowych, pstrych piórkach osiadły jej płatki śniegu, ale zdawała się zupełnie nie przejmować chłodem. Zamachała błyszczącymi skrzydłami i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, podrzucając w rękach mały kiełek jakiegoś dzieciaka.
         - Czasem lubię sama popracować – odparła. – Kiepska pogoda trafiła nam się na Wielkanoc, prawda? – westchnęła, obserwując sypiące się gęsto płatki śniegu. Chociaż Zając wiedział, że nie chciała być złośliwa, to i tak zatrząsnął się, próbując pohamować gniew.
         - Była całkiem niezła, dopóki nie wtrącił się Jack Mróz! – burknął, grożąc pięścią łobuzowi. Wróżka tylko uśmiechnęła się ze zrozumieniem i zatrzepotała skrzydełkami. Nigdy nie obwiniała Jacka za figle, zupełnie jakby wciąż był głupim dzieciakiem, a nie pełnoprawnym strażnkiem.
         - Odpuść mu – powiedziała z niemal matczyną ckliwością. – Musi się wyszaleć.
         Zając już miał odpowiedzieć, że szaleje już od kilkunastu dekad, ale nagle przed oczami mignęła mu srebrna czupryna. Jack Mróz zjawił się nie wiadomo skąd, opadł na ziemię, zdyszany i zmęczony, ale czymś podekscytowany z niewiadomego powodu.
         - Po co żeś przylazł? – warknął Zając, który miał wielką ochotę natrzeć go śniegiem tak, żeby popamiętał do końca życia, ze Wielkanoc ma być wiosenna i ciepła.
         - Dobry Wieczór, Jack – zaszczebiotała Wróżka, uśmiechając się najczulej jak tylko umiała. Pewnie miała wielką ochotę sprawdzić, jak tam stan uzębienia ulubionego Strażnika, ale się powstrzymała.
         - Musicie coś zobaczyć! – powiedział Jack z mocą, uderzając kijem w chodnik. Pobiegł ulicą w tylko sobie znaną stronę, przekonany, że pozostałą dwójka ruszy za nim z czystej ciekawości. Zając wywrócił oczami i niechętnie ruszył, poganiany przez Wróżkę.
         Z ciemnym, zasypanym zaułku coś intensywnie błyszczało, rozświetlając mrok nocy. Źródło połyskiwało intensywnie, znacznie wyróżniając się na tle gęstej, zimnej nocy. Oczy ledwo wytrzymywały bijącą jasność, oślepione nienaturalną bielą, a źródło gwałtownie pulsowało, prawie jak serce pompujące krew.
         Wróżka wypuściła ze świstem powietrze, tak samo zdziwiona jak i przerażona. Podleciała bliżej, a jednak zaraz znów się zatrzymała, cofnęła, jakby w obawie, że jasność ją zaatakuje albo wciągnie do środka. Wolała trzymać się za plecami Jacka.
         - Co to jest? – bąknęła, składając dłonie. Palce nerwowo uderzały w nadgarstki, zaciskały się i zaraz znów rozluźniały. Opuszki miała poczerwieniała od mrozu.
         - Nie wiem – Jack pokręcił głową. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
         - Ja też – Zająć wyciągnął przed siebie bumerang, przekonany, że ten zapewni mu bezpieczeństwo przed niespotykanym światłem. Instynktownie czuł, że to nic złego, bo przecież wszystko, co niedobre, jest zazwyczaj ponure, ciemne, przerażające. A światło było... neutralne.
         - Księżyc mi pokazał – wyjaśnił Jack, kierując spojrzenie na poważna, beznamiętną tarczę. Po raz kolejny pozostawił go bez informacji, wskazał sprawę i nic więcej nie zasygnalizował, prawie jak matka, która po urodzeniu zostawia dziecko na progu, coś w style „teraz radź sobie sam”.
         Jack zbliżył się nieśmiało do światła. Musiał zmrużyć powieki, jasność niesamowicie raziła i uderzała w oczy tak mocno, że musiał aż przysłonić je ręką. Niewiele widział, ale między błyskami dostrzegł niesamowicie zieloną krainę. Wszystko sprawiało wrażenie słonecznego i pięknego, dzikiego i świeżego, jak jakiś nieziemski sen.
         - To chyba przejście – Zając poruszył noskiem i skrzywił się lekko.
         - Przejście? – Jack spojrzał na Zająca, a potem znów na widok rozciągający się na  środku jaśniejąceho portalu. Nigdy nie widział czegoś równie pięknego, ulotnego i tak intensywnie... zielonego. – Idę tam – odezwał się nagle.
         - Co? – Zając popatrzył na niego zdumiony. – Przecież nawet nie wiesz, co tam jest! Może być niebezpiecznie, głupcze.
         - Och, jednak się przejmujesz, jak uroczo – Jack uśmiechnął się kpiąco. – Chce sprawdzić. Tam musi coś być skoro Księżyc mi pokazał! – powiedział, jeszcze raz zadzierając głowę i przyglądając się srebrzystej tarczy. Wierzył mu od chwili, gdy pokazał mu drogę Strażnika.
         - W porządku, Jack – odezwała się Wróżka. – Jesteś pewien?
         - Jestem – odparł rezolutnie, wepchnął dłonie do kieszeni bluzy. – Widzimy się niedługo!
         - Uważaj na siebie! – zdążyła krzyknął Wróżka, zanim zniknął w jaśniejącym portalu. Coś nim szarpnęło, coś zarzuciło, uderzył głową w jakąś niewidzialną ścianę, a od kolorów mieniło mu się w oczach. Niewiele widział i niewiele rozumiał, gdy nagle spadł na zieloną, pachnąca trawę.