Roy
miał wrażenie, że tegoroczne lato umknęło mu przez palce. Bardzo chciał je zatrzymać
– każdą kąpiel w jeziorze, każdy spacer i każde upalne popołudnie, ale im
bliższy był wrzesień, tym szybciej czas płynął. Całe ranki spędzał nad
książkami. Mistrz Hawkeye rzadko zawracał sobie nim głowę, zwykle nic go nie
obchodziło.
Rozgniewał się tylko raz i Roy miał
pamiętać tą historię przez wszystkie następne lata.
Przeczytałam w starej książce, że
dla alchemika nie ma niczego niemożliwego i, przy wprawie i dobrym kręgu,
potrafiłby on przemienić kamień w złoto. Przy zaradności Madame Mustang nigdy
nie brakowało mu pieniędzy, ale pomyślał o nędznym domu mistrza Hawkeye, o
łatanych sukienkach Rizy i zaczął się zastanawiać, czemu mistrz nie wykorzysta
swojego potencjału.
W środku lipca nauczył się rysować idealny
okrąg – znał na pamięć wszystkie symbole i wszystkie sentencje. Zmusił Rizę,
żeby poszła z nim do starej kopalni. Kręciła nosem, ale w końcu poszła, tylko
po to, by przez godzinę, gdy on rysował okrąg, marudzić, że jest znudzona i bzdury alchemików nic ją nie obchodzą.
W końcu narysował, naznosił kamieni
i uroczyście stanął nad stertą głazów.
- Patrz, Riza!
Klasnął dłońmi i uderzył dłońmi w
granicę kręgu.
Błysnęło, Riza krzyknęła i w sekundę
smutna kupka kamieni przemieniła się w czyste złoto. Roy nie był w stanie
wykrztusić słowa, a Riza oddychała głęboko, jakby zdażył się cud.
- TAM SĄ!
Podskoczyli spłoszeni. Na wzgórzu,
kilkanaście metrów za kopalnią, stał staruch w słomkowym kapeluszu i
przetartych spodniach na szelkach. Pokazywał na nich palcem, żywo opowiadając
coś wojskowemu. Roy uniósł brwi, a Riza zacisnęła usta. Intuicja podpowiadała
jej, że szykują się kłopoty.
- Mówiłem, że kradną sprzęt z
kopalni! – obruszył się staruch. – Niewdzięczne bachory od tego zdurniałego czarnoksiężnika
Hakweye!
Riza zacisnęła pięści tak mocno, że
kłykcie jej pobielały.
Wojskowych było trzech – wszyscy w
znoszonych, granatowych mundurach i wysokich, skórzanych butach, ponurzy i
znudzeni służbą na prostej, szarej prowincji. Jeden z nich zerknął na dzieci od
niechcenia i – nagle, jakby się obudził – wyprostował się oburzony.
- HEJ, TY! – ryknął. – Co ty
wyprawiasz!?
Roy skulił się zdumiony.
- Ja tylko… - zanim zdążył się
wytłumaczyć, wojskowy zbiegł po wzgórzu, złapał go za fraki i odciągnął od
złota,
- Alchemik, co? Nie nauczyli cię, że
transmutacja kamieni w złoto jest zabroniona?! Prawo tego zabrania!
- Nie miałem pojęcia… - Roy próbował
się szarpać, ale na próżno. Drugi oficer złapał go pod ramię, a trzeci przytrzymywał
wściekłą Rizą. Roy kątem oka zdążył zobaczyć, że próbuje go ugryźć, a potem pociągnęli
go do wsi, do zubożałego biura sołtysa.
Nie miał szansy się wybronić; dostał
po twarzy tak mocno, że aż wypchnęło mu powietrze z płuc. Przetrzepali go,
jakby był najgorszym chuliganem, a w momencie, gdy Roy chciał wzywać Madame
Mustang, by go przytuliła i uratowała, drzwi huknęły o ścianę i stanął w nich najstraszniejszy
człowiek jakiego kiedykolwiek widziano.
Mistrz Hawkeye wkroczył do środka w
połatanym płaszczu, rozczochrany, skrzywiony, tak blady, jakby był duchem. Roy nie
miał pojęcia, jakim cudem zdołał dostać się do wsi tak szybko. Poczuł
jednocześnie ulgę i przerażenie – dobrze było mieć przy sobie sojusznika, a
jednocześnie bał się reakcji nauczyciela.
- To mój uczeń – wychrypiał. Mówił
cicho, ale wszyscy o pokoju dobrze go słyszeli.
- A-ach tak – przytaknął oficer, a
Roy mógłby przysiąc, że głos mu zadrżał.
- To prawda, że transmutował złoto?
- Tak jest. Przyłapaliśmy go w
kopalni z wiejską dziewuchą, panie.
- Ta dziewucha to moja córka –
Hawkeye podniósł głos tylko odrobinę, ale i tak oficer wyprostował się nerwowo.
– Żałosne psy wojskowe, nie macie nic innego do roboty jak prać gówniarza?
- Złamał prawo!
