Verdona
siedziała na wąskim łóżku i bez słowa słuchała historii Gwendolyn, od czasu do
czasu wzdychając z niezadowoleniem. Wypiła cztery i trzy czwarte filiżanki
herbaty, a zagryzając czekoladowymi ciastkami z żurawiną. Prawie opluła się,
gdy Gwendolyn bąknęła coś o pocałunku z Kevinem Levinem – chuliganem, który w
jej mniemaniu resztę życia powinien spędzić w więzieniu.
Z
wnuczką łączyła je skomplikowana, wieloletnia przyjaźń. Gwendolyn po
opuszczeniu ziemi spędziła kilka tygodni na Anodynie – to był dla nich przełom.
Nigdy nie zdołała przekonać jej do porzucenia ziemskiej powłoki, nad czym
bardzo ubolewała, ale przynajmniej pokazała jej kosmos – niepojęty, szalony,
czasami straszny komos. Próbowała ją naprawić, niestety, bezskutecznie. Rana,
jaką zadał jej Kevin Levin, była głęboko i pozornie nieuleczalna. Jedyną osobą,
która mogła pomóc Gwendolyn, był właśnie on sam, ale Verdona nie mogła tego
wiedzieć, a może nawet nie chciała.
Verdona
stała się powierniczką, najbliższą przyjaciółką. Gwendolyn szła do niej jak do
matki – Natalie, jej biologiczna mama, była skarbem, ale – jak zwykła mawiać
Verdona – miała niezwykle ciasny umysł, nieprzyjmujący do wiadomości, że świat
nie zamyka się na Ziemi. - Taka z niej
nudziara – jęczała z niesmakiem. – Gdzie dobra zabawa?
-
Za wszystko odpowiedzialna jest ta… Czarodziejka. Sprytna kobieta, naprawdę –
stwierdziła Verdona z uznaniem. – Niechętnie to mówię, ale ona prowadzi grę,
Gwendolyn, na swoich własnych zasadach. A na dodatek nie jesteście nawet
graczami – steruje wami jak pionkami.
-
Nieprawda!
-
Chciała kluczyk – dałaś jej kluczyk. Wszystko jak w zegarku, wszystko jak
zaplanowała. Gwendolyn, musimy przewidzieć jej następny krok. Ale takie dwie anodytki
jak my na pewno sobie poradzą – Verdona mrugnęła porozumiewawczo i dolała sobie
herbaty.
-
Jest jeszcze Ben – poprawiła Gwendolyn. – No i Kevin… Ten Ragnarok to jego wróg
i jego zemsta.
-
Już raz próbował – zauważyła lodowato Verdona. – I zawalił. Gwendolyn, ten
ulicznik to chodząca porażka.
-
Nie mów tak…. – bąknęła żałośnie.
-
Ale tak jest! O ciebie nie potrafił zadbać! O syna też nie potrafi, skoro tyle
lat ten dzieciak był ciężarem dla Bena! Przyjmowanie go do domu to szaleństwo!
Skąd wiesz, że nie poderżnie wam gardeł…
-
Kevin nikomu nie podrzyna gardeł!
-
Teraz stajesz w jego obronie?! – w oczach Verdony błysnął różowy wściekły
błysk. – A kto kilkanaście lat temu cię porzucił! Kto zwariował! Kto okazał się
bez sumienia? To głodny szaleniec. Nigdy nie ufaj Osmozjanom.
-
Przestań go obrażać! – ryknęła Gwendolyn, a filiżanki z herbatą zadrżały od
tłumionej energii. – Tylko krytykujesz, wciąż masz do wszystkich pretensje! To
już było! I to nie jest twoja przeszłość, tylko moja! To moje niewybaczenie i
moja wściekłość, a ty zawsze się wtrącasz!
Verdona
wstała z godnością.
-
Chronię cię, Gwendolyno. Ty tego nie widzisz, ale już my wybaczyłaś. Moja
Gwendolyn przekonałaby Bena, że Kevin Levin nie zasłużyć na łaskę. Możesz być
na niego wściekła i zraniona, ale przyjęłaś go, bo wciąż go kochasz. Głupie to
i naiwne, ale prawdziwe. Chronię cię, żebyś nie popełniła błędu, żebyś nie
pozwoliła się ponownie skrzywdzić.
-
Kevin żałuje! Nie widzisz tego? Znormalniał! Ale nie jest jak kiedyś, Verdono,
i nigdy nie będzie! Nigdy więcej nie waż się mówić, że go kocham, że... Nie
kocham go!
-
Kłamiesz, głuptasie. Wiem więcej niż wy – tępi ludzie! Wiem, co masz w głowie.