- I otrzymał już karę – mistrz krytycznie
zerknął na podbite oko Roy’a i, ku rozczarowaniu chłopca, wcale mu nie
współczuł. – Możecie być pewni, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Dopilnuję
tego. Idziemy.
Żaden z oficerów nie ośmielił się go
zatrzymać. Hawkeye wyszedł, a Roy nieśmiało podreptał za nim. Za drzwiami
czekała zaaferowana Riza, nerwowo obgryzając paznokcie. Zanim Roy zdążył zrobić
minę chojraka, któremu żaden wojskowy nie straszny, rzuciła mu się na szyje i
mocno, mocno przytuliła.
Mistrz Hakweye wgramolił się na wóz
i chwycił lejce.
- Pożyczyłam wóz od mleczarza –
szepnęła Riza, pomagając Roy’owi wskoczyć na wóz. – Bardzo cię boli?
- Tylko trochę – Roy wzruszył
ramionami. – Nie wiedziałam, że nie wolno zmieniać kamieni w złoto.
Riza puściła do niego perskie oko i
pokazała, żeby się pochylił.
Kieszenie kwiecistej sukienki miała
wypchane małymi i większymi grudkami złota. Roy nie mógł się nie roześmiać.
- Nie wierzę, że zabrałaś je z
kopalni!
- Nie wszystko, ale taka fortuna nie
może się zmarnować. Założę się, że tamci wojskowi wrócą i zabiorą resztę i
żadnemu nie będzie przeszkadzać, jakie to nielegalne.
- Jesteś niemożliwa! – Roy szturchnął
ją i zaraz zgiął się, bo pod żebrem tworzył mu się siny, brzydki siniak.
Mistrz Hakweye nazwał go idiotą,
wysłał do łóżka bez kolacji i powiedział, że nigdy wcześniej tak się nie
wstydził. Riza za to kupiła nowe firanki, dywan do przedpokoju i nowiutkie,
śliskie książki dla Roya.
*
Pod koniec sierpnia spakował
wszystkie swoje rzeczy do starej walizki, założył beżowy płaszcz i zapukał do
gabinetu mistrza Hawkeye. Nie usłyszał „Proszę”, ale i tak wszedł – po cichu i
z szacunkiem.
Mistrz drzemał w fotelu z
rozchylonymi ustami. W dłoniach trzymał zapomniany kubek zimnego rosołu. Roy
miał wrażenie, że napotkał gęstą ścianę śmierdzącego powietrza, prawie się
zachłysnął gdy wszedł. Mistrz zabraniał wietrzyć i sprzątać swojego pokoju.
- Odchodzisz, chłopcze? – wychrypiał
rozbawiony. – A tak niewiele cię nauczyłem.
- Dziękuję ci, mistrzu, za twoją
naukę. Wiele się nauczyłem przez ostatnie lata – wyrecytował. Tyle razy
wyobrażał sobie tą rozmowę, że znał przemowę na pamięć. Nagle wszystkie zaplanowane
słowa wydały mu się zbyt głupie, by mówić je głośno. – Ale teraz mam innego
zadanie.
- Chcesz się uwiązać na smyczy?
- Zamierzam zapisać się do Akademii
Wojskowej, a potem zdań egzamin na Państwowego Alchemika. Będę służył ludziom.
Taki jest obowiązek każdego obywatela.
- Żałosne. Idź, ja niczego ci nie
zabronię. Ale myślałem, że jesteś dość mądry, by nie zostać niewolnikiem!
Roy nie odpowiedział. Wycofał się i
ukłonił z szacunkiem.
Teraz czekała go znacznie
trudniejsza i znacznie bardziej emocjonalna rozmowa. Jeśli coś powstrzymywało
go przed zapisem do szkoły wojskowej, była to właśnie Riza – jego najlepsza
przyjaciółka, bratnia dusza, najbliższa towarzyska.
Siedziała w kuchni, zajęta
obieraniem jabłek. Gdy wszedł, tylko się uśmiechnęła.
- Więc będziesz żołnierzem, tak?
Roy zdębiał.
- Skąd wiesz? – zawołał oburzony. –
Przeczytałaś moje listy?
- Tylko ten od dziadka Grummana –
wyjaśniła spokojnie. – Mogłeś powiedzieć mi, co zamierzasz, a nie załatwiać
wszystko potajemnie! I tak bym się dowiedziała!
- Nie chciałem mówić, bo twój tata…
- Nie popiera tego pomysłu.
- Delikatnie mówiąc.
Riza zeskoczyła z krzesła, stanęła
przed Royem i uścisnęła go mocno.
- Pisz często. Nie pakuj się w
kłopoty. Ucz się. I trzymaj się jakoś.
Roy przytulił ją i westchnął cicho.
- Przyjadę znowu w wakacje. Albo w
ferie zimowe. Ale będę za tobą strasznie, strasznie tęsknił, Riza – powiedział cicho.
- Odprowadzisz mnie na peron?
Złapała go za rękę i razem ruszyli w
stronę wsi.