Wiem, że trzymasz jeszcze plastikowy pierścionek zaręczynowy. Wiem, że nigdy
nie skasowałaś zdjęcia z waszego ślubu.
-
Przestań! - ryknęła Gwendolyn. Filiżanki z herbatą pękły.
Nagle
na dole rozległ się hałas przewracanego krzesła. Verdona rozejrzała się
zdziwiona i pstryknęła palcami. Momentalnie znalazły się na dole przy
zszokowanym Benie i równie zaskoczonych chłopakach – Benie i Devlinie.
Kevin
stał przy stole, dysząc ciężko. Zerwał się z taką furią, że krzesło odleciała
metr do tyłu. Wpatrywał się w swój telefon i zaciskał na nim ręce tak mocno, że
słuchawka prawie pękała.
-
Kevin, co się stało? – spytał w końcu Ben.
-
Co się stało? – powtórzyła kpiąco Verdona. – Znowu świruje! To wariat!
Kevin
wyprostował się i wlepił w Verdonę ponury, obłąkany wzrok. Źrenice miał
zwężona, a spojrzenie wściekłe, zabijające. Pobladł i spocił się, a wargi miał całkiem sine. Gwendolyn widziała
go w takim stanie tylko raz, wiele lat temu, tuż przed tym jak…
-
Nie, Verdono, dopiero zacznę świrować.
-
Tato… - Devlin już chciał do niego ruszyć, ale Gwendolyn złapała go i przyciągnęła
do siebie, zamykając oczy. Nie chciała patrzeć.
Kevin
ruszył w stronę kontaktu i wyrwał go z łatwością, a zaraz potem sięgnął ręką po
poszarpane kable, pochłaniając całą surową, czystą energię prądu. Jęknął
głucho, gdy moc przebiegłą mu po żyłach, wprost do serca. Przymknął oczy; nie
wiedział nawet, co czuje – jakby lód mroził mu mózg i jednocześnie ogień
rozpalał go do białości.
Surowa
energia. Najsilniejszy narkotyk dla Osmozjanina.
Oderwał
dłoń i uśmiechnął się mściwie. Czuł, że głowa pulsuje mu od emocji – był nabuzowany,
pobudzony i tak wściekły, że mógłby roznieść wszystko. Jakby wystarczyła mała
iskra do wybuchu, moment, i mógłby cały stanąć w płomieniach. Cała skóra mu
cierpła, a serce biło tak szybko, jakby miało wyskoczyć z piersi.
-
Zobaczymy, jak teraz zaśpiewasz, Czarodziejko! – syknął i wybiegł z domu,
zostawiając oszołomionych przyjaciół.
Co to ja miałam powiedzieć? Acha, już wiem. Ja chcę kolejną notkę!
OdpowiedzUsuńWyjaśniłaś wiele ważnych kwesti w tym rozdziale, ale najważniejsze wciąż zostało zgadką. Co się stanie z Panią Levin?
Oszalaly ze wściekłości osmozjanin, czego tu chcieć więcej. Zaskoczyłaś mnie tym i to bardzo pozytywnie. Myślałam, że raczej zapanuje nad nim strach, a tu facet dostaje furii.
Verdony nie lubię jeszcze bardziej, choć może uświadomi wnuczce, co ta czuje do tego "szaleńca". Dev ciężarem? Niby dlaczego? Tutaj już babka przegięła.
A co do Gwen? Głupia jest, że zamiast bliskim o wszystkim mówi babci. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Tylko ja mam prawo do smutnych zakończeń, jasne?
A wracając do częstotliwości wrzucania notek, dziękuję. Cieszy mnie, że ta pojawiła się tak szybko, bo bym normalnie nie wytrzymała. Oby tak dalej. A ja już zaczynałam podejrzewać, że chcesz mnie wykończyć. xD
Ściskam, całuję i jak zwykle czekam na nn.
Verdona traktuje Devlina jak ciężar, bo gdy Kevin zbzikował, namieszał, znów trafił do Wielkiej Nicości (w odcinku Ben 10 000), ciężar wychowania chłopaka spadł na Bena, a ogarnąć nastolatka, który tyle przeszedł, nie jest łatwo... Verdona nie omieszka mu tego wypomnieć.
UsuńBabcia też bliska, jakby nie patrzeć ;)
Historia zbliża się do końca, a ja wiem dokładnie - no dobra, dokładnie to dużo za dużo powiedziane - jak się to potoczy, stąd ta częstotliwość, którą mam nadzieję utrzymać :)
Dziękuję Ci ślicznie za komentarz, pozdrawiam :)